Wyjazd do Egiptu planowaliśmy od kilku lat. A konkretniej: ja planowałam, mąż się krzywił, a córka początkowo nawet nie wiedziała, że coś takiego jak Egipt istnieje. Mąż miał bowiem na punkcie Egiptu pewien… delikatnie mówiąc, uraz psychiczny. Za dzieciaka jeździł tam z rodzicami tak często, jakby to była handlowa dzielnica ich miasta, a nie kraj z piramidami i wielbłądami. I niestety, zamiast wspomnień o sfinksach czy zachodach słońca nad Nilem, zachował głównie wspomnienia szpitalnych kroplówek.
Antyporada #1: Jeśli ktoś w rodzinie ma traumę związaną z krajem, nie planuj tam miesięcznej wyprawy. Chyba że chcesz mieć o czym pisać.
Za każdym razem, gdy miał zobaczyć jakiś większy zabytek, dopadała go klątwa – nomen omen – faraona. Nie było mowy, żeby zobaczył piramidy, bo wcześniej zdążył już odwiedzić punkt medyczny. W efekcie mąż zwiedził Egipt od Kairu po Luksor… ale wyłącznie od strony placówek medycznych.
Dlatego nie dziwiłam się, że za każdym razem, gdy padło słowo „Egipt”, jego mina robiła się kwaśna, jakby właśnie zjadł cytrynę z karty hotelowego barku. I dodawał z przekąsem – Przecież jest tyle pięknych miejsc na świecie…
Ale niestety, każdy z nas przechodzi w życiu przez pewne etapy fascynacji: dinozaury, konie, Harry Potter, brokat, jogurty pitne. Nasza córka nie była wyjątkiem. Najpierw – wiadomo – dinozaury, jak była w przedszkolu. Potem przyszła miłość do koni, która została z nami na dłużej (a konkretnie: do dziś, z kosztami włącznie). I wreszcie nadszedł czas starożytności.
To była mieszanka Indiany Jonesa, wszystkich części „Mumii” (tak, obejrzanych kilkukrotnie), i całej serii gier Assassins Creed – od „Odyssey” po „Origins”. Po którymś wieczorze maratonu filmowego padło to zdanie. To było to zdanie, którego mój mąż naprawdę nie chciał usłyszeć. Nigdy.
– Mamo! Kiedy pojedziemy do Egiptu?
Antyporada #2: Jeśli dziecko mówi „pojedźmy do Egiptu” – weź głęboki oddech i zacznij oszczędzać. Będzie długo, drogo i z piaskiem wszędzie.
Westchnienie mojego męża było słyszalne aż pod Asuanem. Ale cóż – nie było odwrotu. Nie dało się tego zignorować. Trzeba było zacząć planować.
Oczywiście nie mogliśmy jechać jak typowi turyści, czyli: all inclusive w Hurghadzie i jednodniowy wypad do piramid (w towarzystwie 50-osobowej grupy i przewodnika, który krzyczy przez megafon). Nie. Z nami tak się nie da. Wiedziałam, że mąż nie zgodzi się na dwie oddzielne wycieczki, więc musieliśmy wszystko załatwić za jednym zamachem.
I tak narodził się plan. Jedyny możliwy. Zwiedzamy Egipt cały. Od granicy z Sudanem aż po Aleksandrię. Od pustyni po morze. Na raz.
Antyporada #3: Nie próbuj zwiedzać całego Egiptu w jednym podejściu. Egipt ci to zapamięta.
Oczywiście takiej wycieczki nie oferuje żadne biuro podróży – być może dlatego, że nie ma wielu takich wariatów jak my. Ale my wiedzieliśmy jedno: jeśli już mamy wracać do kraju klątw, mumii i słonecznego udaru, to tylko z rozmachem.
2 komentarze
Zapomniałem dodać, te antyporady to zaje pomysł.
Masz bardzo „lekkie” pióro. Bardzo przyjemnie się tego czyta. W zasadzie samo się czyta ;] Podane z odpowiednią dawką humoru. Taka umiejętność to dar. Zwłaszcza że są ludzie, którzy nawet o lekkich tematach potrafią napisać w tak ciężki sposób, że po kilku akapitach ma się wrażenie, jakby człowiek wór z węglem dzwigał. Pisz kobito, bo Ci to dobrze wychodzi.