Zdecydowanie tak.

Z perspektywy portfela – jak najbardziej. Wyjazd z biurem podróży, choć może mniej romantyczny niż samodzielna wyprawa z plecakiem i aplikacją do tłumaczenia arabskiego, okazał się strzałem w dziesiątkę. Logistyka działała jak szwajcarski zegarek. Nie musiałam niczego organizować, rezerwować ani googlować. Głowa miała wreszcie urlop.

Wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, gdzie będziemy i na co uważać. A kiedy ktoś zachorował – nie trzeba było szukać szpitala na pustyni. Wystarczyło zapukać do kajuty obok.

Finansowo?
Poza kosztem samej wycieczki sporo zaoszczędziliśmy – głównie dlatego, że nie daliśmy się nikomu oszukać. A chętnych w Egipcie nie brakuje. Słowo „turysta” działa tam trochę jak „darmowe Wi-Fi” – przyciąga tłumy. Na szczęście byliśmy przygotowani.

Czy czegoś żałujemy?

Może tylko pośpiechu w niektórych miejscach. Tego, że nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy. Ale Egipt jest jak pudełko gigantycznych puzzli – wszystkiego i tak nie ułożysz za jednym razem. I chyba właśnie dlatego trzeba będzie tam wrócić.

Najważniejsze, że wróciliśmy do domu cali, zdrowi, szczęśliwi i z głowami pełnymi wspomnień. A gdy teraz leci na Discovery program o Egipcie, córka patrzy z dumą w ekran i mówi:
– Tu byłam. I wiem, co tam jest.

I wiecie co? To najlepszy dowód, że było warto.

Jedno jest pewne – biur podróży już tak łatwo nie skreślę przy planowaniu kolejnych wakacji. Okazuje się, że nawet w gotowej ofercie da się znaleźć coś ciekawego. Coś, co nie musi być nudne, przewidywalne ani sztampowe.

Czasem wystarczy tylko odrobina dystansu, trochę czarnego humoru i dobre buty… żeby z gotowej trasy zrobić własną przygodę.

Bo może i nie zrobiliśmy wszystkiego idealnie.
Ale przecież taki był plan: „Jak nie jechać do Egiptu”… i pokochać go na swój sposób.