Kontynent marzeń, kontrastów i natychmiastowej weryfikacji planów. Daleko, intensywnie i zawsze bardziej, niż się spodziewasz.
To tutaj:
– „chwila spokoju” kończy się wraz z wyjściem z lotniska,
– plan dnia przegrywa z pogodą, tłumem albo losem,
– a pytaniem dziecka staje się: „a to dokładnie co my teraz jemy?”.
Azja to podróże rodzinne w trybie hardcore:
kolory, zapachy, hałas i emocje podkręcone do maksimum.
Uczy odpuszczania – najpierw planu, potem oczekiwań, a na końcu przekonania, że wszystko da się kontrolować.
Witaj w azjatyckim dziale bloga.
Gdzie każda historia zaczyna się od zachwytu, a kończy zdaniem:
„To był bardzo zły pomysł… ale warto było”.
Azja. Zbyt intensywna, żeby odpocząć. Zbyt prawdziwa, żeby o niej zapomnieć.
Plan na ten dzień miał być lekki.
Tylko jezioro Tonlé Sap i dwie świątynie po drodze.
Skończyło się jednak pływającymi wioskami ludzi, którzy od pokoleń żyją na wodzie, świątynią zbudowaną z czerwonego piaskowca, kamiennymi krokodylami pilnującymi wejścia i spotkaniem z Panią, która robiła torebki z kapsli po puszkach.
A w tle cały czas była historia z nogą mojego męża, która – jak się później okazało – dopiero się zaczynała.
Myślisz, że jesteś gotowy na Angkor Wat.
Bo widziałeś zdjęcia.
Bo wiesz, jak wygląda.
A potem stajesz na moście prowadzącym do kosmosu i okazuje się, że to nie jest pocztówka — tylko bardzo skuteczna lekcja pokory.
Cztery litry wody. Trzy parasolki. Apteczka jak na ekspedycję.
I mąż, który „kontrolował sytuację”, choć jego stopa wyglądała jak osobna atrakcja Angkoru.
Zwiedzanie miało być majestatyczne. Duchowe. Epickie.
Było 35 stopni, dwa czterdziestolitrowe plecaki, przeklęty obiektyw zwany „termosem” i nastolatka w trybie kozicy górskiej.
Bayon patrzył na nas dwustoma twarzami.
Baphuon próbował nas zabić schodami.
A Taras Trędowatego Króla dał nam coś cenniejszego niż historia.
Cień.
I to wciąż nie był jeszcze Angkor Wat.
Pierwszy dzień w Angkorze miał być spokojnym wejściem w świat dawnych Khmerów.
Zamiast tego zaczęliśmy od dramatycznej stopy mojego męża, świątyni pożartej przez dżunglę, posągu Buddy bez głowy i dźwięków muzyki granej przez ludzi, którzy mają w swoim życiu więcej historii niż niejeden podręcznik.
A to był dopiero początek.
Z Bangkoku wylecieliśmy pełni spokoju.
W Siem Reap wylądowaliśmy pełni… bardzo mieszanych uczuć.
Po drodze było wszystko: wojna, lotniska udające, że są blisko, VIP-usługa rodem z thrillera i pierwszy, brutalny szok cenowy.
Tak wygląda podróż, którą planujesz jako „nic wielkiego”, a która zamienia się w osobny rozdział życia.
Bangkok potrafi zachwycić, oszołomić… i wykończyć człowieka szybciej niż trzy godziny w saunie. Zwłaszcza jeśli tym człowiekiem jest mój mąż, który postanowił mierzyć się z tropikalnym upałem przy pomocy dwóch kokosów i zimnej coli.
A my? My w tym czasie zwiedzaliśmy świątynię Wat Pho — dom 46-metrowego Leżącego Buddy, gongów o mocy rażenia i duchów, które z całą pewnością mają poczucie humoru.
Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda duchowa nirwana kontra rodzinny survival, zapraszam do lektury.