Sylwestrowy poranek przywitał nas nie śpiewem ptaków, a widokiem uzbrojonego policjanta przy drzwiach autokaru. Czyli klasyczny egipski klimat: ani chwili nudy, nawet kiedy planujesz tylko „romantyczny” wypad do Aleksandrii. Dla mnie było to coś więcej niż kolejny punkt programu. W końcu jadę do miasta, które – przynajmniej z nazwy – brzmi jak stworzone specjalnie dla mnie. A że wypadało to akurat w Sylwestra? Cóż, nie planowałam niczego mniej niż pożegnać stary rok z przytupem i wkroczyć w nowy z pompą, błyskiem i może nawet odrobiną historycznego patosu.

Do Aleksandrii z Kairu jedzie się około dwóch i pół godziny – to jakieś 220 kilometrów. Zajęliśmy wygodne miejsca w autokarze, a że nasza superekskluzywna grupa liczyła tylko 12 osób (plus przewodnik), każdy miał do dyspozycji minimum dwa siedzenia. Komfort w wersji egipskiej: autobus na 50 osób dla garstki podróżników.

Tym razem jednak – nowość! – oprócz kierowcy i przewodnika towarzyszył nam jeszcze… policjant z karabinem. Tak, dokładnie – pan z bronią automatyczną, który miał z nami spędzić cały dzień, a nawet kilka kolejnych.

Dlaczego? Już tłumaczę. Jak wspominałam przy okazji zwiedzania świątyni Hatszepsut – w 1997 roku doszło tam do tragicznego zamachu terrorystycznego na turystów. Od tamtej pory Egipt postanowił nie ryzykować: wprowadził kontrole, patrole i ochronę, gdzie tylko się da. A turyści? No cóż – dostają gratis do biletów uzbrojonego opiekuna. I tak oto od teraz aż do powrotu do Hurghady miał nam towarzyszyć pan z kałachem. Bo przecież nic tak nie mówi „relaksujące wakacje” jak uzbrojony funkcjonariusz w fotelu obok.

Jadąc autostradą do Aleksandrii, przysypialiśmy leniwie, z jednym okiem otwartym – bo przecież coś trzeba oglądać przez okno. A działo się sporo.

W Kairze – jak to w każdym dużym mieście – widoki za szybą nie wzbudzały większych emocji. Ot, standard: bloki, billboardy, chaos. Taka egipska wersja obrzeży Warszawy, Katowic czy Wrocławia – tylko z palmami.

Ale za rogatkami miasta zaczęło się robić ciekawie. Przy drodze tłoczyli się ludzie – ewidentnie czekający na transport do pracy. Byłam pewna, że czekają na busa… dopóki nie przypomniałam sobie, że jesteśmy w Egipcie. A tu transport zbiorowy to pojęcie bardzo elastyczne.

I tak oto oglądaliśmy autostradę, po której pomykali pasażerowie na pakach pick-upów – siedzący, stojący, balansujący jak surferzy, niektórzy dyskutujący z kierowcą przez szyberdach. Kobiety, mężczyźni, dzieci, starcy – pełen przekrój demograficzny. Ruch jak w porannej „patelni” na Metro Centrum, tylko zamiast tramwaju: Toyota Hilux i wiatr we włosach.

I jak tu spać, skoro tyle się dzieje! Niby człowiek planował krótką drzemkę w autokarowym fotelu, a tu proszę – reality show na cztery pasy. Egipska wersja „Śniadania na poboczu z kierowcą ciężarówki i kozą na dachu”. Każda kolejna ciężarówka mijała nas z nową konfiguracją pasażerów, a ja już zaczęłam wypatrywać kogoś na deskorolce przypiętej do zderzaka.

Sen? Jaki sen. Przecież to był lepszy spektakl niż sylwestrowa ramówka telewizji publicznej.

Im bliżej byliśmy Aleksandrii, tym bardziej zmieniał się krajobraz. Pustynne beże powoli ustępowały miejsca zieleni – prawdziwej, soczystej, nie tej z katalogu ogrodniczego dla desperatów. A tuż przed wjazdem do miasta – jeziora. Ogromne tafle wody rozlane między trzcinami i palmami, jakby Egipt chciał nagle przypomnieć sobie, że też potrafi być mokry.

I wtedy – szok klimatyczny. Chmury. Nie jakieś tam egzotyczne, fotogeniczne pierzaste obłoczki. Nie. To były nasze, swojskie, grube, szare, jesienno-listopadowe chmury z pełnym pakietem melancholii. Po dwóch tygodniach bez ani jednej chmurki na niebie – nagle taki widok. Chmury były tak bardzo polskie, że niemal poczułam potrzebę założenia kurtki przejściowej i ponarzekania na wilgoć w kolanach.

Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej moje myśli zaczęły krążyć wokół mojego parasolika przeciwsłonecznego, który – całkowicie odruchowo – zabrałam ze sobą do Aleksandrii. W końcu słońce to tu norma. Ale teraz zastanawiałam się już tylko nad jednym: czy wytrzyma wodę. Bo wszystko wskazywało na to, że zapisujemy się do rodzinnych kronik jako pierwsi, którzy zmokli w Egipcie. Przynajmniej raz. I to nie w Nilu, nie w morzu,  tylko z nieba.

Aleksandria

W końcu dojechaliśmy. W deszczu. I to nie jakimś symbolicznym kapu-kapu, tylko porządnym, jesiennym ulewisku. Aleksandria przywitała nas szarością, wilgocią i… syfem. Serio. Trochę lepiej to sobie wyobrażałam – w końcu „ukochane miasto Aleksandra”, śródziemnomorska perła i tak dalej. A tu? Bloki, które się sypią. Ruiny, w których zdecydowanie nie powinni mieszkać ludzie. I to wszystko nie na zapomnianym południu, tylko właśnie tu – w wielkomiejskiej, cywilizowanej Aleksandrii. Tam, gdzie miało być lepiej.

Aleksandria

Zanim autobus zaparkował na parkingu przy katakumbach – bo właśnie od nich mieliśmy zacząć zwiedzanie – deszcz zdążył przejść. Zostało tylko mokro i zimno. Naprawdę zimno. Dziesięć stopni, ale odczuwalne jak trzy. Może przez ten wiatr znad morza, a może przez szok kulturowo-klimatyczny.

Okolica… cóż, delikatnie mówiąc: zastanawiająca. Patrzyliśmy przez szyby autobusu i nikt nie chciał wyjść pierwszy. Kamienice wokół wyglądały jakby miały zaraz wziąć i się rozlecieć. Szczerze mówiąc, fakt, że wciąż stoją, zaprzecza podstawowym prawom fizyki. Popękane, powykrzywiane, z balkonami w stanie agonalnym – a jednak zamieszkane. I tylko my się zastanawialiśmy, co my tu właściwie robimy.

Po wyjściu z autokaru naszym oczom ukazała się… wystawa z marmuru. Dosłownie. Marmurowe wanny, marmurowe umywalki, marmurowe cokoły, wszystko porozstawiane jak w katalogu „Łazienki marzeń. Edycja egipska”. Rozejrzałam się i parsknęłam śmiechem. – Zobacz – szepnęłam do męża – przywieźli nas do sklepu z łazienkami, bo czeka nas remont! Tu wanna, tam umywalka, gdzieś między tym wszystkim mozaiki podłogowe… Jeszcze tylko brodzik i kabina, i mamy komplet. Przez chwilę poczułam się jak na wyprzedaży w greckich Atenach – tylko w wersji totalnie open air i bez możliwości zwrotu.

Przewodnik zaprowadził nas pod niepozorne wejście, które wyglądało bardziej jak zejście do piwnicy w starej kamienicy niż do jednego z najciekawszych miejsc w Aleksandrii. – To są katakumby Kom el-Szokafa – zaczął – największe rzymskie katakumby w Egipcie. I jedne z najdziwniejszych, bo łączą styl grecki, rzymski i egipski. Mamy tu sfinksy z fryzurą Cezara, Anubisa w zbroi legionisty i mumie w togach.

Popatrzyliśmy po sobie z niedowierzaniem, a on ciągnął dalej: – Katakumby odkryto zupełnie przypadkiem, kiedy osioł wpadł do dziury w ziemi. Dosłownie. Zamiast dramatycznej opowieści o wielkiej ekspedycji – mamy pechowego osła i bardzo zdziwionych robotników.

Zeszliśmy więc pod ziemię, w chłód i półmrok, zanurzając się w świecie, gdzie śmierć miała twarz i egipską, i rzymską, i grecką.

Katakumby Kom el-Shoqafa w Aleksandrii — największe starożytne katakumby w Egipcie.

I faktycznie – tak właśnie było. Powiem szczerze: ciężko było utrzymać powagę, bo bądź co bądź – to przecież cmentarz, miejsce wiecznego spoczynku i zadumy. Ale jak tu się nie śmiać, skoro Anubis paraduje w rzymskiej zbroi i spódniczce jak z teatru szkolnego? Serio. Całość wyglądała, jakby ktoś postanowił połączyć podręcznik historii z wyobraźnią pięciolatka i talentem średnio uzdolnionego rzeźbiarza.

Katakumby Kom el-Shoqafa w Aleksandrii — grobowce łączące tradycję egipską i grecko-rzymską.

Wszędzie greka spotykała się z faraonem, rzeźby wyglądały jak dzieło wspólne Egipcjanina i Rzymianina, którzy nigdy nie uzgodnili, kto ma kończyć.

Katakumby Kom el-Shoqafa w Aleksandrii — grobowce łączące tradycję egipską i grecko-rzymską.

Styl starożytnego Egiptu zmieszany z motywami z Hellady i odrobiną rzymskiej pompy – a wszystko to przefiltrowane przez wyobraźnię epoki, gdzie mniej znaczyło więcej.

Katakumby Kom el-Shoqafa w Aleksandrii — grobowce łączące tradycję egipską i grecko-rzymską.

Efekt? Niezapomniany. Trochę śmiesznie, trochę dziwnie, a trochę jakby ktoś próbował urządzić escape room z epoki Kleopatry i Nerona jednocześnie – i to po dużej ilości wina z Rodos.

Po godzince zwiedzania i zapoznaniu się z „lokatorami” katakumb – bo szczątki ich dawnych mieszkańców wciąż tam spoczywają – ruszyliśmy dalej.

Katakumby Aleksandrii — pozostałości dawnych pochówków.

Po drodze przewodnik opowiadał nam o Aleksandrii z wyjątkowym zapałem. Nic dziwnego – jego żona pochodziła właśnie stąd, więc o mieście wiedział więcej niż tylko z przewodników. To nie była już sucha lekcja historii, tylko rodzinne anegdoty i ciekawostki z pierwszej ręki.

Przewodnik – jak się okazało – miał nie tylko osobisty sentyment do Aleksandrii, ale też imponującą wiedzę o jej urbanistyce. Opowiadał nam z pasją, że podział miasta na dzielnice, który stworzył sam Aleksander Wielki (czyli ten „oryginalny”, nie od szachów), wciąż obowiązuje. Serio. Przez ponad dwa tysiące lat!

Miasto zostało pierwotnie podzielone na pięć dzielnic, ponumerowanych od I do V.

I – to centrum, miejsce prestiżowe, pełne najlepszych szkół, sklepów, kawiarni, porządnych chodników i – co najważniejsze – porządnych dachów. Tam mieszkają najbogatsi i najbardziej wpływowi. Im dalej w numerację, tym… mniej prestiżowo.

Dzielnica II – nadal dobrze, ale już nie „pałace i luksus”, tylko bardziej „porządne apartamenty i niezłe szkoły”. Taki egipski odpowiednik górnego Mokotowa albo Żoliborza.

Dzielnica III – klasyczna klasa średnia: są i fajne miejsca, i mniej fajne; życie codzienne, szkoły, sklepy, bloki z czasów Nasera. Trochę jak Tarchomin z palemkami.

Dzielnica IV – zaczyna być trudno. Mniej infrastruktury, więcej chaosu. Ulice dziurawe, śmieci pod balkonami, ale nadal – życie się toczy. Egipski odpowiednik „blokowiska z charakterem”.

Dzielnica V – tu już schodzimy do poziomu, gdzie codzienność to sztuka przetrwania. Bardzo biedna część miasta, czasem z zabudową przypominającą rozsypujące się dekoracje filmowe. Tam naprawdę mieszkają ludzie, a to, że nie wszystko zawaliło się jeszcze do końca, graniczy z cudem.

I co najciekawsze – ten podział, choć oficjalnie istnieje tylko w dokumentach administracyjnych, dla mieszkańców jest oczywisty i naturalny. Każdy w Aleksandrii wie, która dzielnica co oznacza. To taka miejska wersja drabiny społecznej – ale z antycznym rodowodem. Naszym kolejnym celem miała być Kolumna Pompejusza – ta jedna, jedyna, najwyższa i najbardziej samotna w całej Aleksandrii. To w zasadzie wszystko, co zostało z potężnego kompleksu Serapejonu, który kiedyś był dumą miasta, a dziś… cóż, stoi sobie jedna kolumna i udaje, że nic się nie stało.

Kolumna Pompejusza. Rzymski monument z III w. n.e., wzniesiony ku czci cesarza Dioklecjana.

Kolumna ma prawie 30 metrów wysokości, jest z różowego granitu i – co ciekawe – nie ma absolutnie nic wspólnego z Pompejuszem. Nazwa to wynik starej pomyłki Europejczyków, którzy najwyraźniej stwierdzili, że skoro coś jest stare i wielkie, to musi być rzymskie. W rzeczywistości kolumna została wzniesiona na cześć cesarza Dioklecjana w III wieku naszej ery.

I choć cała reszta świątyni już dawno przepadła – rozwalona, rozebrana, zapomniana – ta jedna kolumna nadal stoi. Dumnie i uparcie. Trochę jak jedyny ocalały kieliszek po dobrej imprezie.

Pod tą samotną kolumną ciągną się tunele – jak to w Egipcie bywa, każdy z potencjałem na skarb albo przynajmniej wilgoć.

Kolumna Pompejusza, Aleksandria.

Jeden kończy się klasycznie, czyli dziurą w ziemi, jak większość tuneli ze starożytności: zaczyna się obiecująco, a kończy rozczarowaniem. Ale drugi – niespodzianka – prowadzi do posągu krowy z brązu. Niby nic, a jednak patrzysz i myślisz: „Serio? Krowa?”

A nad całym placem z kolumną – wisienka na torcie urbanistycznego absurdu – królują bloki z lat 90. U nas w tym czasie rządziła pstrokacizna i plastikowy siding, u nich za to wybuchła miłość do antyku. Efekt? Piętnastopiętrowe koszmarki stylizowane na świątynie greckie, z gzymsami, kolumienkami i balustradami, które wyglądają, jakby kupiono je hurtowo z przeceny w katalogu „Romańska Ruina Deluxe”. Całość robi wrażenie… niezapomniane.

Po obejrzeniu najbardziej samotnej kolumny na świecie – takiej, co to została sama jak palec z całego kompleksu, jakby wszyscy inni już dawno się spakowali i wyjechali do lepszych czasów – ruszyliśmy dalej. Tym razem do amfiteatru. Bo przecież jak już jesteśmy w Aleksandrii, to czemu nie zaliczyć antycznego hitu numer dwa – kamiennego kina sprzed naszej ery?

Rzymski teatr w Aleksandrii to jedna z tych archeologicznych niespodzianek, które Egipt trzymał długo w zanadrzu. Odkryty zupełnym przypadkiem w latach 60. XX wieku, kiedy planowano budowę nowego budynku uniwersyteckiego. Zamiast fundamentów pod akademik – niespodzianka! Kamienne półkola, kolumny, mozaiki… i już nikt nie chciał budować akademika.

Rzymski teatr w Aleksandrii, datowany na okres rzymski (II–IV w. n.e.).

Teatr powstał w III wieku n.e., czyli w czasach, kiedy Rzymianie rządzili Egiptem, a Aleksandria była jednym z najważniejszych miast w basenie Morza Śródziemnego. Mógł pomieścić około 600 widzów, więc bardziej „teatr studyjny” niż opera narodowa. Za to wykonany z klasą – marmurowe siedziska, kolumnady i system akustyczny, który działał bez mikrofonów, a jednak każdy wszystko słyszał (czyli coś, co nadal nie działa w niektórych salach konferencyjnych).

Dziś wygląda to trochę jak starożytny plac zabaw z historią – można zejść po kamiennych schodkach, usiąść jak widz sprzed dwóch tysięcy lat i zastanawiać się, czy grali tu tragedie, komedie, czy może po prostu narzekali na politykę – jak wszyscy, zawsze, wszędzie.

Do tego odkryto obok termy, czyli antyczne spa, i fragmenty dawnych zabudowań – co sugeruje, że cały kompleks był częścią zamożnej dzielnicy rzymskiej elity. I choć teatr nie jest może tak spektakularny jak Koloseum, to ma swój urok – zwłaszcza, że odnaleziono go praktycznie w środku miasta. Takie rzeczy tylko w Aleksandrii.

I to jest jeden z najbardziej uroczych (i zaskakująco uniwersalnych) elementów tego miejsca – obok teatru znajdowała się antyczna szkoła. Taka starożytna wersja uniwersytetu, gdzie uczono retoryki, filozofii i innych mądrości, które niekoniecznie przekładały się na późniejsze zatrudnienie – czyli jednak niewiele się zmieniło.

Ale najlepsze? Do dziś można tam znaleźć wykute w kamieniu grafiti ówczesnych studentów.

Rysunek na kolumnie w ruinach

 Tak, studenci już dwa tysiące lat temu robili to, co współcześni – zostawiali po sobie ślady, rysunki, podpisy, a czasem mało cenzuralne komentarze. Niektóre napisy są zaskakująco zgrabne, inne to klasyczne „tu byłem”, tylko że w wersji dłutem po marmurze. Można powiedzieć, że to taka antyczna wersja tablicy ogłoszeń – bez moderatora, za to wieczysta.

Jeśli więc ktoś myśli, że dzisiejsze bazgroły w szkolnych toaletach to znak czasów – nie, to po prostu długa, długa tradycja.

Kolejnym przystankiem naszego zwiedzania było coś, na co czekałam od początku – przywitanie z morzem. I to nie byle jakim! Po całej tej pustynno-kamiennej epopei w końcu mieliśmy zobaczyć fale, słoną bryzę i – jak to trafnie ujęła młoda – „wodę w poziomie, a nie ciągnącą się wzdłuż rzeki”. Dotarliśmy pod twierdzę Kajtbaja – majestatyczną budowlę stojącą dokładnie tam, gdzie kiedyś dumnie wznosiła się latarnia morska na Faros, jeden z siedmiu cudów świata starożytnego.

Twierdza Kajtbaja. Mamelucka forteca z XV wieku, wzniesiona na ruinach jednego z siedmiu cudów świata.

Miejsce z historią, zobowiązujące. Sama twierdza wyglądała imponująco: jasne mury, morski wiatr, fale rozbijające się o kamienny falochron – niczym scenografia do filmu historycznego, tylko że z dodatkiem turystów i selfie-sticków.

Z murów roztaczał się widok na Morze Śródziemne. Szare, wzburzone i chłodne – raczej mniej śródziemne niż sugeruje nazwa.

Widok na Aleksandrie z twierdzy Kajtbaja.

Ale po dwóch tygodniach piachu i pustynnego wiatru to było jak plaster na skołatane zmysły. Stałam jak zaczarowana, chłonąc ten widok, który – mimo że lodowaty – był po prostu piękny.

Nie, nie wskoczyliśmy do wody. Moja odwaga aż tak daleko nie sięga. Ale samo to, że staliśmy nad tym morzem, przez które przed wiekami pływali Grecy, Rzymianie i egipscy kupcy, wystarczyło, żeby się lekko wzruszyć. Albo przynajmniej porządnie zmarznąć.

Wiatr znad wody hulał jak wariat, temperatura nie chciała przekroczyć 13 stopni, a czapki i kaptury wędrowały na głowy szybciej niż zdążyliśmy je wyciągnąć z plecaków. To było zdecydowanie morze do podziwiania, a nie do kąpieli – ale i tak zostawiło w nas zachwyt. W końcu weszliśmy do środka twierdzy – tej samej, którą widziałam tyle razy w programach historycznych, dokumentach, książkach i folderach, że byłam absolutnie przekonana, że już ją znam. Serio, miałam wrażenie, że to spotkanie po latach: „O, hej, Kajtbaju, dawno się nie widzieliśmy!”. Jakbyśmy razem dorastali, tylko on się trochę lepiej trzymał.

Twierdza Kajtbaja to średniowieczna odpowiedź na starożytne: „Było tu coś fajnego, to zbudujmy coś nowego”. Powstała w XV wieku, dokładnie tam, gdzie kiedyś stała słynna latarnia morska na Faros – jeden z siedmiu cudów świata starożytnego. Tyle że latarnia nie wytrzymała kilku trzęsień ziemi, więc dziś mamy tylko wyobraźnię, rekonstrukcje i zdjęcia z gier komputerowych. A Kajtbaj? Kajtbaj się ostał.

Zbudował ją mamelucki sułtan Al-Aszraf Kajtbaj – stąd ta niezaskakująca nazwa – żeby bronić Aleksandrię przed najazdami. I, co ciekawe, faktycznie działała jak twierdza: zamieszkana, uzbrojona, gotowa do akcji. Miała chronić Egipt przed wszelkimi wrogami – głównie Portugalczykami, którzy w tamtych czasach mieli fazę na eksplorację wszystkiego, co nie było ich.

Potem oczywiście przyszli Osmanowie, potem Francuzi, potem Anglicy – jak to w historii Egiptu bywa – każdy coś przy niej pomajstrował. Ale mimo tego wszystkiego – twierdza stoi. I robi wrażenie. Nawet jeśli dziś największym zagrożeniem są turyści z kijami do selfie, to nadal wygląda, jakby mogła spokojnie odpierać atak piratów.

A teraz ciekawostka z gatunku „to skomplikowane”: niektórzy uważają, że Kajtbaj wcale nie zaczynał od zera, tylko… od fundamentów starej latarni. Że to, co dziś nazywamy twierdzą, wcale nie jest w stu procentach jego dziełem. Po prostu wziął to, co zostało z cudu świata, i zbudował na tym coś praktycznego. Czyli: na dole – starożytność, na górze – średniowiecze.

Taki architektoniczny przekładaniec. Albo lasagne z granitu. I nawet jeśli dziś nie zobaczymy ani jednej cegły 9 a raczej kamienia) z latarni Faros, to stojąc na dziedzińcu, można poczuć się jak uczestnik historii. Bo może właśnie stoisz na kawałku fundamentu, który kiedyś prowadził żeglarzy do brzegów Egiptu. Albo przynajmniej ładnie wyglądał z daleka. W każdym razie – zwiedzanie epicko zaliczone.

Twierdza z zewnątrz wygląda imponująco, ale i w środku ma swój urok – chociaż niekoniecznie taki, jakiego się spodziewacie. Bo wizualnie: wow. Jasne kamienie, światło wpadające przez okienka, widok na wzburzone morze – wszystko się zgadza. Ale te mozaiki? Zdecydowanie jakby z innej bajki. Ktoś chyba pomylił katalogi i zamiast „militarna surowość” zamówił „klimatyczny rynek w Marrakeszu”.

Wnętrze twierdzy

Maż, rzecz jasna, znowu zaczął narzekać – bo w środku jest mnóstwo pięter i schodów. A schody, trzeba przyznać, prowadzą donikąd. Serio. Wchodzisz, sapiąc jak smok w saunie, tylko po to, by stwierdzić, że to kolejne puste pomieszczenie albo okienko do wsadzenia broni. Z widokiem, owszem, ale nie wartym zadyszki.

Moja rada? Nie ma co się forsować na piętra. Okienka są jak to w starych twierdzach – małe, wąskie i idealne do wystawienia lufy albo nosa na przeciąg. Jak ktoś się bardzo upiera, to niech się wspina, ale niech wie, że architekt chyba projektował to wszystko pod osła, nie ludzi.

Gdy my tam byliśmy, wejście na dach było zabronione, więc zostały nam tylko mury obronne. Ale i one robiły robotę – stamtąd podziwialiśmy wzburzone Morze Śródziemne, które w tamtym momencie wyglądało bardziej jak Atlantyk po kłótni z Golfstromem. I choć wiatr urywał głowę, to widok wynagradzał wszystko.

Po zwiedzeniu twierdzy czekał nas zasłużony obiad i chwila oddechu przed sylwestrowym szaleństwem. Trafiliśmy do małej, kultowej właściwie knajpki w Aleksandrii – tuż przy samym morzu, w porcie. Lokal niepozorny, ale z duszą. A z kuchni pachniało tak, że człowiek nagle odkrywał w sobie wilczy głód, choć jeszcze chwilę wcześniej zarzekał się, że „jest pełny po śniadaniu”.

Na stole – rybka, świeżutka, siermiężna, idealna. Do tego nic więcej nie trzeba, żeby poczuć szczęście. No, może kromka chleba i sok z cytryny. I cisza, którą przerywał tylko szum fal i stukot sztućców. Gdyby nie wiatr znad wody, który próbował zamrozić nam uszy od środka – byłoby wręcz romantycznie.

Ale nie narzekamy – nadmorski obiad w Aleksandrii, w ostatni dzień roku, to i tak brzmi jak plan idealny.

Zanim ruszyliśmy z powrotem do hotelu, czekał nas jeszcze jeden przystanek – Nowa Biblioteka Aleksandryjska. Postawiona na wzór tej legendarnej, spalonej przez Koptów (a może Rzymian? a może przypadkiem? – wersji jest tyle, ilu historyków), miała być pomnikiem wiedzy, kultury i przyszłości. No cóż…

Muszę przyznać, że sporo się o niej naczytałam. Wiedziałam, że nowoczesna architektura starzeje się źle, ale nie spodziewałam się, że aż tak źle. Biblioteka była po prostu… zniszczona. I obsrana przez ptaki. Dosłownie. Na tej białej, kamiennej elewacji widać było każdy jeden ptasi manifest artystyczny. Straszne. Bardzo.

Do środka – niespodzianka – nie można wejść. Bo biblioteka jest dla studentów. Tylko dla studentów. Turyści mogą sobie najwyżej popatrzeć z zewnątrz, żeby – uwaga – „nie przeszkadzać w nauce”. Czyli: popatrz, pomarz i idź dalej. No to popatrzyliśmy. I poszliśmy. Bo jakby nie patrzeć – po dawnej świetności nie zostało tu zbyt wiele. Poza nazwą.

Powrót do hotelu zajął nam dokładnie tyle samo co przyjazd do Aleksandrii – czyli klasyczne dwie i pół godziny przez egipski chaos drogowy. Ale nie narzekaliśmy. Przynajmniej mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby przygotować się na sylwestra w Kairze. A muszę przyznać, że przygotowania w hotelu szły pełną parą. Wszyscy gdzieś biegali, coś prasowali, ktoś kombinował z fryzurą, ktoś inny testował, ile brokatu można legalnie założyć w Afryce Północnej. W powietrzu czuć było atmosferę oczekiwania… i odrobinę dezorientacji, bo nikt do końca nie wiedział, co nas właściwie czeka. Ale wyglądało na to, że będzie się działo. A już wkrótce mieliśmy się o tym przekonać – sylwester połączony z kolacją startował o 21:00. Czyli jak na egipskie standardy… wręcz zaskakująco punktualnie.

Sylwester w Afryce. Egzotyka? Raczej zimnica. Wyobrażenia: ciepłe noce, drink z palemką, tańce pod gwiazdami w letniej sukience. Rzeczywistość: 5 stopni. Nie powyżej 25. Pięć. Ledwo powyżej zera. Sylwester w Afryce okazał się chłodniejszy niż niejeden w Warszawie.

Hotel, pełen zapału i dobrych chęci, zorganizował imprezę w namiocie. Brzmi romantycznie? Może i tak, ale gdy jedynym źródłem ciepła było własne ciało i kurtka puchowa, robiło się mniej uroczo. Siedzieliśmy wszyscy owinięci jak cebule, grzaliśmy się parującymi daniami i liczyliśmy, że przynajmniej muzyka będzie rozgrzewająca.

Muzyka? Z płyty. „Live band” najwyraźniej utknął w korku na Nilu. Ale jedzenie – o dziwo – rewelacyjne. Przepyszne dania, aromaty, przyprawy, coś wreszcie zasługującego na nazwę „kolacja sylwestrowa”.

A potem pojawiła się… tancerka brzucha. Podobno nagradzana, znana i w ogóle wow. I może byłoby wow, gdyby nie to, że jej biust wyglądał jak dwa namioty pneumatyczne klasy wojskowej, które zaraz przejmą kontrolę nad imprezą. Przerażająca siła grawitacji i silikonu w jednym. A pomiędzy tym wszystkim – dzieci. Bawiące się, skaczące, jedzące frytki i robiące selfie z tą samą tancerką, co chwilę wcześniej łamała prawa fizyki.

Sylwester, którego nie da się zapomnieć. Bo kiedy ostatnio tańczyłeś do arabskich rytmów w kurtce zimowej, jedząc humus i zerkając z niepokojem, czy biust sceniczny kogoś nie ogłuszy? No właśnie.

A o północy? Zero fajerwerków. Serio. Niebo czyste jak ręce po dezynfekcji. W Egipcie nie strzela się w sylwestra – bo to nielegalne. Powód? Terroryzm. Bo wiecie, jak coś nagle wybucha, to nie wiadomo, czy to raca czy… coś mniej radosnego. Więc żadnych kolorowych rozbłysków, żadnego huku.

Ale spokojnie – tradycja jest. Tyle że… trochę inna. O północy Egipcjanie rzucają w siebie kulkami z papieru. Tak po prostu. Śniegu nie ma, więc robią, co mogą. I jakby to powiedzieć – nie jest to ten spektakularny moment, w którym wzruszasz się, patrząc w niebo i myślisz o przemijaniu. To bardziej scena z przedszkola podczas zajęć z origami połączonego z walką na śnieżki.

I tak właśnie przywitaliśmy Nowy Rok: w kurtkach, przy tancerce z aerodynamicznym biustem, w namiocie o temperaturze lodówki – z dziećmi, kulkami papieru i bez cienia szampana.

Ale było… niezapomnianie. Bo kiedyś wnuczce powiem: „A babcia to Nowy Rok witała, jak Egipcjanie – bez ognia, za to z kulką w twarz.”

A kiedy już o północy rzuciliśmy w siebie wystarczająco dużo kulek papieru, dzieci się wyszalały, tancerka zniknęła (chyba nie odleciała – chociaż przy tych gabarytach to kto wie), a muzyka z playbacku zaczęła się zapętlać – poszliśmy spać.

W kurtkach.

Bo o 5 rano – oczywiście – czekała nas pobudka. Bo jakże inaczej kończyć egipską przygodę, jeśli nie w stanie półprzytomności w autobusie, który wiezie cię do Gizy. Plan był prosty: zwiedzanie piramid, potem egipskiego muzeum (tego starego – nowe dalej w budowie, a otwarcie „podobno latem”, tak jak „latem” rok temu), i… koniec. Powrót do miejsca, z którego wyruszyliśmy.

I nie – nie chodzi o hotel, tylko o tę mentalną przestrzeń, w której człowiek myślał, że to będą zwykłe wakacje.

A potem przyszły krokodyle, szachy i kulki papieru.