Po obiedzie i krótkiej przerwie na przebranie – czyli zmianę ciuchów z wczesnowiosennych na wczesnoletnie – wyruszyliśmy podziwiać cud techniki: Wielką Tamę Asuańską. Nie tę kameralną, z kamienia, budowaną przez Brytyjczyków na przełomie XIX i XX wieku. Mowa o tej drugiej – monumentalnej, radzieckiej, z betonu lanego z rozmachem. Bo Rosjanie, co jak co, ale beton lać to oni potrafią. Solidnie. Z rozmachem. I tak, żeby nawet Nil powiedział: „OK, tu się zatrzymam.”

Tuż przed wjazdem obowiązywały bardzo surowe ograniczenia. Pieszo przejść? Zapomnij. Tylko autokarem, tylko z zatrzymaniem w wyznaczonym punkcie widokowym. Instrukcje były klarowne: żadnych zdjęć w pobliżu wjazdu, żadnych filmów, żadnych głupich pomysłów. I to „absolutnie nie” było potraktowane bardzo serio. Obiekt strategiczny. A jak się coś dzieje w pobliżu tamy – to nie ma ostrzeżeń. Jest reakcja. Natychmiastowa. Wojsko przeszukuje pojazdy, odciąga turystów na bok, a w razie potrzeby – konfiskuje sprzęt. Na zawsze. Nie na chwilę, nie „oddamy po zwiedzaniu”. Na stałe. Nie bez powodu. Tama Asuańska to kolos – 111 metrów wysokości, ponad 3,8 kilometra długości. Gdyby ktoś ją uszkodził i uruchomił „odpływ kontrolowany” z Jeziora Nasera, Egipt dosłownie spłynąłby do Morza Śródziemnego. W dodatku tama wytwarza do 10 miliardów kWh energii rocznie – zasila całe południe kraju. Na miejscu stacjonuje wojsko – i to nie tylko symbolicznie. Baza wojskowa tuż obok, pasy startowe dla myśliwców, całkowicie zamknięta przestrzeń powietrzna. Naruszenie? Zero dyskusji. Zestrzelony bez ostrzeżenia.

I tu kończy się cała groza sytuacji, a zaczyna lokalny koloryt. Bo pilnują nas szeregowi wyglądający na wiek mojego dziecka, zagubieni w mundurach jakby przez pomyłkę trafili na zmianę. Starsi żołnierze drwią z nich co chwilę, a biedne chłopaki próbują okiełznać coś, czego okiełznać się nie da: egipski ruch drogowy. Trzypasmowa droga nagle zwęża się do jednego pasa. Kierowcy nie ustępują, tylko trąbią, przepychają się i machają rękami, tworząc własny system ruchu drogowego oparty na chaosie i głośności klaksonu. Dwóch żołnierzy próbuje to ogarnąć. Bezskutecznie.

W końcu – punkt widokowy. Mamy całe 30 minut, żeby kontemplować to inżynieryjne monstrum. Po prawej – mniejsza tama, tzw. Stara Tama Asuańska (ukończona w 1902 r.). Pośrodku – zbiornik między zaporami. Po lewej – ogromne Jezioro Nasera, czyli jedno z największych sztucznych jezior świata, o długości aż 500 kilometrów (część leży już w Sudanie). Różnice poziomów wody? Kolosalne. Skalę czuje się dopiero, gdy staniesz i spojrzysz w dół. I nie – nie chcesz sobie wyobrażać, jak wyglądałby ten widok przy awarii.

W Jeziorze Nasera – jako jedynym miejscu w Egipcie – nadal występują krokodyle nilowe. Córka spędziła całą wizytę wypatrując choćby ogonka. Bezskutecznie. Chyba miały wolne.

Za to udało nam się wypatrzyć świątynię Kalabsza – samotną, dostojną, wyrastającą z tafli wody jak dekoracja z filmu przygodowego. Zwiedzać jej nie mieliśmy w planach, ale jak ktoś koniecznie chce – da się. Tyle że trzeba trochę pokombinować: teren wojskowy, strefa zakazana. Czyli opcja dla turysty z adrenaliną: „świątynia z widokiem na karabin”.

Świątynia Kalabsza

My – grzecznie i zgodnie z planem – ruszyliśmy dalej: do świątyni Philae. A właściwie… do tego, co dziś nazywa się świątynią Philae, choć stoi na innej wyspie. Bo ciekawostka: oryginalnie znajdowała się na wyspie Philae, ale została przeniesiona na Agilkiję. I to nie dla kaprysu.

Aswan, Temple of Philae — XIX-wieczna fotografia nr 13 z serii archiwalnych zdjęć (1870–1888)

Aswan, Temple of Philae — XIX-wieczna fotografia nr 13 z serii archiwalnych zdjęć (1870–1888) z Archivio fotografico Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna (Wikimedia Commons).

Najpierw przyszli Brytyjczycy i zbudowali pierwszą tamę (ukończoną w 1902 roku, z modernizacjami w 1912 i 1933). Poziom wody wzrósł. Świątynia została częściowo zalana.

Świątynia Izydy w Philae (1905) — fotografia historyczna wykonana w 1905 roku

Świątynia Izydy w Philae (1905) — fotografia historyczna wykonana w 1905 roku, dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Autor: TIMEA / Travelers in the Middle East Archive (Purdue University). Źródło: Wikimedia Commons.

Przez ponad pół wieku „wisiała” półzatopiona – zwiedzało się ją z łodzi, turyści przypływali niczym Indiana Jones, wpływali do środka i fotografowali podmokłe reliefy. Romantycznie? Na zdjęciach – tak. W praktyce – katastrofa. Silniki łodzi tworzyły fale, które podmywały fundamenty. Woda i sól zżerały ściany. Zabytkowy kompleks z czasów Ptolemeuszy rozpadał się powoli, ale skutecznie. Egipt wiedział, że trzeba działać.

Zachodnia kolumnada Świątyni Izydy na Philae

Zachodnia kolumnada Świątyni Izydy na Philae (Egipt) — fotografia archiwalna z serii Egyptian views; Assuan and Philae udostępniona przez Library of Congress. Domena publiczna (Public Domain), Wikimedia Commons.

I wtedy do akcji wkroczyło UNESCO, w ramach wielkiego projektu ratunkowego starożytnych zabytków Nubii (razem m.in. z Abu Simbel, świątynią Dendur czy Amadou). Świątynię Philae rozebrano na części, ponumerowano bloki i przeniesiono na wyspę Agilkia – wyżej położoną, bezpieczną. To było logistyczne mistrzostwo świata: przeniesiono około 40 000 kamiennych bloków, ważących łącznie ponad 20 tysięcy ton. Cała operacja trwała od 1972 do 1980 roku.

Prace ratunkowe UNESCO wokół świątyń na wyspie Philae podczas kampanii ochrony zabytków Nubii, 1974

Prace ratunkowe UNESCO wokół świątyń na wyspie Philae podczas kampanii ochrony zabytków Nubii, 1974. Fot. UNESCO / Alexis N. Vorontzoff, CC BY-SA 3.0 IGO (Wikimedia Commons).

Efekt? Dziś wygląda, jakby stała tam od zawsze. No… prawie. Znawcy zauważą pewne „artystyczne uproszczenia”, ale zwykły turysta widzi po prostu bajkową świątynię na wodzie.

Świątynia Izydy na Philae a właściwie na wyspie Agilkia

Philae to nie byle co. To ostatnia aktywna świątynia starożytnego Egiptu, czynna aż do VI wieku naszej ery. Kiedy w Europie budowano już pierwsze kościoły, tu nadal odprawiano rytuały ku czci bogini Izydy. Kompleks powstawał głównie za czasów Ptolemeuszy – dynastii grecko-macedońskiej, która rządziła Egiptem po śmierci Aleksandra Wielkiego. Rozbudowywano go jeszcze za czasów rzymskich cesarzy. Czyli duchowy długodystansowiec: ponad 600 lat praktyk, mitów i architektury w jednym miejscu.

Dojazd do wyspy? Motorówką – i to już była atrakcja sama w sobie. Mąż wylosował miejsce przy sterze i wyglądał, jakby zaraz miał przejąć kontrolę nad łodzią. Córka podziwiała widoki, a ja – jak zwykle – próbowałam nie wpaść do wody z zachwytu. Palmy, skały, małe wysepki – folder turystyczny z bonusem w postaci zapachu benzyny.

Świątynia Izydy

Samo zwiedzanie – w punkt. Dwie godzinki wystarczyły: bez pośpiechu, bez nudy

Świątynia Izydy

Architektura robi wrażenie: kolumnady, hypostyle, kaplice, święte barki, inskrypcje z wizerunkami bogów i scenami ofiarnymi. Do tego dziesiątki kotów. Koty na murach, koty w cieniu, koty rozważające sens istnienia przy ołtarzu. Idealne miejsce dla kociarzy. Philae to takie egipskie Luwr dla miłośników miauczenia.

Świątynia Izydy

Dla bardziej dociekliwych – bonus archeologiczny: wciąż widać pozostałości po operacji przenoszenia. Wystające z wody stalowe słupy to resztki tymczasowej tamy i platform transportowych. Tam, pod powierzchnią – spoczywa dawna wyspa Philae. Pod nami historia zatopiona, a nad nami historia ocalona.

Pozostałości po wyspie Philae

Ciekawostka: nazwa „Philae” wywodzi się z języka greckiego, ale miejscowi Nubijczycy nazywali ją „Pilak” – „koniec granicy”. Bo właśnie tutaj, w czasach Nowego Państwa, kończyło się Górny Egipt, a zaczynała Nubia.

Po całym dniu wrażeń – krokodyle bez krokodyli, świątynia z GoPro i rosyjski beton – wróciliśmy na naszą pływającą bazę wypadową. Tym razem bez walizkowych przepychanek i sąsiedzkiego zwiedzania barek. Po prostu: wejście na pokład i westchnienie ulgi.

Wieczór przyniósł dokładnie to, czego było nam trzeba: ciepły pustynny wiatr, złotawe światło zachodu, zasłużony drink i… oczywiście, szachy. Mąż – wciąż na fali turniejowego sukcesu – rozłożył zestaw z miną arcymistrza. Ja usiadłam obok z wyrazem „gram, bo kocham”, a córka tylko przewróciła oczami i wróciła do swojego smartfona.

Do naszego kącika dosiedli się kolejni uczestnicy rejsu – jedni chcieli grać, inni tylko komentować i popijać coś z palemką. Analizowano ruchy, wspominano dzień, śmiano się z historii o tym, kto prawie zrobił zdjęcie w strefie zakazu i kto zgubił się między kotami a kolumnami.

Na statku zapanowała atmosfera błogiego zmęczenia. Ten moment, kiedy człowiek wie, że już nic nie musi – bo wszystko, co zaplanowane, już się wydarzyło. Zjedliśmy, zobaczyliśmy, przeżyliśmy – teraz nadszedł czas na ciszę (przerywaną śmiechem i stukaniem pionków), na patrzenie w ciemniejący Nil i myślenie, ile jeszcze przed nami.

I tak – z kieliszkiem w dłoni i królem w potrzasku – zakończył się kolejny dzień naszej egipskiej epopei.

Następnego dnia plan zakładał coś spokojniejszego: zwiedzanie ogrodów botanicznych na wyspie Kitchenera – oazy zieleni na środku Nilu. Miało być: zielono, lekko, bez kamieni i piasku, bez świątyń i historii z dreszczykiem. Taki detoks po dniu pełnym betonu i boskich legend.

W teorii – wszystko proste. Start spod statku. Piętnaście minut rejsu motorówką. W praktyce – Egipt.

Na wejściu powitał nas znajomy chaos. Łódeczki tym razem były… mniejsze. Bardziej chybotliwe. I ustawione z gracją domina. Żeby dostać się do właściwej motorówki, musieliśmy przeskakiwać przez pięć losowo rozchwianych łupinek.

Antyporada #46: Jeśli łódka wygląda, jakby miała odpłynąć sama przy mocniejszym kichnięciu – to właśnie ta, do której masz wsiąść.

Na śniadaniu zapanowała lekka konsternacja: dwie osoby z naszej dwunastoosobowej grupy nie pojawiły się w jadalni. Przewodnik tylko spojrzał ze stoickim spokojem:

– Pewnie nie zamknęli kajuty na noc. Faraon przyszedł. On zawsze przychodzi nocą.

I wszystko jasne. Klątwa faraona dopisała sobie dwie nowe ofiary, które prowadziły właśnie samotną medytację w pokładowym WC. Reszta – nieco nerwowo – jadła jajka na twardo, z podejrzliwością zerkając na dżem truskawkowy.

Rejs trwał może kwadrans, choć przy temperaturze +30°C i wietrze znad Sahary softshell był bardziej przydatny niż krem z filtrem. Egipt: jedyne miejsce, gdzie można się jednocześnie opalić i zmarznąć.

Wyspa Kitchenera (dziś oficjalnie: Aswan Botanical Garden) to niezwykły kawałek ziemi – nie tyle z powodu rozmiaru, co historii.

* Wyspę podarowano lordowi Horatio Kitchenerowi pod koniec XIX wieku, gdy był konsulem generalnym Egiptu. Kitchener, zamiast zbudować tu rezydencję, urządził ogród botaniczny i sprowadził rośliny z Indii, Azji, tropików i pięciu kontynentów.

Palmy, bambusy, egzotyczne drzewa, rośliny nieprzystosowane do pustynnego klimatu – a jednak rosną. Jakby miały osobną umowę z klimatem Egiptu.

Wyspa Kitchenera

Ścieżki wiją się cieniem, co jakiś czas ławeczka – żeby można było udawać botanika z wiedzą, czym różni się fikus od draceny. Ptaki śpiewają jak z playlisty „Tropical Chill”. Brzmi jak raj?

Prawie. Bo razem z nami ogród odwiedzili też sprzedawcy. W wersji totalnej: papirusy, wachlarze, posążki, gumowe piramidy i magnesy z Made in Shenzhen. Robienie zdjęcia palmie przypominało scenę z survivalu: klik – „No thank you, sir.”

Wyspa Kitchenera

Na wyspie mieści się też malutkie muzeum botaniczne – z wystawą nasion oraz makietą całego ogrodu. Urocze, edukacyjne, klimatyczne. I puste. Bo wszyscy okupowali jedną palmę z idealnym światłem do selfie.

Po około godzinie spacerów i palmowej kontemplacji wróciliśmy na statek. Dla chętnych przewidziana była jeszcze opcjonalna wycieczka do wioski nubijskiej – kolory, przyprawy, wielbłądy, tatuaże z henny i tradycyjne chaty. My jednak woleliśmy postawić na opcję „chill & cola”, czyli pokład, leżak i coś zimnego do picia.

Po obiedzie nadszedł czas na kolejne odcumowanie. Plan był prosty: wypłynąć z Asuanu i dotrzeć na zachód słońca do świątyni w Kom Ombo. Czyli: widoki, relaks, łagodny rejs z historią w tle.

Córka nie mogła usiedzieć w miejscu. Patrzyła przez okno jadalni, jakby chciała siłą woli popchnąć statek. Marzyła, żeby jak najszybciej wbiec do sterówki, dorwać się do koła i z gracją kapitana obserwować ruszanie. Zjadła tylko połowę obiadu, zapijając wszystko sokiem i z kolegą pognała na mostek.

My zostaliśmy. Na spokojnie, z widelcem w dłoni i kubkiem po kawie, kontemplując każdy kęs i każdą minutę odpoczynku.

Minęła godzina. Weszliśmy na dach statku. A statek… dalej stał w porcie.

Po chwili córka przybiega z wieściami:

— Ktoś nie wrócił z wycieczki. Musimy czekać.

Pół godziny później mąż rozłożył szachownicę, przewodnik zaczął się nerwowo kręcić, a napięcie w powietrzu dało się kroić jak halawę. Złota zasada egipskich rejsów: grafik może i istnieje, ale los i tak ma ostatnie słowo.

I wtedy przyszła prawda: trzy osoby z naszego statku – konkretnie Amerykanie – nie wróciły z Abu Simbel.

Tyle że Abu Simbel znajduje się 280 km od Asuanu, czyli ponad 3 godziny jazdy w jedną stronę. Jeśli ktoś nie pilnuje godziny zbiórki – wraca sam.

I dokładnie tak było. Nasi trzej współtowarzysze – gapialscy, ale optymistyczni – utknęli w świątyni, nie ogarniając transportu powrotnego. A zgodnie z umową wycieczkową, statek czeka maksymalnie 3 godziny. Potem – wypływa. Bagaże? Na pokładzie. Życie? W toku.

Zdziwienie wszystkich było ogromne, kiedy po kolejnych dwudziestu minutach… statek rzeczywiście zaczął odcumowywać. Komentarze przewodnika były bezcenne:

— Jak się nie pilnuje autobusu, a wykupiło się tylko transport „tam”, to trzeba potem zorganizować sobie powrót. Godzina zbiórki to rzecz święta. Minęła – autobus odjeżdża.

Asuan widok z Nilu

Córka spojrzała na mnie i z rozbawieniem skwitowała:

— Survival level: Amerykanie.

Reszta rejsu minęła w poczuciu lekkiego współczucia zmieszanego z ulgą. Że to nie my. Że to nie nasze paszporty zostały na barce, a my – 280 km dalej – z pustką w oczach i hieroglifami w tle.

Czy ich jeszcze spotkamy? Może w Kom Ombo. A może dopiero w Luksorze. Jeśli zdołają. Jeśli zdążą.

Antyporada #47: Jeśli wyruszasz na Abu Simbel – licz czas jak w szwajcarskim zegarku. Albo kup wielbłąda. Bo autobus nie czeka. A statek – jeszcze mniej.