Polska

Ide bo Ide

Kierunek na każdą kieszeń i każdą pogodę.
Zwłaszcza tę nieprzewidywalną. I kieszeń z dziurą.

Bo czasem najdalszą wyprawą jest wyjazd 100 km od domu.I nawet wtedy można zabłądzić trzy razy.

Nie trzeba jechać za ocean, żeby poczuć dreszczyk emocji. Wystarczy ruszyć w Polskę – tam, gdzie:
– GPS prowadzi przez wiejskie pole,
– żurek kosztuje tyle, co tankowanie do połowy,
– a dziecko pyta: „To już jest wakacje czy jeszcze nie?”

To tu rozbijaliśmy namiot na skoszonej łące pod burzową chmurą,
tu szukaliśmy „dzikiej plaży”, która okazała się rowem melioracyjnym,
i tu przeżyliśmy rodzinne apogeum dyskusji o tym, czy szarlotka „była świeża, ale taka ma być”.

W Polsce nic nie jest zbyt oczywiste:
– camping nad jeziorem może być miejscem objawienia albo próbą charakteru,
– wycieczka w góry zaczyna się entuzjazmem, a kończy pytaniem: „dlaczego tu nie ma windy?”,
– a zwykły spacer po lesie kończy się zepsutym krokomierzem, czterema kleszczami i nowym przekleństwem wynalezionym przez tatę.

To kiedy znów ruszamy

Oddaliśmy łódkę, spakowaliśmy się w pół godziny i wróciliśmy do domu bez żadnych przygód. I właśnie wtedy dotarło do nas, że coś jest nie tak. Bo po takim rejsie cisza boli bardziej niż burza, a własne łóżko nie usypia. Ten wpis to pożegnanie… i początek następnego planu.

Mąż kontra Kanał Kula – część druga

Wracaliśmy mądrzejsi. Bardziej doświadczeni. I dokładnie dlatego Kanał Kula postanowił nas jeszcze raz sprawdzić. Burza, maszt, kółka przed mostem i finał, w którym jedyną nagrodą była ryba, piwo i spojrzenia ludzi w krótkich rękawkach.

Pomocna dłoń, która popchnęła do wody

Mieliśmy dopłynąć do Mikołajek bez dramatu. Dopłynęliśmy. Dramatu też nie zabrakło: starszy pan chciał pomóc w cumowaniu, więc mój mąż zrobił efektowne „chlup” do jeziora, a port urządził akcję ratunkową. Gołębiewski: 1. Godność: 0.

Ognisko, okoń i ostatni upadek

Miała być sielanka: ognisko w lesie, nowe znajomości i rybka złowiona przez dziecko. Wyszło: rum, wózek z Biedronki na pokładzie, „mały o-koniek” i poranek, w którym wszyscy byli gotowi do wypłynięcia… poza jednym kapitanem, który postanowił zaliczyć swój pierwszy wielki upadek na trzeźwo. Ten wpis to Mazury w pigułce: ciepło, śmiech, dym i nieustanne „łup-bum”

SIŁA RAZY GWAŁT I DO PRZODU

Kanały, mosty, burza i załoga, która panikuje na widok pszczoły. A na deser: cumowanie tyłem bez steru. Jeśli to ma być relaks, to poproszę od razu urlop po urlopie.

Jak (nie) wypłynąć z portu

Miało być spokojne wypłynięcie z portu i początek żeglarskiej przygody. Wyszło: instruktor, cisza, metaliczny dźwięk grozy i noc spędzona w tym samym miejscu. Ten tekst jest o tym, jak nie wypłynąć z portu — i dlaczego to czasem najlepsze, co może się wydarzyć na początku rejsu.