Wylot mieliśmy dopiero w południe, więc po raz pierwszy od przyjazdu do Azji mogliśmy… pospać.
Nikt nie zrywał się o świcie, nikt nie szukał parasolki, nikt nie narzekał, że „jest już 33 stopnie, a dochodzi ósma rano”.
Bangkok pozwolił nam odetchnąć — na całych kilkadziesiąt minut.

Do Siem Reap lecieliśmy ze starego lotniska Don Mueang. I tutaj pojawia się zasada, którą powinni drukować na koszulkach turystów, naklejać na bagaże i wytatuować na ręce każdego, kto planuje przesiadkę w Tajlandii:

Bangkok ma dwa działające lotniska.
Stare i nowe.
Oba w mieście.
I oba równie „blisko”… ale tylko na mapie.

Antyporada #32
Jeśli masz w Bangkoku przesiadkę, nigdy nie zakładaj, że oba lotniska są po tej samej stronie miasta. W Bangkoku „blisko” oznacza „w innym życiu”.

Nowe lotnisko miało elegancko zastąpić stare, ale już w dniu otwarcia okazało się, że nie wyrabia.
Rozbudowano je.
I znowu rozbudowano.
A Don Mueang, niczym niezniszczalny weteran, działa dalej, jakby zamknięcie mu nie przystało.

Ponieważ lot był dopiero w południe, a na miejscu czekała nas tylko kolacja, obiad trzeba było zjeść na lotnisku.
I tu wydarzył się cud epoki po-inflacyjnej:
Don Mueang było pierwszym lotniskiem na świecie, na którym NIE ogłosiliśmy bankructwa przy kasie w McDonaldzie.

Ba — było taniej niż w polskim Maku przy drodze.

Ale największym szokiem nie były ceny.
Był plastik.
Wszystko było z plastiku.
Słomki — plastik.
Kubki — plastik.
A te plastikowe kubki pakowano jeszcze… do plastikowych reklamówek.

Czuliśmy się jak w muzeum lat 90., tylko że nikt nie uprzedził, że to ekspozycja współczesna.

Największe zaskoczenie przyszło chwilę później, kiedy spojrzeliśmy na tablicę odlotów.
Tajowie — mimo zamkniętej granicy i pełnoprawnej wojny z Kambodżą — kompletnie się nie przejęli dyplomacją.

Na ekranie dumnie wyświetlał się kierunek:

SIEM REAP
…co po khmersku oznacza „kleska Syjamu”.
A Syjam to dawna nazwa Tajlandii.

Czyli w skrócie: na największym lotnisku kraju Tajowie z absolutną pogodą ducha reklamowali loty do miejsca, którego nazwa brzmi jak zapowiedź ich własnej klęski militarnej.

Antyporada #33
Jeśli miejsce, do którego lecisz, w nazwie ma „śmierć twojego kraju”, to nie oczekuj miękkiego wejścia w nową kulturę. Oczekuj emocji.

Normalnie lot Bangkok–Siem Reap trwa niecałą godzinę.
Ale wojna zmienia geografię w wersję „premium”: piloci muszą lecieć szerokim łukiem, więc lot trwał półtorej godziny.

I właśnie wtedy zobaczyliśmy coś, co warto zapamięta

Kiedy samolot wznosił się nad Bangkok, patrzyliśmy przez okno na miasto, które nawet z dużej wysokości wygląda jak niekończący się labirynt. Beton, drogi, rzeka wijąca się jak rozlany atrament — Bangkok z góry jest gęsty, intensywny, niezmordowany.

A potem, nagle jak po zmianie scenografii, pojawiła się Kambodża — spokojna, zielona, poprzecinana polami i brązowymi drogami, które wyglądały jak narysowane kredką.

I wtedy zobaczyliśmy Tonle Sap.

Nie jezioro.
Nie akwen.
Ocean, który ktoś przez pomyłkę nazwał jeziorem.

Z góry wyglądało jak morze, które zapomniało mieć fale.
Tak ogromne, że nawet przy widoczności jak żyleta drugi brzeg ginął w horyzoncie.

A na jego powierzchni — drobne kropki.
Domy.
Łodzie.
Całe pływające wioski ludzi, którzy żyją tak, jak żyje woda: unosząc się, przemieszczając, wracając tam, gdzie wczoraj była ziemia, a dziś jest tylko błękitno-brązowa tafla.

Ich historię opiszę w osobnym poście — zasługuje na własny rozdział.

A chwilę później — zejście do lądowania nad Siem Reap.
I kontrast jak policzek od geografii:

Bangkok: metropolia rozsypana po horyzont.
Siem Reap: spokojne miasto, domy wśród zieleni, drogi jak nitki, pola jak mozaika.

W jednej chwili z futurystycznego molocha trafiasz do miejsca, które wygląda jak początek powieści przygodowej.

Lotnisko w Siem Reap jest małe.
Naprawdę małe.
A teraz — przy zamkniętej granicy z Tajlandią — wyglądało, jakby ktoś przełączył je w tryb „oszczędzanie energii”.

Nasz samolot był jedynym o tej godzinie.
Zero pośpiechu, zero tłumów, zero chaosu.

Chaos przyszedł chwilę później.

Z samolotu wychodzimy spokojnie… a tam stoi mężczyzna w mundurze, obwieszony medalami jak żywa reklama wojskowej dumy narodowej.
Podchodzi, uśmiecha się i mówi:

VIP. I take.

Po czym bierze nasze paszporty i odchodzi.
Bez pokwitowania.
Bez słowa.

Antyporada #34
Jeśli ktoś zabiera ci paszport bez słowa i znika — uspokój się. To Kambodża. W każdym innym kraju byłby to początek filmu.

Przed terminalem — ściana reporterów:
Reuters, New York Times, BBC, Al Jazeera.
Wszystko, co najlepsze na czerwonym dywanie, tylko bez czerwonego dywanu.

I wtedy wyszliśmy my.
Kamery opadły jednym ruchem.

— Aaa… turyści.

Nasz jedyny cel w tej scenie: odzyskać paszporty.
Udało się — czekały w hotelu, w eleganckiej kopercie, ułożone tak równo, jakby ktoś je prasował.

Stres: 7/10
Efekt: 10/10

Po zameldowaniu poszliśmy po coś do picia.
I tu wydarzył się drugi szok dnia.

Ceny.

• napoje gazowane: trzy razy droższe niż w Tajlandii,
• piwo: drogie, nawet lokalne,
• woda: w kategorii „premium hydration”.

Powód?
Kambodża importuje prawie wszystko.
A przy zamkniętej granicy importuje to jeszcze drożej.

Antyporada #35
Jeśli uważasz, że widziałeś już drogie napoje, jedź do Kambodży. Tam każda cola wygląda jak ekskluzywny towar spod lady.