Wat Pho – świątynia, w której duchy mają poczucie humoru (i zaskakująco dużo cierpliwości)
Po obiedzie — a właściwie po próbie ocalenia mojego męża przed pełnym, tropikalnym „zgonem na słońcu” — ruszyliśmy dalej. Do Wat Pho, świątyni Leżącego Buddy, jednego z najstarszych i najważniejszych miejsc kultu w całej Tajlandii. Powstała w XVI wieku, a swój obecny kształt zawdzięcza królowi Ramie I. To tutaj czeka 46-metrowy Budda w nirwanie, złoty i monumentalny, ze stopami wysadzanymi perłową mozaiką.
A jeśli komuś byłoby mało, Wat Pho uchodzi również za kolebkę tradycyjnego masażu tajskiego. Duchowość, historia i anatomia — w jednym pakiecie.
Tyle że mój mąż, który był już na granicy „biologicznego resetu”, nie miał zamiaru korzystać z żadnej z tych dobrodziejstw. Zostawiłyśmy go z córką pod drzewem. Nie protestował ani słowem. Duchy Wat Pho — jeśli istniały — na pewno przyjęły tę decyzję z ulgą.

Pierwsze, co wita w Wat Pho, to dźwięk wielkich, czarnych gongów ozdobionych złotymi ornamentami. Ich uderzenie ma przynosić szczęście, zdrowie i dobrą karmę.
Turyści podchodzą, czytają spokojnie instrukcję, uderzają delikatnie i odchodzą z miną „tak, właśnie stałem się lepszym człowiekiem”.
Mój mąż natomiast — jeszcze zanim poddał się grawitacji pod drzewem — zaprezentował swoją własną filozofię:
„Jak już uderzyć, to tak, żeby Budda usłyszał.”
I walnął w gong z impetem jaskiniowca, który właśnie wynalazł maczugę.
Echo poszło po całym dziedzińcu.
Kobieta obok odskoczyła.
Dwa sąsiednie gongi zadrżały w geście współczucia.
Duchy Wat Pho w tym momencie musiały otworzyć specjalny notes i dopisać jego nazwisko pod grubą kreską:
„Obserwować — intensywnie”.
Najpierw wejście do Złotego Buddy złą nogą.
Potem masakrowanie dzwoneczków, które należało jedynie musnąć.
A teraz to.
Hala Leżącego Buddy to zupełnie inny świat. Przestrzeń tak ogromna, że wydaje się mieć własny klimat, własny oddech. A pośrodku niej — 46 metrów złotego spokoju, który kładzie na łopatki każde ludzkie oko, próbujące bezskutecznie objąć go w całości.
Każdy krok odsłania kolejne elementy:
• twarz Buddy — pogodną, łagodną, wyciszoną,
• ramię, potężne i lśniące,
• złote fałdy szaty, ciągnące się jak kolejka do kontroli paszportowej po locie czarterowym,
• aż wreszcie stopy — perłową encyklopedię duchowości, złożoną z 108 symboli oświecenia.
Zrobienie jednego zdjęcia, na którym Budda zmieści się choćby w 80%, graniczy z cudem. Nie dlatego, że nie wolno. Nie dlatego, że jest ciemno.
Ale dlatego, że:
- Budda jest dłuższy niż autobus klasy premium,
- przed nim stoi mur fotografów wyćwiczony w sztuce „nie przesuwam się nawet o centymetr”,
- każdy właśnie odkrył, że jego telefon jednak nie ma szerokiego kąta, który obiecywał producent.
A jednak — udało mi się.
Nie pytaj jak.
Ani ile łokci wylądowało w moich żebrach.
Ani ile razy córka musiała mnie łapać, żebym nie runęła komuś w kadr.

Córka twierdzi, że ucięłam buddzie pół stopy.
Ale paluszki są, więc w mojej ocenie — sukces.

Gdy dociera się na koniec hali, pojawia się najpiękniejsza część całego posągu: stopy.
Wysadzane perłami, złożone z 108 obrazów kosmosu, zwierząt, kwiatów lotosu i symboli oświecenia.
Czas tu zwalnia.
Człowiek zapomina o telefonie, o tłumie, o wszystkim.
No, prawie.
Bo są i tacy, którzy robią selfie ze stopą w tle.
I to jest — przynajmniej w teorii — też jakaś forma duchowości.

Wzdłuż ściany stoją rzędy metalicznych mis. Do każdej wrzuca się jedną monetę — 108 mis, 108 cech Buddy, 108 drobnych „ping”, które rozchodzą się po hali jak medytacyjny metronom.
Monet nie trzeba mieć własnych — można kupić niewielką miseczkę tajskich groszy, już nieużywanych, ale w Wat Pho mających drugie życie.
My z córką odpuściłyśmy. Kolejka była zbyt długa, a świątynia nie zamierzała zwiedzić się sama.
I, oczywiście, to był błąd.
Może wrzucenie kilku monet na zdrowie mojego męża byłoby rozsądną inwestycją.
Zwłaszcza po gongu.
Antyporada #27 Jeśli chcesz poprawić sobie karmę, wrzucaj monety delikatnie.
Jeśli chcesz poprawić karmę wszystkich wokół — nie rób przy tym hałasu jak perkusista w finale konkursu talentów.
Po wyjściu z dusznej hali trafia się na dziedziniec Wat Pho — spokojniejszy, bardziej przestrzenny, pozwalający oddychać. Tu stoją chedi: strzeliste stupy pamięci, ozdobione tysiącami fragmentów chińskiej porcelany.
Ich historia jest równie niezwykła jak wygląd: porcelana była używana jako balast na statkach, więc ktoś — posiadający zarówno wizję, jak i odwagę — zdecydował, że można z niej tworzyć ornamenty świątynne.
Efekt?
Kolorowe, florystyczne mozaiki, które wyglądają jak torty weselne projektowane przez artystę po czwartej kawie.

Chedi są pełne spokoju.
Można tu w końcu zrobić zdjęcie bez walki o centymetr przestrzeni.
Antyporada #28 Chcesz zrobić zdjęcie Wat Pho bez ludzi?
Idź tam, gdzie nikt nie idzie — czyli pod chedi.
Ale nie mów nikomu. Inaczej wszyscy tam pójdą.
Wat Pho od XIX wieku było miejscem edukacji medycznej. Wykuto tu w kamieniu mapy ciała, linie energetyczne, punkty masażu.

Do dziś stoją rzeźby przedstawiające pozycje Ruesi Dat Ton — tajską odmianę jogi, stosowaną przez mnichów i pustelników.
To połączenie ćwiczeń oddechowych, rozciągania i terapii manualnej — a także nadziei, że ciało jednak da radę.

Antyporada #29 Nie proponuj partnerowi „pozycji leczniczych z Wat Pho”, jeśli wygląda, jakby właśnie przeszedł próbę generalną do własnego pogrzebu.
Ogrody Wat Pho są jak wytchnienie po złotym przepychu wnętrza.
Drzewa, kwiaty, wiewiórki — wszystko tu wygląda tak, jakby Natura miała własne biuro projektowe.

Wśród nich stoi niewielki sklepik, w którym można kupić wodę, pamiątki i drobne rękodzieła. Ceny — uczciwe. Ludzie — mili. Asortyment — zaskakująco piękny.
Z Wat Pho wyszliśmy z obrazem kupionym od przemiłej starszej pani. Ręcznie malowany, delikatny, zupełnie inny niż te z turystycznych straganów.
Czy to był mądry zakup drugiego dnia podróży przez trzy kraje?
Oczywiście, że nie.
Antyporada #30 Jeśli planujesz przemierzyć trzy kraje w dwa tygodnie, nie kupuj obrazu już na starcie. Owszem — będzie miał wspólne wspomnienia z całą wycieczką…
o ile w ogóle przeżyje.
Po powrocie do hotelu rozpoczęła się próba reanimacji mojego męża. Okazało się, że oprócz przegrzania, odwodnienia i gniewu duchów Wat Pho dorobił się także obtartej stopy.
Normalny człowiek: zdezynfekowałby, przewietrzył, odpoczął.
Mój mąż:
„Idziemy na ostatni posiłek w Bangkoku.”
Jakby był bohaterem dramatu historycznego.
Następnego dnia czekał nas lot do Kambodży — komfortowa teleportacja do Siem Reap, zamiast długiej trasy lądowej (zamkniętej z powodu sytuacji politycznej).
I tak kończy się nasza przygoda z Bangkokiem:
upałem, złotem, duchami, gongami, udarem cieplnym, zakupem obrazu nie w porę…
i cichą nadzieją, że Kambodża będzie dla nas choć odrobinę łaskawsza.
Antyporada #31 W tropikach absolutnie nie dezynfekuj ran.
Po co psuć sobie przygodę szybkim gojeniem?
Niech rana żyje własnym życiem — dzięki temu zawsze będziesz mieć pretekst, by dramatycznie jęczeć i mówić: „to nic, przeżyję… chyba”.