Mąż otrzymał jednoznaczny rozkaz:
„Kładź się spać. Minimum pięć godzin snu, bo inaczej nie będzie komu prowadzić.”
Wyjazd zaplanowaliśmy na drugą w nocy – klasyczna ekspedycja: ciemno, chłodno, a my zostawiamy dziecko śpiące w piżamach, owinięte w bluzy. Mąż próbował marudzić, że „może jeszcze coś sprawdzi”, że „może zatankuje”, lecz został wciśnięty do łóżka i przykryty kocem niczym burrito z obowiązkiem odpoczynku.
Ja tymczasem krążyłam po mieszkaniu jak drapieżnik: „Czy wszystko mamy? Dokumenty? Powerbank? Buty? Dziecko?”. Do wyjazdu zostało osiem godzin. Do szaleństwa – mniej więcej połowa tego czasu.
Antyporada #23: Zaplanuj wyjazd o drugiej w nocy i każ komuś położyć się spać wcześniej. Ludzki organizm działa jak system Windows – wystarczy kliknąć „Zamknij” i gotowe.
Około godziny dwudziestej mąż wyłonił się z sypialni jak zombie po espresso:
-Nie mogę zasnąć. Po całym tygodniu śrubek, nerwów, montażu i logistycznych cudów mój poziom adrenaliny jest tak wysoki, że nie zasnę do rana.
Jego słowa nie dziwiły; przecież nasze ciała wołały o sen, ale umysły krzyczały:
„ZARAZ WAKACJE, CZŁOWIEKU!”
Skoro o śnie nie było mowy, wdrożyliśmy plan B: ruszyć teraz, by równo o północy przekroczyć granicę czeską – winieta była opłacona wyłącznie na jeden dzień i musieliśmy zdążyć.
Antyporada #24: Jeśli nie możesz zasnąć, lepiej ruszyć w wielogodzinną podróż. Bo sen nadrobisz później. Na postoju albo po dekadzie.
Wyruszyłam do kuchni i odpaliłam „produkcję kanapek”: każdy miał własne życzenia – bez pomidora, bez masła, z masłem, z plasterkiem szynki, ale nie najgrubszym, i tak dalej. Wszystko musiało być opisane i oznaczone: wersja A dla dziecka, B dla męża, „zjem cokolwiek” dla mnie. Jakbyśmy jechali na misję kosmiczną z degustacyjnym menu dla trzech gatunków.
W tym czasie mąż w swoim żywiole zajął się pasami, siatkami i kolejnym odcinkiem YouTube’a:
„Jak zabezpieczyć bagażnik, żeby nie zabił cię przy hamowaniu”.
Antyporada #25: Nie jedz kolacji – lepiej zrób czternaście wersji kanapek, z czego połowa wyląduje nietknięta, a druga połowa […] się pomiesza. Bo podróż bez śniadaniowego dramatu to nie podróż.
O 21:00 rozpoczęła się akcja wynoszenia wyposażenia. Plecaki, walizki, deski SUP, torby z jedzeniem, lodówka turystyczna i zestaw „na wszelki wypadek”. Młoda przez dziesięć minut dzielnie pomagała – nosiła rzeczy, przekładała, liczyła – a potem ogłosiła, że „musi pożegnać się z koleżankami” i zniknęła. Odnalazła się dopiero, gdy odpalaliśmy silnik.
Zostało ostatnie i najtrudniejsze zadanie wieczoru: upchnąć cały nasz dobytek do świeżo zamontowanego, bolesnego w obsłudze bagażnika wyprawowego, który wzajemnie nas… nie cierpiał. Ruszyliśmy entuzjastycznie, z przekonaniem, że „teraz to już z górki”. Skończyło się jak zwykle: krzywa siatka, torba jadąca pod moimi nogami przez całą drogę oraz dramatyczny dylemat, czy nie zostawić w domu zapasu wody i jednej pary butów, bo… się nie mieściły.
Ale byliśmy blisko startu. Auto zapakowane (jako tako), dziecko odnalezione, bagażnik trzymał się dachu, kanapki gotowe, a mieszkanie sprawdzone kilkukrotnie (woda i gaz wyłączone, okna zamknięte). Zostało tylko jedno: wyruszyć.
22:10. Start.
Skierowaliśmy się ku granicy czeskiej – niecała godzina jazdy. Winieta ważna od północy, plan prosty: przekroczyć granicę punktualnie, nie spadając po drodze.
Antyporada #26: Upychaj bagaż na dachu tuż przed wyjazdem – najlepiej w ciemnościach, w pośpiechu i na świeżo zamontowanym sprzęcie, któremu nikt jeszcze nie ufa.
Po uruchomieniu silnika nasze nerwy były jak postronki. Ciągłe pytania:
– Sprawdź, czy się trzyma!
– Przecież mówiłam ci minutę temu, że się trzyma!
– A może już nie?
Jechaliśmy bardzo powoli – 90 km/h, choć mieliśmy wrażenie, że jedziemy z prędkością ślimaka – w napięciu godnym operacji wojskowej. Każdy kilometr to triumf, każdy dźwięk zapowiadał potencjalną katastrofę, każda drgająca szpara zwiastowała koniec podróży (i bagażnika).
Antyporada #27: Zabierz ze sobą dodatkowy zestaw lęków i nieufności – idealnie pasują do jazdy autostradą z bagażem na dachu.
I nie mam pojęcia, jak to się stało, ale w ten sposób dotarliśmy do granicy szybciej niż planowaliśmy. Sprawdziliśmy zegarki: 23:51. Plan: przekroczyć granicę o godzinie 00:00, winieta ważna od północy. Czasu zostało dziewięć minut, więc zjechaliśmy na najbliższą stację benzynową. Oficjalnie – żeby mieć pewność, że nie przekroczymy granicy ani sekundy za wcześnie.
Naprawdę jednak zatrzymaliśmy się, by sprawdzić stan bagażnika: czy nadal jest tam, gdzie go zostawiliśmy, w tym samym stanie, z tymi samymi pasami, siatkami i bagatela poziomem grozy w oczach.
Z zewnątrz panował spokój. Wewnątrz – operacja wojskowa. Mąż wziął latarkę, ja przycupnęłam przy tylnym siedzeniu niczym operator kamery dokumentalnej. Wspięliśmy się na zderzak, lustrując siatki i paski, dmuchaliśmy na wystające rogi worków. Wszystko było w nienaruszonym stanie.
Wreszcie odetchnęliśmy. Za kilka chwil przekroczymy granicę i będziemy oficjalnie w trasie.
Antyporada #29: Zawsze planuj dodatkowe postoje przy granicy – nie z rozsądku, lecz z czystej paranoi. Prawdziwy podróżnik nigdy nie ufa swojej pracy.
Przekroczyliśmy granicę o godzinie 00:01. Plan prosty jak konstrukcja SUP-u: Czechy → Austria → Słowenia → Chorwacja. Wszystko przygotowane:
- winiety kupione i wydrukowane,
- paszporty w zasięgu ręki,
- zapas kanapek w torbie termicznej,
- mapa w Google,
- GPS gadający jak samozwańcza ekspertka.
I nagle – Słowacja! Nie mam pojęcia, jak to się stało: jechaliśmy zgodnie z nawigacją, kolejne zakręty prowadziły nas w pola, lasy i wąskie wiejskie drogi.
Antyporada #30: Zaufaj GPS-owi bez wahania. Zwłaszcza gdy kieruje cię przez pola – tam właśnie zaczyna się prawdziwa przygoda i spotyka cię wojskowy lunatyk.
Okazało się, że klasyczne bramki na granicy czesko-austriackiej były zakorkowane. GPS zaproponował objazd przez słowackie wsi, a my, skoro już tam byliśmy, po prostu jechaliśmy dalej. Wkrótce na mapie pojawił się napis „Wiedeń” – nasza wymarzona oaza na pustyni awaryjnych skrótów.
Jednak zaraz przed granicą austriacko-słowacka czekał na nas… wojskowy posterunek. Nie straż graniczna, lecz żołnierz śpiąco-ziewający w mundurze, jakby właśnie wstał z drzemki. Przyjął nasze dokumenty, rzucił na nie jedno spojrzenie i puścił nas dalej – najwyraźniej wciąż marzył o powrocie do samochodu i do snu.
Antyporada #31: Jeśli zawiedzie rozsądek, użyj błagalnego tonu i opowieści o cierpiącym dziecku. Technika uniwersalna – działa na mechaników, żołnierzy i świętych.
Od momentu wjazdu do Austrii trzymaliśmy się już prostej linii i naszego planu: Austria → Słowenia → Chorwacja.
Po dojechaniu do stolicy Chorwacji czekało nas jednak ostatnie—i największe—wyzwanie: gigantyczny korek od Zagrzebia aż do wybrzeża. Tempo odcinka: ślimacze.
Antyporada #32: Nie licz na płynność ruchu w sezonie. Korki to forma medytacji. A z dzieckiem i pełnym pęcherzem – to poziom ekspert.
Młoda przespała całą drogę, a my jechaliśmy w napięciu takim jak byśmy prowadzili lot na kosmos a nie wyjazd wakacyjny. Każdy metr wydawał się wiecznością. Niektóre auta poruszały się z prędkością roweru, inne stały w miejscu, a my, z obciążeniem pod sufitem, przesuwaliśmy się wolno, licząc, że przynajmniej dojedziemy cało.
Młoda obudziła się koło ósmej – już niemal nad samym morzem, choć drogę nad Adriatyk jeszcze wypadało pokonać stromymi zjazdami. Pierwsze pytanie:
– Mamo, jestem głodna.
Kanapka.
– Mamo, chce mi się pić.
Butelka w dłoń.
Minęło pięć minut i nadeszła trzecia prośba:
– MUSZĘ SIKU!
Nie „za chwilę”, nie „na najbliższym postoju”. „Tu i teraz”.
Spoglądaliśmy po sobie z mężem, wiedząc, że musimy działać pod presją. Każda minuta bez dostępu do toalety groziła katastrofą. W korku zjeżdżanie do pobocza w Chorwacji to nie to samo co w Polsce – drogi są tu wąskie, a pobocze przeważnie nie istnieje.
Antyporada #33: Zawsze ignoruj wcześniejsze pytania o toaletę. Czekaj, aż będzie „teraz albo nigdy”. Wtedy każdy stanie się zespołem ratunkowym.
Szukałam na mapie najbliższego MOP-u, który wydawał się oazą dla duszy i pęcherza. Dystans: około pięciu kilometrów… w korku oznaczało to trzydzieści minut jazdy. Każda minuta to kolejna minuta napięcia, w której Młoda nie pozwalała na żadne półśrodki.
Wreszcie dojechaliśmy. MOP pełen ludzi, ale toalety – płatne, w euro, tylko monety. A my nie mieliśmy ani jednego eurocenta. Młoda przyleciała do drzwi kabiny z natychmiastową desperacją w oczach. Zaczęłam szukać monet, lecz nie znalazłam nawet grosza. Wtedy z pomocą przyszedł ojciec polskiej rodziny, która tak jak my musiał wcisnąć do łazienki dwójkę swoich dzieci. Nasze błagalne spojrzenie utkwione w jego dwueurowej monecie wystarczyło, by uchronić nas przed katastrofą. Dziecko wpadło do kabiny, mówiąc:
– Dziękuję!
Antyporada #34: Nie miej przy sobie drobnych. Automaty przy MOP-ach nie przyjmują kart kredytowych. Jeśli masz szczęście, ktoś zaoferuje swoją monetę.
Po chwili „kraksy pęcherzowej” wyruszyliśmy w ostatni odcinek: dwie godziny nieprzerwanej jazdy do Splitu. Tylko dwie godziny – to jak spacer po deptaku, biorąc pod uwagę to, co właśnie przeszliśmy.
Do Splitu dotarliśmy o 10:15, dokładnie do punktu promowego. Nasz prom odpływał o 18:30 – osiem godzin do odpłynięcia, bo pierwotnie planowaliśmy dojechać około 14:00–15:00 a promy kursują co 2 godziny wiec żeby nie stresować się czy zdarzymy na 16:30 Mąż zarezerwował ten późniejszy „na wszelki wypadek”, by uniknąć stresu spowodowanego korkami i innymi niespodziankami.
Tymczasem w momencie wjazdu do Splitu po Dalmacji przeszła fala ekstremalnych upałów: o dziesiątej było już 35 °C, a przewidywano, że popołudniu temperatura wzrośnie do 40 °C. Brak cienia, asfalt topiący się w słońcu i ja – alergiczka na słońce. Nie chodziło o zwykłe smarowanie kremem – w 20 minut bez ochrony mogłam zamienić się w popiół.
Antyporada #35: Zaplanuj wielką rezerwę czasu przed promem w lipcu – 40 °C w samochodzie bez cienia to doskonała lekcja cierpliwości.
Byliśmy wyczerpani fizycznie i psychicznie. Żadne espresso popite Red Bullem nie wskrzesiło nas do życia. Siedzieliśmy bez słowa w cieniu samochodu, klimatyzacja pracowała na maksa, a dziecko nie odzywało się w ogóle – czyli stan jego spokoju był równie dramatyczny jak nasz. Została nam tylko jedna opcja: przebukować bilet na wcześniejszy prom, bo za kilka godzin mogliśmy ugotować się w piekarniku o temperaturze 40 °C.
Mąż zdobył się na skok odwagi i podszedł do Faceta który zajmował się odprawą samochodow, prosząc o zmianę biletu:
– Hello, we have tickets for 18:30, but we are very tired, very hot, and we have a child… Can we please get on this one? Please? Pretty please?
Ja wtrąciłam się chaotycznym pół-chorwackim:
– Bardzo proszę, naprawdę… my z dzieckiem (młoda w tym momencie mina zbitego cocier spaniela) zmęczeni jesteśmy, choroba na słońce, prosim vas,…
(wymyślam słowa na bieżąco, ale może brzmią chorwacko)
Nie wiem, czy pomogło nasze rozpaczliwe błaganie, czy język, czy ton głosu, a może wzrok kota w butach z tylnego siedzenia.– ale uśmiechnięty Chorwat w okienku powiedział:
– OK, nie ma problemu. Jedźcie na ten prom. Jeśli ktoś was będzie wyganiał, powiedzcie, że ja się zgodziłem.
Bez dodatkowych opłat, bez formalności – po prostu uprzejmość człowieka, który zrozumiał, że czasem bilet to nie tylko kartka papieru, lecz sprawa życia i śmierci.
Gdy zorientowaliśmy się, że naprawdę wjeżdżamy na ten prom, ten, który cumuje tuż przed nami i zaraz odpłynie, ogarnął nas potok emocji: krzyk, śmiech, radość, łzy. Dziecko myślało, że wygraliśmy w jakiejś grze. My poczuliśmy się jak zwycięzcy olimpiady. Po tylu dniach planowania, montowania bagażnika, błędnych skrętach, wojska na granicy, korków, „siku na granicy” i nieustannego strachu, wreszcie triumfowaliśmy: wjechaliśmy na prom.
Teraz już tylko dwie godziny relaksu na wodzie, a potem ostatnie trzydzieści minut jazdy do celu.
Antyporada #38: Zaplanuj podróż tak, by najbardziej relaksującym momentem był środek transportu – nic tak nie koi nerwów jak prom, na którym nie da się nic zrobić.
Na pokładzie, w kołyszącym się promie, słońce malowało diamentowe refleksy na wodzie. My siedzieliśmy jak żywe trupy – nie mieliśmy siły na nic więcej niże podtrzymywanie podstawowych funkcji życiowych. Pozycja: po prostu być. Byliśmy na morzu, płynęliśmy w stronę wakacji, które kilka dni wcześniej wydawały się bardziej abstrakcją niż planem.
Antyporada #39: Zawsze sprawdź, czy dziecko nadal jest z tobą – bo prom, torebka z kanapkami i niewielka chwila nieuwagi potrafią mocno namieszać.
Jeszcze tylko wyjazd z promu, ponowne sprawdzenie dachu, działająca klimatyzacja i – oczywiście – upewnienie się, że Młoda nadal jest w samochodzie (była). Zostało trzydzieści minut jazdy. Po wszystkim, co przeszliśmy, to brzmiało jak spacer po deptaku. Kilka zakrętów, kilka rond, jeszcze jeden zjazd tu, jeden tam – i będziemy na miejscu.
Po przyjeździe do hotelu – szybkie zameldowanie w przyjemnie chłodnym lobby: uśmiech recepcjonistki, kluczyk, hasło do Wi-Fi. Po tylu dniach podróży, montażu i paniki, wreszcie dotarliśmy.
Antyporada #40: Wybierz hotel z szybkim i sprawnym meldunkiem – bo najlepsze wspomnienia z pierwszego dnia to w zasadzie te, których nie pamiętasz.
I tak, z śladami tygodniowej ekspedycji na twarzach oraz bagażnikiem wyprawowym dumnie stojącym na dachu, zamknęliśmy drzwi samochodu i… ruszyliśmy w nowy rozdział – wakacje nad Adriatykiem, na które czekaliśmy tak długo.