Po pysznym obiedzie i schłodzeniu się miejscowymi napojami ruszyliśmy na punkt kulminacyjny tego dnia — Angkor Wat.

To jest ten moment w planie podróży, który wygląda dumnie.
Ten, na który człowiek czeka.
Ten, który zna z telewizji jeszcze zanim zacznie się interesować Kambodżą.

Naczytaliśmy się. Naoglądaliśmy.

A kiedy w końcu stanęliśmy przed nim naprawdę — pierwsze odczucie było dokładnie takie samo jak pod piramidami w Gizie.

Piękne. Monumentalne.
I… dziwnie znajome.

Angkor z dystansu zawsze wygląda na spokojny.

Bo widziałeś to już tyle razy na ekranie, że mózg potrzebuje chwili, żeby zrozumieć:
to nie jest zdjęcie.
To nie jest film.
To jest ogrom, który stoi przede mną. I jest większy, niż powinien być.

Angkor Wat nie robi „wow” od razu.
On robi coś gorszego.

On bardzo spokojnie ustawia cię we właściwej skali.

I nagle twoje problemy z klimatyzacją w hotelu brzmią jak temat na zupełnie inną planetę.

Zbliżaliśmy się do mostu prowadzącego do głównej bramy. I o ile wcześniej brak turystów był zaskakujący, tutaj był wręcz podejrzany.

Było pusto.
Dwie nieduże wycieczki, kilku samotnych wilków z plecakami i my.

Jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc świata — a my niemal sami.

Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie pomylił godzin. Albo epoki.

I wtedy zaczyna się most.

Długi. Prosty. Nie do ominięcia.

Nie ma skrótów ani bocznych ścieżek. Idziesz dokładnie tam, gdzie wyznaczono drogę prawie dziewięćset lat temu. Nikt nie projektował tu „opcji alternatywnej”. Nie było konsultacji społecznych.

Antyporada nr 41:
Nie próbuj iść „po swojemu”. Angkor Wat został zaprojektowany tak, żebyś szedł dokładnie tam, gdzie trzeba.

Po obu stronach rozciąga się fosa — szeroka na niemal dwieście metrów. Z bliska wygląda jak spokojne jezioro. Woda odbija wieże i niebo tak symetrycznie, że przez chwilę trudno powiedzieć, co jest prawdziwe, a co tylko odbiciem.

Ale to nie był zwykły rów.

Khmerowie budowali swoje świątynie jak model wszechświata.
Nie metaforycznie. Dosłownie.

Fosa symbolizuje kosmiczny ocean otaczający świat.
Most jest przejściem z codzienności do sfery sacrum.
A pięć wież w głębi przedstawia górę Meru — mityczne centrum wszechświata.

Zanim więc wejdziesz do środka, już bierzesz udział w opowieści.

Balustrady mostu zakończone są kamiennymi nagami — wielogłowymi wężami. W Angkorze to nie dekoracja. Naga jest strażnikiem przejścia, opiekunem granicy między światami. Według legend to właśnie z rodu nag wywodzili się pierwsi władcy Khmerów.

Symetria jest tu absolutna.
Nic nie jest przypadkowe.

I właśnie na tej idealnej, wyliczonej osi wszechświata dzieje się coś bardzo ziemskiego.

W fosie, przy kamiennych krawędziach, pojawiają się dzieci.

Siedem, osiem, może dziesięć lat.
Wyskakują z wody jak ryby. Chwilę wcześniej zniknęły pod taflą, teraz wynurzają się z małymi żółwiami wodnymi w dłoniach.

Podpływają do brzegu, wspinają się po kamieniach i z szerokimi uśmiechami podchodzą do turystów.

— Photo? Photo?

Nie ma w tym nachalności. Nie ciągną za rękaw. Pokazują żółwia. Czekają. Jeśli ktoś nie chce — wracają do wody. I za chwilę znów są pod taflą.

Patrzyłam na to chwilę dłużej, niż powinnam.

Z jednej strony — folderowa wizja świata raczej nie przewiduje dzieci wyławiających żółwie dla turystów.
Z drugiej — oni naprawdę się bawili.

Wskakiwali do wody w ubraniach. Nurkowali. Chlapali się. Śmiali głośno. Kiedy żółw „odsłużył” zdjęcie, wracał do wody razem z nimi.

Nie wiem, czy to był sposób na lody, czy realna pomoc dla domowego budżetu.
Chciałabym wierzyć, że to pierwsze.

W pewnym momencie jeden z chłopców — może siedmioletni — upatrzył sobie naszą córkę.

Czternaście lat. Bardzo jasne, długie blond włosy. W tropikalnym słońcu wyglądała tu jak ktoś z zupełnie innej bajki.

Chłopiec podbiegł z żółwiem i zaczął krążyć wokół niej, śmiejąc się głośno. Ona stanęła sztywno, jakby ktoś włączył jej tryb „nie wiem, czy to żart, czy atak”.

On biegał wokół niej z dumą zdobywcy. Ona próbowała zachować twarz.
Po chwili sam pierwszy wybuchł śmiechem i wskoczył z powrotem do wody.

W tej scenie było więcej normalności niż egzotyki.

Most między kosmicznym oceanem a górą Meru nagle przestaje być metaforą wszechświata.
Staje się miejscem, gdzie starożytna symbolika i współczesne dzieciaki spotykają się w jednym punkcie.

I jakoś to do siebie pasuje.

Większość osób kieruje się prosto przez główne wejście.

My skręciliśmy w prawo.

Nie dlatego, że wiedzieliśmy coś więcej. Raczej dlatego, że odruchowo zawsze sprawdzamy, czy „z boku” nie jest ciekawiej. Czasem to błąd. Tym razem — nie.

W bocznym przejściu stoi Wisznu — bóg, któremu poświęcono Angkor Wat. Świątynię zbudowano w XII wieku, za panowania Suryavarmana II. W przeciwieństwie do wielu innych budowli w Angkorze, ta od początku była hinduistyczna.

Wisznu — w półmroku, między kamieniem a złotem.

Ambicja? Skala kosmiczna.

Wisznu ma cztery ramiona. W dłoniach trzyma dysk, muszlę, buławę i lotos — symbole władzy i kosmicznego porządku. Pełne wyposażenie.

Dziś jego posąg stoi przy wejściu, otoczony kwiatami i kadzidłami. To miejsce wciąż jest żywe religijnie. Ludzie zdejmują czapki, zakrywają ramiona, nie siadają wyżej od figury. Nie dotyka się posągu „dla zdjęcia”. Nie wchodzi się między modlących.

I to jest jeden z tych momentów, kiedy turysta powinien na chwilę przestać być turystą.

Obok Wisznu kiedyś stała Lakszmi — bogini szczęścia i dobrobytu. Jej figura zniknęła w XX wieku, w czasie gdy wiele rzeźb z Angkoru wywożono z kraju. Tak jak głowa Buddy w Ta Prohm.

Żona Wisznu – Lakszmi. Głowa skradziona, jak w Ta Prohm.

Wisznu został sam.

I może właśnie dlatego to boczne wejście ma w sobie coś bardziej prawdziwego niż monumentalna oś głównej bramy. Mniej efektu. Więcej ciszy.

Po przejściu przez bramę pierwsze, co przyciąga wzrok, to… okna.

Nie wieże.
Nie dziedziniec.
Okna.

A właściwie to, co je wypełnia.

Zamiast szyb — kamienne balastry. Toczone kolumienki ustawione gęsto obok siebie, jakby ktoś wystrugał je na gigantycznej kamiennej tokarce. Każda z wyraźnymi pierścieniami, rytmiczna, powtarzalna, a jednak minimalnie inna.

Trelki przy wejściu. Kamień dopracowany jak koronka.

I dopiero tu zaczyna się prawdziwy zachwyt.

To wszystko było robione ręcznie.

Piaskowiec, z którego zbudowano Angkor Wat, jest wdzięczny do rzeźbienia, ale kruchy. Jedno zbyt mocne uderzenie dłuta i blok mógł pęknąć. A wtedy — od nowa. Nowy kamień. Nowe godziny pracy.

Nie było miejsca na „prawie dobrze”.

Obok okien biegną pionowe pasy ornamentu — pilastry pokryte roślinnymi motywami, wijącymi się liśćmi i geometrycznym rytmem. To tysiące godzin pracy ludzi, których imion dziś nikt nie zna.

I nagle człowiek łapie się na tym, że stoi i wpatruje się w detal szerokości dłoni, podczas gdy nad nim wyrasta konstrukcja wielkości małego miasta.

Ale jeśli przyjrzysz się uważnie, zobaczysz coś jeszcze.

Nie całe Angkor Wat jest tak samo dopracowane.

Najstarsze partie — te z początku budowy — są bardziej pieczołowite. Reliefy głębsze. Balastry idealnie okrągłe. Symetria niemal matematyczna.

Im dalej, im późniejsze fragmenty — tym ornament staje się prostszy. Balastry przestają być pełnymi kolumienkami. Zamiast toczyć je w całości, zaczęto wykonywać półkolumny przytwierdzone do ramy.

Szybciej.
Oszczędniej.
Mniej ryzykownie.

To nie brak umiejętności.

To presja czasu.

Angkor Wat budowano za panowania jednego króla. Świątynia miała być gotowa. Monumentalna. Ukończona.

Perfekcja w pewnym momencie musiała ustąpić pragmatyzmowi.

I to widać.

A potem wzrok wędruje wyżej.

Dach.

Na zdjęciach wygląda jak klasyczne dachówki. Z daleka sprawia wrażenie lekkiego, niemal drewnianego. Dopiero gdy podejdziesz bliżej, dociera do ciebie, że te „dachówki” są rzeźbione z kamienia.

Dach z jednego kamienia — naśladujący dawną drewnianą architekturę.

Każdy segment to blok piaskowca uformowany tak, by imitował zakładane na siebie warstwy.

Khmerowie budowali kamienne świątynie tak, jakby wciąż myśleli o drewnie.

I tu wraca to, o czym pisałam wcześniej — drewno było dla ludzi. Kamień dla bogów. Drewno żyje, starzeje się i znika. Kamień miał być wieczny.

Jeśli budujesz dom dla bóstwa, nie oszczędzasz na trwałości.

Z dołu widzisz harmonię.
Z bliska — ślady dłuta.

I nagle przestaje to być „ładne”.
Zaczyna być ludzkie.

Za bramą przestrzeń nagle się otwiera.

Przed nami kamienna grobla przecinająca zielony dziedziniec prosto do głównej części świątyni.

Widok na groble i główna cześć świątyni

Prosta linia w świecie, który poza nią jest miękki i zielony.

To ceremonialna oś Angkor Wat.
Nie kluczy. Nie skręca. Nie daje wyboru.
Idziesz środkiem. Jak wszyscy przed tobą. I jak wszyscy po tobie.

Po przejściu przez fosę — symboliczny kosmiczny ocean — wchodzimy na ląd. A ta grobla prowadzi dokładnie do centrum, do miejsca, które w hinduistycznej kosmologii odpowiada górze Meru — osi wszechświata.

Antyporada nr 42:
Jeśli planujesz „zobaczyć tylko kawałek”, to nie tutaj. Ta oś wciąga.

Po obu stronach rozciąga się otwarta przestrzeń. Byliśmy tu tuż po porze deszczowej, więc trawa była intensywnie zielona. Nie wyglądała jak przycięty trawnik z miejskiego parku. Raczej jak żywy, gęsty dywan.

Grobla prowadząca do sanktuarium

Między bramą, groblą a „bibliotekami” nie ma właściwie cienia.

Słońce operuje bez żadnych przeszkód.

Dla osób z problemami ze słońcem kapelusz, długi rękaw i porządna parasolka to nie estetyka. To podstawowa kwestia bezpieczeństwa.

Normalnym ludziom może wystarczyć krem z filtrem i nakrycie głowy.

Antyporada nr 43:
Nie lekceważ tropikalnego słońca. Ono nie ma poczucia humoru.

Po obu stronach grobli stoją dwa mniejsze budynki, symetryczne, jakby pilnowały osi.

Tak zwane „biblioteki”.

Tylko że najprawdopodobniej nigdy nie były bibliotekami.

Biblioteka

Nazwa pochodzi z czasów francuskich badaczy. Małe, zamknięte budynki w obrębie świątyni? Logiczne — musiały przechowywać święte teksty.

Problem w tym, że tekstów nie przechowywano w kamieniu. Zapisywano je na liściach palmowych. A liście palmowe w wilgotnym, tropikalnym wnętrzu bez wentylacji nie miałyby długiego życia.

Jedno jest pewne — nie była to czytelnia z ciszą, półkami i panią bibliotekarką pilnującą porządku kosmosu.

Idąc w stronę galerii, schodzimy z grobli i przechodzimy drewnianymi pomostami poprowadzonymi tuż nad trawą.

W czasie naszej wizyty działały zraszacze.

Zraszacze na trawie i jeden z basenów ablacyjnych — akurat w remoncie.

Delikatna mgiełka przez chwilę daje ulgę. Potem powietrze robi się cięższe. Parne. Lepkie.

Wilgotność w tropikach potrafi zmęczyć szybciej niż kilometry marszu.

Organizm przestaje udawać, że to „tylko spacer”.

W cieniu galerii wreszcie można zwolnić.

Kamień daje osłonę. Powietrze przestaje być ostre. Kroki zwalniają same, jakby ściany wymuszały inne tempo.

Długi, kamienny korytarz świątyni Angkor z rzeźbionymi reliefami na ścianach.

I tam zaczyna się opowieść wyrzeźbiona w piaskowcu.

Galeria jest długa. Idzie się wzdłuż niej powoli, bo ściany nie pozwalają przejść obojętnie.

To tutaj zaczyna się Ramajana.

W kambodżańskiej wersji znana jako Reamker — historia o miłości, porwaniu, lojalności i wojnie, która od wieków funkcjonuje w całej Azji Południowo-Wschodniej. Ta sama opowieść, którą znajdziemy w Indiach czy Tajlandii, tylko opowiedziana nieco inaczej. Mniej surowo. Z większym rozmachem. Z zakończeniem, które daje ulgę.

Na kamieniu widać sceny jak z teatralnego spektaklu.

Scena Ramajany

Jest Rama — wyprostowany, spokojny, niemal nieruchomy w swoim królewskim opanowaniu.
Jest Sita — porwana żona, delikatna, ale nie bezradna.
Jest Hanuman — biały małpi wojownik, pełen energii, jakby nawet w kamieniu nie potrafił stać spokojnie.

I jest wojna.

Armia małp przeciwko demonom Rawany. Postacie nachodzą na siebie, włócznie krzyżują się, ciała są w ruchu. Rzeźbiarze nie zostawili pustych przestrzeni. Każdy fragment ściany coś opowiada.

To nie jest dekoracja.

To narracja.

Antyporada nr 44:
Nie przyspieszaj tylko dlatego, że jest chłodniej. Te ściany opowiadają historię.

W cieniu galerii łatwo zapomnieć o upale i po prostu iść dalej. A to jeden z tych momentów, kiedy warto się zatrzymać. Popatrzeć na dłonie postaci. Na twarze. Na napięte mięśnie wykute dziewięćset lat temu.

Najbardziej uderza to, że mimo upływu wieków widać emocje.

Napięte ramiona.
Wyciągnięte dłonie.
Twarze zwrócone ku przeciwnikom.

Ramajana - wojownicy Hanumana

Ktoś naprawdę musiał to rozumieć, skoro potrafił to wyrzeźbić.

Idziemy dalej.

Relief za reliefem. Scena za sceną.

I nagle kompozycja się zmienia.

Postacie ustawiają się w dwóch równych liniach. Po jednej stronie bogowie. Po drugiej demony. Pomiędzy nimi — ogromny wąż.

Ubijanie Oceanu Mleka.

W hinduistycznej mitologii bogowie i demony postanowili wspólnie ubijać pierwotny ocean, aby wydobyć z niego amritę — nektar nieśmiertelności. Jako linę wykorzystali ciało nagi. Jako oś — górę Mandarę.

Ciągnęli w jedną stronę.
Potem w drugą.
Rytmicznie. Uparcie.

I kiedy patrzy się na ten relief, naprawdę widać ruch. Ciała pochylone pod jednym kątem. Ramiona napięte. Twarze skupione.

Scena pulsuje, choć jest nieruchoma.

W niektórych miejscach zachowała się jeszcze czerwień.

Delikatna. Przygaszona. Ale wyraźna.

To przypomnienie, że Angkor kiedyś nie był w kolorze piaskowca. Reliefy miały barwy. Tło, szaty, ornamenty — wszystko było podkreślone kolorem.

Dziś widzimy kamień.

Ale gdzieniegdzie przeszłość jeszcze się broni.

Ubijanie Oceanu Mleka to opowieść o równowadze. O współpracy sił przeciwnych. O tym, że porządek rodzi się z napięcia.

I trudno nie pomyśleć, że cała ta świątynia jest właśnie taka.

Perfekcja i pośpiech.
Boskość i bardzo ludzki wysiłek.
Wieczność i my, stojący w cieniu z butelką wody.

Zanim zaczniemy wspinaczkę wyżej, zaglądamy jeszcze na wewnętrzne dziedzińce.

Między galeriami znajdują się mniejsze baseny. W porze deszczowej napełniały się naturalnie, zbierając wodę spływającą z wyższych partii świątyni.

W Angkorze woda była nie tylko symbolem kosmicznego oceanu. Była elementem przemyślanej inżynierii. Kompleks funkcjonował w rytmie monsunu — magazynował wodę, stabilizował grunt, dostosowywał się do klimatu.

Misternie rzeźbiony filar świątyni Angkor z bogatymi, khmerskimi ornamentami roślinnymi i postaciami.

To nie była wyłącznie wizja religijna.

To była konstrukcja zaprojektowana tak, by przetrwać.

I może właśnie dlatego Angkor Wat zachował się w tak dobrym stanie.

Choć prawda jest też taka, że gdyby nie międzynarodowy program ochrony koordynowany pod auspicjami UNESCO, dżungla bardzo szybko przypomniałaby, kto tu naprawdę ma cierpliwość.

Kambodża przez lata nie miała środków, by samodzielnie utrzymać i konserwować tak ogromny kompleks.

W szczelinach kamienia kiełkują rośliny. Z czasem ich korzenie potrafią rozsadzić konstrukcję. Co jakiś czas przyjeżdżają wyspecjalizowane zespoły konserwatorów, wspinają się na wieże i usuwają młode drzewa, zanim zrobią więcej szkód niż czasu.

Jedna z wież kompleksu Angkor Wat widziana z dołu

Kamień ma dziewięćset lat.
Korzeń potrzebuje kilku sezonów.

Nie wszystkie interwencje były udane.

W latach osiemdziesiątych jedna z misji konserwatorskich — prowadzona przez zespół z Indii — zastosowała zbyt agresywne środki chemiczne do czyszczenia fragmentów kamienia. Reakcja z piaskowcem przyniosła efekt odwrotny do zamierzonego. Część malowideł uległa zniszczeniu.

Dziewięciowiekowy kamień nie wybacza eksperymentów.

Stojąc tam, trudno nie pomyśleć, że wieczność też wymaga opieki.

Dopiero po obejrzeniu dziedzińców kierujemy się wyżej.

Schody są strome. I to bardzo. Ich nachylenie nie jest przypadkowe. Im wyżej, tym bliżej sfery boskiej. Wejście miało wymagać wysiłku.

Wymaga.

Patrzysz w górę i przez chwilę zastanawiasz się, czy to jeszcze architektura sakralna, czy już dyscyplina olimpijska.

Mój mąż patrzy w górę. Potem patrzy na swoją stopę.

To było zwykłe otarcie od sandała sprzed dwóch dni. Przez dwa dni funkcjonowało pod hasłem „nic takiego”. Smarowane, zaklejane, ignorowane. Chodzone na nim intensywnie, bez cienia refleksji.

Teraz nagle stopa zaczyna mieć zdanie.

— Ja bym bardzo chciał wejść — mówi tonem człowieka, który składa poważne oświadczenie wagi państwowej. — Ale zdrowie.

Zdrowie.

To samo zdrowie, które jeszcze rano maszerowało przez pół kompleksu bez protestu.

Patrzę na niego.
Patrzę na schody.
Patrzę znowu na niego.

Stopa, która była „niczym”, właśnie awansowała na strategiczny powód pozostania w cieniu.

— Nie ma co ryzykować — dodaje.

Oczywiście. Angkor stoi tu dziewięćset lat, ale to właśnie dziś mogłoby dojść do nieodwracalnej katastrofy stopy.

Siada w cieniu z miną człowieka, który podjął dojrzałą decyzję życiową. Bandaż wygląda teraz jak oficjalny dokument medyczny. Pierwszy raz od początku wyjazdu odpuszcza.

I trzeba przyznać, że robi to z pewną ulgą.

My ruszamy w górę.

Córka włącza tryb „ekspedycja”. Jakby każde takie wejście ładowało w niej jakieś wewnętrzne dynamo. Stromizna? Proszę bardzo. Biegnie po schodach, zagląda w przejścia, znika za filarem, pojawia się w oknie. Energia z nieznanego źródła.

Ja wspinam się w tempie „zachowaj godność”, starając się nie wyglądać jak ktoś, kto właśnie przemyślał wszystkie swoje decyzje życiowe.

Na szczycie wciąż modlą się ludzie. Cisza. Kadzidła. Skupienie.

Figura Buddy w kamiennej wnęce świątyni Angkor Wat, przed którą wierni składają kwiaty i świece.

A obok nich moja córka, która wygląda jakby zaraz miała odkryć zaginioną komnatę.

Kamienna statua Buddy siedzącego na wężu Naga we wnętrzu świątyni Angkor.

Z góry Angkor układa się w geometrię. Dziedzińce, osie, symetrie. Kosmologia przestaje być teorią, staje się planem przestrzennym.

Widok z górnego tarasu Angkor Wat na monumentalną bramę i otaczającą kompleks zieloną dżunglę Kambodży.

Gdzieś na dole siedzi mój mąż. W cieniu. Z nogą wyłożoną jak relikwia.

Schodzimy.

Rozdzielamy się. On idzie głównym traktem. My bokiem, bo tam jest cień. A cień w Angkorze to waluta.

Przy jednym z basenów siadamy na chwilę i wtedy zauważamy młodych mnichów. W wieku naszej córki. Pomarańczowe i żółte szaty, ogolone głowy, spokojne twarze.

My robimy zdjęcia świątyni.

Panorama Angkor Wat w Kambodży odbijająca się w tafli wody

Oni zaczynają robić zdjęcia nam.

Z pełnym skupieniem. Z kadrowaniem. Z zaangażowaniem.

Przez chwilę role się odwracają.

To my jesteśmy egzotyczne.

Córka z jasnymi, długimi włosami przyciąga uwagę jak magnes. Mnisi ustawiają się, robią zdjęcie, poprawiają ujęcie, robią kolejne. My stoimy i próbujemy wyglądać naturalnie, co oczywiście w takiej sytuacji jest niemożliwe.

Nie wiem, czy chodziło o włosy, czy o sam fakt, że ktoś przyjechał z daleka. W każdym razie przez moment czuję się jak element wystawy objazdowej pod tytułem „Europejska Rodzina w Tropikach”.

I jest w tym coś bardzo uczciwego.

Przy fosie postanawiamy wrócić pływającym mostem.

Brzmi romantycznie.

W praktyce pływający most naprawdę pływa.

Deski uginają się pod stopami. Woda chlupocze pod spodem. Każdy krok wydaje dźwięk, który sugeruje, że konstruktor miał poczucie humoru.

Córka jest zachwycona. Dla niej to dodatkowa atrakcja.

Ja idę ostrożnie, starając się nie wyobrażać sobie, jak wyglądałoby tłumaczenie w hotelu, że „tak, wpadliśmy do fosy przy najbardziej rozpoznawalnej świątyni świata”.

Antyporada nr 45:
Jeśli coś nazywa się „pływające”, potraktuj to poważnie.

Docieramy na suchy brzeg i siadamy w cieniu.

Patrzymy na Angkor Wat z dystansu. Monumentalny. Spokojny. Niewzruszony.

I wtedy przypominam sobie o moim zakupie — małym lusterku z klipsem do telefonu, które miało dawać efekt wody na zdjęciach. Taki elegancki trik, dzięki któremu budowla wygląda jakby wyrastała z jeziora, nawet jeśli żadnego jeziora pod ręką nie ma.

W Angkor Wat jezioro akurat jest. Nawet dwa.

Ale oczywiście uznałam, że zrobię to „lepiej”.

Wyciągam ustrojstwo. Montuję na telefonie. Klips trzyma, choć z wyraźnym brakiem entuzjazmu. Lusterko pokazuje kawałek nieba, fragment trawy i coś, co zdecydowanie nie przypomina majestatycznego odbicia świątyni.

Przekręcam. Poprawiam. Ustawiam pod kątem. Cofam się o krok. Jeszcze trochę. Jeszcze milimetr.

W pewnym momencie orientuję się, że balansuję bardzo blisko krawędzi basenu.

Angkor Wat odbija się w prawdziwej wodzie kilka metrów dalej — perfekcyjnie, bez klipsa, bez plastiku.

A ja prawie wpadałam do tej wody, próbując zrobić mu sztuczne odbicie.

Rodzina patrzy.

— Może wystarczy? — słyszę za plecami.

Jeszcze tylko spróbuję raz.

Efekt był do przewidzenia.

Kadr dziwnie ucięty. „Woda” bardziej przypomina przypadkowy błysk niż przemyślaną kompozycję. Świątynia wygląda, jakby delikatnie falowała od mojego braku talentu.

Eksperyment kończę szybciej, niż go zaczęłam.

Może są miejsca, których naprawdę nie trzeba ulepszać.

Poniżej wkleję zdjęcie tego ambitnego projektu technologicznego ku przestrodze.

Ambitny projekt technologiczny pt. „Jak prawie wpadłam do basenu w Angkor Wat, żeby poprawić coś, co natura zrobiła idealnie”

Wracamy do hotelu kompletnie padnięci.

Ten rodzaj zmęczenia, który jest ciężki, ale satysfakcjonujący. W głowie wciąż reliefy i wieże. W nogach kilometry.

Bierzemy szybki prysznic. Schodzimy na kolację.

Piwo Angkor smakuje tego wieczoru wyjątkowo dobrze.

I wtedy znowu patrzymy na stopę.

Małe otarcie.
Teraz zaczerwienione. Opuchnięte. Wyraźnie ambitniejsze niż rano.

Nie dramatyczne.
Ale już nie „nic takiego”.

Jutro lekarz.

Bo w tropikach drobiazgi mają tendencję do szybkiego awansu.

Gasimy światło.

Angkor wciąż mamy pod powiekami.