Przygotowania do wyjazdu ruszyły pełną parą. Na razie tylko jedna babcia – ta, która miała się nie przejmować – wiedziała, że nie będzie nas na święta. Pozostałym jedynie nadmieniliśmy coś o jakimś pilnym wyjeździe. Możliwy. Teoretycznie. Oczywiście nie było pewne, że nas nie będzie na Wigilii – w końcu wylot jest dopiero po świętach, prawda? A przecież loty lubią być przekładane.
Zwłaszcza w grudniu. Zwłaszcza, gdy komuś bardzo zależy, polecieć..
Antyporada #23: Jeśli liczysz na to, że lot w grudniu przebiegnie zgodnie z planem – równie dobrze możesz liczyć na białe święta w Hurghadzie.
Do wycieczki z biura podróży dostaliśmy pełny grafik: co, kiedy i jak będziemy zwiedzać.
W teorii – nie musieliśmy się już niczym przejmować. Wszystko zaplanowane. Załatwione. Pod kontrolą. W praktyce – w domu całymi dniami leciało na zmianę National Geographic i Discovery Channel. Temat? Oczywiście jeden: EGIPT. Od świątyń i piramid po klątwy, skarabeusze i życie codzienne starożytnych. Czasem miałam wrażenie, że jeśli obejrzymy jeszcze jeden dokument o Ramzesie II, to sama zacznę mówić hieroglifami. Szybko odrobiliśmy lekcję z geografii i klimatu. Wiedzieliśmy już, że musimy być przygotowani dosłownie na dwie pory roku – a w zasadzie na całą meteorologiczną playlistę. W tym opady deszczu. Tak, deszczu. Nie, nie pomyliły mi się słowa. Zima w Egipcie potrafi być zaskakująco zróżnicowana. Właściwie starożytny podział na Górny i Dolny Egipt wciąż ma rację bytu – tyle że teraz bardziej dotyczy klimatu niż religii i podziału bóstw. Im bliżej Sudanu, tym klimat bardziej pustynny. A to oznacza jedno: w nocy może być nawet mróz, a w dzień – upał nie do zniesienia. Z kolei w Aleksandrii jesteśmy już nad Morzem Śródziemnym, więc… Deszcz w grudniu? Wysoce prawdopodobny.
Antyporada #24: Jeśli jedziesz do Egiptu zimą i bierzesz tylko sandały – jesteś jak faraon bez piramidy. Coś tu nie gra.
No i została jeszcze dość istotna – osobiście dla mnie – kwestia. A dokładniej: moja alergia na słońce. Temat może brzmieć zabawnie, ale wcale taki nie jest. Bo słońce dosłownie może mnie zabić – przez wstrząs anafilaktyczny. A połowę wakacji planuję spędzić… na pustyni. Na szczęście mamy Ali Express, a Chińczycy – jak wiadomo – mają rozwiązanie na wszystko. Wystarczyło kilka kliknięć i byłam szczęśliwą posiadaczką: parasolki przeciwsłonecznej, rękawków, rękawiczek i zestawu „anty-słońce” w wersji max. Był moment zawahania: Czy nie będę wyglądać jak wariatka? Ale potem przyszła refleksja: Komfort i możliwość przeżycia wygrały z modą.
Antyporada #25: Jeśli musisz wybierać między wyglądem a przeżyciem – weź parasolkę. Filtry nie pomogą, jeśli padniesz w cieniu palmy.
Mąż – jak to mąż – żeby nie było mi głupio i żeby nikt nie komentował mojego stroju kąpielowego (który, nie oszukujmy się, trochę przypomina wersję muzułmańską, tyle że z Decathlonu) – postanowił ubierać się razem ze mną. Tak, do wody też. I na SUP-a. Bo skoro już mamy wzbudzać sensację, to przynajmniej jako zgrana, całkowicie zakryta rodzina. Nawet zapytałam ich oboje, czy nie chcą jeszcze takich samych parasolek – żebyśmy wyglądali jak zorganizowana sekcja cienia. Córka oczywiście przewróciła oczami i odparła, że serio? Trudno – najwyżej wzbudzimy podziw. Albo współczucie. Albo zainspirujemy nowy trend. Kto wie?
Miesiąc przed wyjazdem byliśmy gotowi. Zamówienia z Chin – wszystkie dotarły. Bez zaskoczenia. Prezenty dla rodziny – spakowane, bo fakt, że nas nie będzie, wcale nie zwalniał nas z obowiązku okazania przygotowania i rozwiezienia prezentów. Zostało już tylko to, co najgorsze: powiedzieć pozostałym babciom, że nas nie będzie na święta. Mieliśmy w tej sprawie bardzo mieszane uczucia. Babcia, która miała nie robić problemu i cieszyć się, że jedziemy na „fajną wycieczkę”, zaczęła… marudzić. Delikatnie mówiąc. Wyglądała na wyraźnie niezadowoloną, że zamiast jej pierogów i karpia wybieramy piramidy i egipski wiatr. Tym większe było nasze absolutne zdziwienie, gdy okazało się, że te dwie babcie, które miały się śmiertelnie obrazić, powiedziały tylko:
– O fajnie! Ale będziecie wysyłać zdjęcia i pisać, że wszystko w porządku, tak?
Antyporada #26: W rodzinnych relacjach nie licz na logikę. Ta najbardziej wyrozumiała babcia zwykle pierwsza się obraża.
Szok. Normalnie ktoś nam zamienił babcie, kiedy nie patrzyliśmy. Nie mieliśmy czasu, żeby się tym dłużej martwić. Bo przed nami była wyprawa życia – przez cały Egipt, od granicy z Sudanem aż po Aleksandrię. Plan był prosty: zobaczyć wszystko. I przeżyć. Wyczekiwany przez nas dzień wylotu w końcu nastał. Już od rana kręciliśmy się po domu jak dzieci w Wigilię – tylko bardziej nerwowo. Nie mogliśmy znaleźć sobie miejsca, mimo że wylot był dopiero po północy. Na lotnisku pojawiliśmy się cztery godziny przed odlotem. Czyli w czasie, kiedy jeszcze sprzątano terminal po poprzednich lotach. Byliśmy przy odprawie pierwsi. Przy bramce pierwsi. Pod tablicą odlotów – też pierwsi. Jakby nasza nadgorliwość mogła przyspieszyć start samolotu.
Antyporada #27: Jeśli chcesz wylecieć wcześniej, przyjedź na lotnisko cztery godziny przed czasem. Będziesz miał więcej czasu na stres.
Samolot wystartował punktualnie. Przed nami: cztery i pół godziny lotu do Hurghady.
Tak – tej samej Hurghady, do której nie chciałam lecieć za żadne skarby. Ale cóż. Budżet nie zna pojęcia „godność”. Po przylocie czekał nas transfer do hotelu na jedną noc. Taka przerwa techniczna – żeby człowiek zdążył się przebrać, przespać i przypomnieć sobie, po co właściwie tu przyleciał. A już następnego dnia – start właściwej wyprawy: kierunek Luksor. I tu właśnie popełniliśmy nasz pierwszy, podróżniczy grzech główny: pośpiech. Byliśmy tak niewyspani i tak bardzo chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w hotelu, rzucić plecaki, przespać się choć chwilę i – najlepiej jeszcze dziś – wskoczyć do Morza Czerwonego, że zapomnieliśmy o jednej drobnej rzeczy. Kupieniu choć jednej karty internetowej. W efekcie przez cały pobyt byliśmy offline. Totalnie. Zero internetu, zero sprawdzania czegokolwiek, zero mapek, prognoz pogody i memów ze Sfinksem. Tylko my, Egipt i roaming za miliard monet. Jak za dawnych czasów – romantycznie, ale też… trochę upierdliwie.
Antyporada #28: Nie daj się ponieść pierwszemu egipskiemu zachwytowi. Zanim zaczniesz rozpakowywać klapki i robić zdjęcie palmy – kup kartę internetową. Najlepiej dwie. I sprawdź, czy działają, zanim odjedziesz spod lotniska.
Brak sieci zaczął nas uwierać szybciej, niż się spodziewaliśmy – bo już przy kolacji rozeszły się plotki, że… trasa wycieczki się zmieniła. I tu przechodzimy do kolejnego punktu programu: komunikacja w biurze podróży. To znaczy – my wiedzieliśmy, że celem będzie Luksor, a potem długa trasa przez południe Egiptu. Ale jak się okazało, każdy w naszej (nielicznej) grupie znał inną wersję planu. Jedni dowiedzieli się o zmianie miesiąc wcześniej, inni – na trzy dni przed wylotem. Ktoś miał opłacone wejściówki do muzeów, ktoś inny nie. Ktoś był przekonany, że Sylwester będzie na Nilu, inny, że w Kairze. Wersji było tyle, ilu turystów. A bez internetu? Nie da się nawet wygooglać, na co się człowiek zapisał. Tymczasem wśród nas były osoby, które dopiero na kilka dni przed wylotem dowiedziały się, że:
a) plan trasy się zmienił,
b) wycieczka nie zawiera opłaconych wejściówek do muzeów,
c) trzeba będzie zorganizować na szybko około 3500 dolarów.
Miłe zaskoczenie – w stylu egipskiej ruletki.
Antyporada #29: Kupując wycieczkę w biurze podróży, nie pytaj o szczegóły. Zostaw sobie coś na niespodziankę.
W zasadzie tylko my wiedzieliśmy, że następnego dnia jedziemy do Luksoru. I że trzeba będzie mieć ze sobą coś więcej niż plażową chustę – najlepiej ubrania z kategorii „wiosna w Polsce” albo nawet „październik na działce”. Bo grudzień w Egipcie to nie do końca wakacje z katalogu. Hurghada przywitała nas chłodnym, szesnastostopniowym powiewem znad morza. Po południu temperatura wzrosła do dwudziestu, teoretycznie przyjemnie – ale jeśli dodasz do tego lodowaty wiatr, to robi się… powiedzmy: egipsko-rześko. Plan wskoczenia do morza odłożyliśmy więc na lepsze czasy, czyli takie, gdy człowiek nie drży nawet w swetrze. Pierwszy dzień w Hurghadzie spędziliśmy na spokojnym poznawaniu się z grupą i próbie odpoczynku po podróży. Nie działo się nic szczególnego – i dokładnie o to nam chodziło. Wreszcie mogliśmy poczuć, że to jednak urlop. Młoda była zachwycona. Podobało jej się wszystko: morze, balkon, kot w recepcji, a nawet góry majaczące w oddali, które dało się wypatrzyć z naszego pokoju. Robiła zdjęcia wszystkiemu – jakby na wypadek, gdyby ktoś nie uwierzył, że faktycznie tam była. A my? My po prostu oddychaliśmy. Jedliśmy. Leżeliśmy. I z każdą godziną coraz bardziej docierało do nas, że to się naprawdę dzieje. Że jesteśmy tu. I że przez chwilę – naprawdę nic nie musimy. Przed nami: wielka trasa – niczym starożytna karawana, sunąca przez góry i pustynie, wprost ku Nilowi. Brzmiało pięknie. Dopóki nie spojrzeliśmy na godzinę zbiórki: 5:00 rano. Romantyzm zderzył się z rzeczywistością. Rano – właściwie o świcie – stawiliśmy się w miejscu zbiórki. Podekscytowani i lekko zaspani. Jeszcze tego samego dnia mieliśmy zwiedzić największą świątynię Egiptu – Karnak.
Podróż rozpoczęła się spokojnie , już na wstępie zostaliśmy poinformowani, że przed nami około czterech godzin jazdy, z jedną przerwą po drodze – „na siku i kawę”, jak to ujął nasz przewodnik. Kto jeździł z grupami, ten wie, że taka przerwa to wydarzenie strategiczne – od niej zależy morale całej wyprawy. Podróż była zaskakująco komfortowa. Do dyspozycji mieliśmy 50-osobowy autokar, a nas było… raptem dwunastu. Czyli luksus – każdy mógł rozsiąść się po królewsku, a i nogi miały więcej przestrzeni niż w przeciętnym samolocie. Przemierzaliśmy góry, pustynie i bezkresne pustkowia. Młoda była zachwycona. Skakała od okna do okna – raz z prawej, raz z lewej – robiła zdjęcia wszystkiemu – niezależnie od tego, czy się ruszało, czy nie. Nie znudziło jej się ani na moment. Całą drogę była jak mały, ruchomy dron z pasją do archeologii. Po około dwóch godzinach krajobraz zaczął się zmieniać. Pustynia i góry ustąpiły miejsca polom uprawnym, a my mogliśmy na własne oczy zobaczyć, jak doskonale działają kanały irygacyjne zasilane wodą z Nilu. Jakby ktoś przestawił scenerię z filmu przygodowego na kanał rolniczy – ale wciąż było fascynująco. Otaczały nas teraz wąskie pola uprawne, na których cały czas ktoś pracował. Wszędzie – osiołki: albo spokojnie pasące się przy miedzach, albo już zaprzęgnięte do wozów wyładowanych płodami rolnymi. Od kiedy Nil został ujarzmiony przez wielkie tamy, zbiory można tu prowadzić niemal cały rok. Przemierzaliśmy bezkresy upraw trzciny cukrowej – najpopularniejszej rośliny uprawnej w Egipcie. Robi się z niej wszystko: od melasy dla lokalnych rodzin, po rum dla turystów. Byliśmy coraz bliżej Luksoru, gdy przewodnik uznał, że to idealny moment, żeby… zebrać pieniądze. Najpierw na bilety wstępu do muzeów, a zaraz potem – na dodatkowe wycieczki. I tu – kolejna niespodzianka. Okazało się, że to, co miało być w cenie, jednak nie było. Zwiedzamy tylko kompleks świątyń w Karnaku. Świątynia Luksorska? Tylko za dopłatą. Zdziwione miny wszystkich w autobusie nie zrobiły na przewodniku najmniejszego wrażenia. Najwyraźniej nie była to jego pierwsza grupa turystów „niedoinformowanych” przez biuro podróży. Na szczęście – jeśli ktoś nie miał wystarczającej ilości dolarów przy sobie – przewidziano rozwiązanie: można będzie zapłacić kartą. Na statku. Bo biuro podróży, z czystej troski (czyli prowizji), dostarcza własny terminal płatniczy. Miło z ich strony, prawda?
Antyporada #30: Jeśli planujesz zwiedzać Egipt z biurem podróży – pamiętaj, że “w cenie” to pojęcie bardzo elastyczne. Zwłaszcza w Dolinie Nilu.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Do miasta, które oglądaliśmy dziesiątki razy w programach przyrodniczych, historycznych i dokumentalnych – z lektorem i bez. Do miejsca, o którym czytaliśmy z wypiekami na twarzy, zakreślając kolejne akapity w przewodnikach. Tyle zdjęć, grafik i rekonstrukcji 3D… Miałam wrażenie, że już tu kiedyś byliśmy. Jakby to nie była podróż, tylko powrót. Dla mojego męża – to faktycznie był powrót. Niestety nie do pięknych wspomnień, tylko do traumy poprzedniej egipskiej przygody, która zakończyła się gorączką, bólem brzucha i dożylnym nawadnianiem. Tym razem miał być zdrowy. Profilaktycznie faszerowany przeze mnie lekami na jelita, trzymany z dala od surowych warzyw i wody z kranu, której nawet powąchać nie mógł. A jednak – ledwie przekroczyliśmy granice Luksoru, a on już trzymał się za brzuch i jęczał:
– Mam to znowu… To TO!
To nie była skarga. To było ogłoszenie końca świata. Na szczęście przewodnik, który najwyraźniej przeżył niejedną egipską katastrofę, spojrzał spokojnie i rzucił:
– Spokojnie, choroba faraona dopada najwcześniej trzeciej nocy. Jeszcze za wcześnie.
Od tej chwili wyimaginowana klątwa faraona towarzyszyła nam do końca wycieczki. Żadne racjonalne dowody, że wszystko z nim w porządku, nie działały. Całe wakacje nosiłam w torebce termometr – żeby w momentach szczytowej paniki faraońskiej móc mu udowodnić, że nie ma gorączki. Choć czasem miałam wrażenie, że bardziej potrzebuje egzorcysty niż paracetamolu.
Antyporada #31: Jeśli zaczynasz od objawów zanim zjesz choć jeden lokalny posiłek – to nie jest klątwa faraona. To klątwa autosugestii.