Czy było warto? Zdecydowanie. Już samo to jedno popołudnie, gdy leżeliśmy na plaży z lodami w dłoni i patrzyliśmy, jak nasze dziecko wiosłuje jak olimpijka na desce większej od niej samej, stanowiło dostateczne uzasadnienie całej wyprawy.
Czy pojechalibyśmy drugi raz samochodem do Chorwacji na dziewięć dni? Prawdopodobnie nie. Ale czy będziemy tę historię opowiadać jeszcze przez lata – przy grillu, na spotkaniach rodzinnych, dzieciom znajomych i każdemu, kto odważy się powiedzieć:
„Eee, to przecież tylko 1 200 km”?
O TAK.
To nie jest poradnik. To opowieść o drodze – tej od punktu A do punktu B i chaosie, który wydarzył się po drodze. To wakacje utkane z ludzi, emocji, kompromisów, zapierających dech widoków i kompletnie idiotycznych decyzji: od montażu ekspedycyjnego potwora na dach miejskiego crossovera, przez noszenie czterdziestokilogramowych desek po stromych, kamienistych ścieżkach, aż po niecodzienne spotkanie z rekinem.
Z deskami SUP na zboczach nieznanych Google Maps, z tajemniczymi śrubami nimbusowymi, z którymi „podobno nie da się jechać”, i z wydarzeniami, które dodały tej podróży kolorytu nie mniejszego niż wino z garażowego baniaka.
To nasze. Absolutnie nasze.
A to jedno, zamazane, krzywe, niewyraźne zdjęcie rekina to najlepszy dowód, że naprawdę tam byliśmy – i że sami nie możemy uwierzyć, jak bardzo w tym czasie zmienił się nasz sposób patrzenia na morze, na podróż i na samych siebie.
Antyporada #61: Nie pytaj, czy warto jechać 1 200 km z rodziną, deskami i marzeniem o spokoju. Po prostu zrób to. A potem napisz książkę. Bo nic tak nie cementuje wspomnień jak rekin, śruba i żart o Loch Ness.