Kierunek na każdą kieszeń i każdą pogodę.
Zwłaszcza tę nieprzewidywalną. I kieszeń z dziurą.
Bo czasem najdalszą wyprawą jest wyjazd 100 km od domu.I nawet wtedy można zabłądzić trzy razy.
Nie trzeba jechać za ocean, żeby poczuć dreszczyk emocji. Wystarczy ruszyć w Polskę – tam, gdzie:
– GPS prowadzi przez wiejskie pole,
– żurek kosztuje tyle, co tankowanie do połowy,
– a dziecko pyta: „To już jest wakacje czy jeszcze nie?”
To tu rozbijaliśmy namiot na skoszonej łące pod burzową chmurą,
tu szukaliśmy „dzikiej plaży”, która okazała się rowem melioracyjnym,
i tu przeżyliśmy rodzinne apogeum dyskusji o tym, czy szarlotka „była świeża, ale taka ma być”.
W Polsce nic nie jest zbyt oczywiste:
– camping nad jeziorem może być miejscem objawienia albo próbą charakteru,
– wycieczka w góry zaczyna się entuzjazmem, a kończy pytaniem: „dlaczego tu nie ma windy?”,
– a zwykły spacer po lesie kończy się zepsutym krokomierzem, czterema kleszczami i nowym przekleństwem wynalezionym przez tatę.