Jeśli ktoś myśli, że nowy rok wita się spokojnym porankiem i powolnym dochodzeniem do siebie po nocnych harcach, to nigdy nie był na wycieczce zorganizowanej po Egipcie. U nas o 7:00 już byliśmy gotowi, by zmierzyć się z piramidami, sfinksem i inflacją. Ale Egipt nie byłby sobą, gdyby nie miał dla nas noworocznej niespodzianki. Otóż cena za wejście do wnętrza jednej z piramid magicznie wzrosła z 900 do 1500 funtów egipskich. Od osoby. Taki egipski prezent noworoczny: nie fajerwerki, tylko inflacja.
Niektórzy próbowali negocjować, inni tylko westchnęli, ale koniec końców – kto chciał zajrzeć do środka, musiał zapłacić. Bo przecież czego się nie robi, żeby potem móc powiedzieć „byłem w środku piramidy”. I zemdleć z duchoty.
Przewodnik ostrzegał nas jeszcze w autokarze: „Nie ma sensu wchodzić do piramidy, nic tam nie ma, tylko duchota, ciemno i schody w dół, a potem w górę, i zero sarkofagów, zero fajerwerków, tylko kurz i pot”. Ale jak się okazało, akurat tego dnia była otwarta piramida Cheopsa – TA NAJWIĘKSZA. No i zdrowy rozsądek, biedak, musiał zejść ze sceny. Bo jak to tak: być pod piramidą Cheopsa i nie wejść? Przecież to jak być we Włoszech i nie zjeść pizzy.

Młoda przespała większość krótkiej drogi w autobusie i obudziła się dopiero niemal pod samymi piramidami. Humor miała… powiedzmy: piramidalnie zły. Mało snu, zimno jak diabli, a jeszcze ktoś śmie kazać jej zwiedzać z zapałem? Bez żartów. Na dodatek poranek powitał nas powiewem lodowatej noworocznej świeżości – coś między marcową zawieją a listopadowym przeziębieniem.
Ale trzeba jej oddać jedno: z nas wszystkich była ubrana najrozsądniej. Jeszcze w sylwestra wyciągnęła z walizki zimową kurtkę z Polski i oświadczyła, że ma to absolutnie w nosie, że jest w Afryce. Skoro jest zimno, to będzie chodzić w kurtce zimowej. Koniec. Kropka. Tak więc to ona, w puchówce i czapce, wyglądała jak ekspert survivalu na Saharze, a my, w naszych afrykańsko-jesiennych stylizacjach, drżeliśmy jak sfinks przy przeciągu.
Do piramidy pomimo ostrzeżeń przewodnika weszliśmy. To znaczy – zaczęliśmy się wciskać. Bo wejście do środka tej monumentalnej budowli ma wymiary… mniej więcej jak szafka na buty w bloku z wielkiej płyty.

Wąsko, nisko, stromo. Mąż przypomniał sobie bardzo szybko, że to był zły pomysł. Bardzo zły. A najgorsze dopiero przed nami – bo do środka prowadzi wąski, stromy tunel, w którym człowiek nie idzie, tylko się wtacza. W pozycji zgiętej w pół, kolana uginają się, plecy krzyczą, a oddech kończy się gdzieś w połowie korytarza.

Antyporada #52: Jeśli twoje hobby to joga w tunelu i paniczne ataki duszności – weź bilet do środka piramidy. Bonus: zapach potu z epoki Starego Państwa gratis.
I wszystko po to, żeby dotrzeć do… pustego pomieszczenia z sarkofagiem. Bez mumii. Bez skarbów. Bez powiewu tajemnicy. Tylko echo i pot. Ale mimo wszystko – można było powiedzieć „byłem w środku piramidy Cheopsa”, co dla wielu było warte bólu pleców i potu cieknącego po karku. To znaczy – do miejsca z sarkofagiem dotarłam tylko ja i młoda. Mąż zdołał dojść jedynie do końca ciasnego korytarza. Gdy zobaczyłam go w tym wielkim, pustym pomieszczeniu – sapiącego, złamanego i wyglądającego jak ofiara klątwy faraona w fazie zaawansowanej – zlitowałam się i powiedziałam, żeby nawet nie próbował iść dalej.


Do samego sarkofagu prowadziły jeszcze schody – wąskie, strome, gorące jak piekarnik – a powietrze? Było go tyle co humoru w poniedziałek rano. Ludzi pełno, przestrzeni żadnej, a sam sarkofag? No cóż… sarkofag jak sarkofag – pusty, kamienny, bez fajerwerków. Więc ostatecznie niech się cieszy, że nie wlazł – i tak nic nie stracił, poza ewentualną kontuzją.
Zaczęliśmy schodzić. Młoda ruszyła jak strzała – zbiegła na dół jakby właśnie ogłoszono promocję na czekoladę. Humor nadal wyłączony po porannej pobudce, więc całą drogę wyglądała jak egipska bogini zemsty. Ludzie tylko zerkali na jej minę i natychmiast robili miejsce. Nikt nie miał odwagi stanąć jej na drodze – w końcu nigdy nie wiadomo, czy akurat nie wskrzesza w sobie ducha Anubisa.
Ja zostałam z mężem z tyłu. Postaliśmy sobie chwilę w tej wielkiej, pustej przestrzeni, aż w końcu odsapnął i ruszyliśmy dalej w dół. I to był błąd. Wielki. Bo dokładnie w tym momencie do tunelu weszła grupa chińskich turystów – a to oznaczało tylko jedno: mamy przekichane. W wąskim, klaustrofobicznym przejściu, zostaliśmy wciągnięci w coś na kształt starożytnego horroru komunikacyjnego.
Mąż był zdecydowanie za duży na ten tunel. Musiał schodzić tyłem, bo przodem się po prostu nie mieścił. Noga za nogą, na kolanach, jęcząc cicho i modląc się do bogów Egiptu o litość. I wtedy – bum! – wpadli na nas Chińczycy. Jak szarańcza. Mąż ustawiony jak żywy hieroglif – zgięty w pół, oparty o ścianę. Ja wtulona w kamień, udająca, że mnie nie ma. A wokół nas – tsunami plecaków, łokci, selfie-sticków. A potem, gdy już myśleliśmy, że nic nas nie zaskoczy – zobaczyliśmy to. Chińscy turyści, z niemowlętami. Serio. Takimi, co to na oko mają miesiąc, góra dwa. Otulone w kocyki, niesione w ramionach albo w chuście, spokojne jakby właśnie szły na spacer po parku, a nie do wnętrza kamiennej piramidy z czasów Cheopsa.
I to nie jedno niemowlę. To był cały rodzinny rajd: od noworodka po babcię z aparatem. Jakby piramidy były nowym Disneylandem. Patrzyłam na to i zastanawiałam się, czy ja też kiedyś przesadzałam z ambicjami turystycznymi. Odpowiedź brzmi: nie. Ja nigdy nie próbowałam przeciskać się z niemowlakiem przez tunel o szerokości przeciętnego tosta.
Antyporada #53: Jeśli uważasz, że wózek dziecięcy to zbyt konwencjonalne rozwiązanie – polecam przejażdżkę z niemowlakiem przez piramidę. Tylko nie zapomnij selfie sticka.
Po jakiś 20 minutach nerwowego bezruchu w końcu ruszyliśmy dalej, a na dole – wybawienie. Amerykanin, który właśnie rozważał, czy wejść do tunelu, czy uciekać z krzykiem – zablokował wejście, dając mojemu mężowi szansę na wyczołganie się z pułapki. Spojrzał na niego z wdzięcznością. I co zobaczył? Własnego sobowtóra – ten sam wzrost, ta sama postura. Dwie krople potu.
Niestety, ten jego klon nie zdążył się ewakuować, bo za nim już stała żona. A żony w takich momentach nie pytają – tylko pchają. Dosłownie. I tak skończył wepchnięty w tunel, który za chwilę miał poznać każdą jego kostkę.
My – po wyjściu z tej sauny połączonej z treningiem crossfit – byliśmy absolutnie przeszczęśliwi, że na zewnątrz jest tylko 5 stopni. Serio. Wreszcie dało się oddychać. Z błogim uczuciem powietrza w płucach zaczęliśmy powoli zmierzać w stronę autobusu, odganiając się przy tym od naciągaczy jak od natrętnych much.
A propos – naciągacze przy piramidach to zupełnie inna liga. Tak zwana ekstraklasa oszustwa. Nasz przewodnik kategorycznie zabronił nam z nimi rozmawiać, bo – cytuję – „połowa z nich to cwaniaki, a druga połowa to zawodowi złodzieje z certyfikatem”. I wiesz co? Miał rację.
Co prawda cały teren piramid jest wręcz oplątany policją – policjanci na wielbłądach, w samochodach, na koniach, na własnych nogach – dostępni w każdej konfiguracji. Ale… nic to specjalnie nie daje.
Bo widzieliśmy to na własne oczy: jeden z naciągaczy tak zakręcił jakąś chińską rodziną, że wcisnął im figurkę z gipsu za – uwaga – 100 dolarów. A to coś, co spokojnie nie kosztowało więcej niż piątkę. Gdy pojawił się policjant, myśleliśmy: „No, teraz go dorwą!”. A gdzie tam. Podszedł, spojrzeli sobie głęboko w oczy, kiwnęli porozumiewawczo głowami… i rozeszli się każdy w swoją stronę.
Wtedy zrozumieliśmy jedno: właśnie byliśmy świadkami bardzo sprawnej transakcji. Figurka – 5 dolarów. Oszustwo – 95. Dochód podzielony po bratersku: oszust i policjant. Egipski system lojalnościowy w wersji „win-win”.
My ruszyliśmy do punktu obowiązkowego każdej wycieczki, obowiązkowego od czasu, kiedy powstały social media. Nawet miejscowi nazywają go „instagramowym”. O co chodzi? O ten słynny punkt widokowy, z którego można zrobić zdjęcie „palcem dotykam czubka piramidy” albo „podtrzymuję piramidę jak Atlas”. My jednak mieliśmy inny plan: zdjęcie młodej na wielbłądzie. Klasyk.


Zaraz po dotarciu na miejsce zapytałam przewodnika: ile mam zapłacić, żeby to ze mnie nie zrobili wielbłąda?
– Pięć dolarów i ani centa więcej. I umówcie się z góry – że to tylko za zdjęcie, bez żadnej jazdy. Bo potem powiedzą ‘ok, ok’, dziecko zrobi dwa kroki na wielbłądzie i nagle zamiast 5 dolarów chcą 20 za ‘przejażdżkę’ – uprzedził nasz niezawodny egiptolog.
Zapamiętaliśmy. Wszystkie ostrzeżenia. Ruszyliśmy więc na łowy – dziecko zaczęło przejawiać oznaki życia. Coś w rodzaju: „Rodzice zniszczyli mi życie, ale może nie jest aż tak źle”. Nie wiem, czy to wizja jazdy na wielbłądzie, czy może zapach łajna o poranku przypomniał jej najpiękniejsze chwile z koniem, ale – zaczęła się uśmiechać.
W końcu znaleźliśmy odpowiedniego wielbłąda i rozpoczęłam negocjacje. A dokładniej mój „talent negocjacyjny” wyglądał tak: „Albo pięć dolarów, albo szukam dalej – bez wyjątków”. Nie wiem, czy to była faktycznie technika targowania się, ale mąż uznał, że tak, i że idzie mi świetnie.
W końcu facet – niezbyt zachwycony – próbował jeszcze coś tam negocjować: „Może siedem?” Ale ja, z miną kamienną: „Przewodnik powiedział pięć. Kropka.” Zapytał, który przewodnik. Pokazałam palcem. Facet spojrzał, westchnął, umarł w środku i powiedział: „OK, pięć.”
Antyporada #54: Jeśli ktoś mówi, że „tylko zdjęcie” – przygotuj portfel, cierpliwość i pełen repertuar min negocjacyjnych. Bo wielbłąd wie swoje.
Młoda wsiadła na wielbłąda z szerokim uśmiechem. Miało być tylko zdjęcie. A oni ruszyli! W głowie tylko słyszałam echo przewodnika: „Nie pozwólcie na przejażdżkę!”. Na naszą szybką reakcję pan od wielbłąda machnął ręką i rzucił: „Ja tylko ustawiam – lepsze zdjęcie na tle piramid.”
Młoda zachwycona. Jedzie z wielbłąda jak królowa Nilu. My lekko skonsternowani – to jeszcze w granicach „tylko zdjęcie”, czy już kurs objazdowy?
W końcu zdjęcie zrobione. I nawet pomogliśmy facetowi złapać kolejnego klienta. Za tę krótką przejażdżkę – jakieś 5 minut – daliśmy mu jednak te jego siedem dolarów. Już tak głupio było – młoda zadowolona, wielbłąd nie wypluł nikogo, wszystko gra.
A czy wyszło nam zdjęcie rodem z Instagrama? Oczywiście, że nie. Mąż się starał – po pięciu minutach pokrzykiwania „nie, lewa! ta prawa! niżej!” poddaliśmy się. Poprawi się w Photoshopie. Albo zostanie jak jest – ku pamięci.
Nasz kolejny cel – kotek. Czyli oczywiście Sfinks. Dojechaliśmy do niego w kilka minut. Przyznam, że cały ten „park” zrobiony wokół piramid – z alejkami, stylizowanymi punktami widokowymi i opcjami do zdjęć rodem z 1920 roku – robi wrażenie. I jest zaskakująco spory.
Zwiedzanie zaczęliśmy od miejsca, w którym… robiono mumie. Serio.
Patrzysz na te kamienne ściany i podłogi i już widzisz tego gościa z nożem, który mówi: „Trzymaj to serce, bo zaraz będzie się ślizgać.” Miejsce surowe, chłodne (a może to tylko efekt porannego chłodu) i
bardzo konkretne – nie było tu żadnej duchowej otoczki, tylko czysta logistyka pogrzebowa. Trochę jak nasze dzisiejsze sale operacyjne wszystko w jednym kolorze jednego zimnego i twardego kamienia.

Czuć było, że tu się nie filozofowało – tu się działało. I że starożytni Egipcjanie, choć znani z umiłowania do życia pozagrobowego, potrafili to życie wieczne organizować z chirurgiczną precyzją.
Po przejściu przez salę mumifikacyjną, gdzie można było się dowiedzieć wszystkiego o tym, jak kiedyś przygotowywano ciała do wieczności (i chwilowo zwątpić, czy śniadanie to był dobry pomysł), przyszła pora na wyzwanie z XXI wieku: zrobienie zdjęcia całowanego kotka. Czyli – sfinksa.
Tym razem jednak nie musieliśmy walczyć o każdy centymetr miejsca. Była dopiero dziewiąta rano, więc tłumy dopiero się zjeżdżały, a my mieliśmy niemal cały plac dla siebie. Idealne światło, pusta przestrzeń i tylko my – gotowi na próbę legendarnego „insta-kiss”.
Młoda ustawiła się pierwsza, kazała mi kucnąć, przesunąć się o dwa kroki, potem jeszcze o pół i krzyczała: „Wyżej! Nie, niżej! Usta bardziej w lewo!” – jakby co najmniej reżyserowała kampanię reklamową sfinksa. Efekt? Pół buzi, ćwierć kota, ale emocje były.

Potem przyszła kolej na nas – mąż do sfinksa, ja za aparat, z komentarzami typu „bliżej, nie tak blisko, co robisz, to nie randka!”. I choć żadna fota nie nadawała się na okładkę National Geographic, to radochy było tyle, że i tak zapamiętamy ten moment lepiej niż niejedną lekcję historii.
Bo co jak co – ale jak się całuje sfinksa, to się nie zapomina.
Antyporada #55: Jeśli planujesz całować sfinksa, weź statyw, niwelator i operatora drona. Bez tego uzyskasz ujęcie typu: ucho kota i twoja broda.
Po nieudanych próbach ze sfinksem i naszej kapitulacji w walce o „idealne insta-zdjęcie”, ruszyliśmy na kolejny punkt wycieczki. Tym razem mniej historyczny, a bardziej… marketingowy. Czyli perfumeria – klasyka egipskich objazdówek i kolejna odsłona współpracy biura podróży z lokalnym biznesem.
Młoda, ponieważ ma alergię na miętę (a to zioło lubi się czaić w olejkach), została w autokarze razem z kolegą. Grali w coś na telefonach i mieli święty spokój. Reszta, skuszona darmową herbatą z hibiskusa i jeszcze bardziej darmową toaletą, dzielnie ruszyła w stronę flakoników.
I chociaż mój mąż był już szósty raz w takiej perfumerii i przysięgał, że „nigdy więcej”, daliśmy się złapać. Jeden zapach pachniał dokładnie jak jego ulubione perfumy, więc – wiadomo – wzięliśmy. Nie było jakoś super drogo, więc uznaliśmy to za sukces.
Spoiler: po przyjeździe do domu i odpakowaniu flakonika (zalakowanego, więc bez szans na sprawdzenie zapachu wcześniej), okazało się, że… no cóż, trochę jakby ktoś nalał wspomnienia o perfumie, nie sam perfum. Pachnie tylko wtedy, gdy się go wyleje pół butelki. A i tak nie ma gwarancji, że ktoś poza tobą coś poczuje. Czyli dokładnie tak, jak było wtedy, gdy jego mama też dała się skusić na egipskie „cudowne esencje”.
Antyporada #56: Jeśli marzysz o perfumach, które pachną tylko w Egipcie – kup lokalną esencję. W domu zostanie ci flakon i wspomnienie aromatu.
I nie, żadna domowa alchemia z łączeniem tego z polskim spirytusem nie pomoże. Jak w flakoniku jest pusto – to i Salomon nie naleje.
A nam został już ostatni punkt naszej wielkiej objazdówki – Muzeum Kairskie. Jadąc tam, mogliśmy w końcu zobaczyć Kair za dnia. I trzeba przyznać: to naprawdę wielkie miasto, z ambicjami na nowoczesną aglomerację, mimo że czasem jeszcze wszystko tu trzeszczy, skrzypi i skręca w bok.

Samo muzeum wyglądało dokładnie tak, jak je zapamiętaliśmy z dokumentów, książek i filmów – czyli monumentalnie, nieco chaotycznie i z duszą staroszkolnego gabinetu osobliwości. Na zwiedzanie mieliśmy tylko trzy godziny. Trzy. Zdecydowanie za mało, ale wiadomo – kto bogatemu (w zabytki) zabroni.
Przewodnik, chyba sam lekko zestresowany, od razu nas pogrupował, rozdał bilety i rzucił hasło: „Przelecimy przez najważniejsze eksponaty z prędkością światła, żebyście chociaż coś zapamiętali!”. I tak właśnie się zaczęło – sprint przez historię starożytnego Egiptu w stylu „szybko, zanim ktoś coś zgubi albo zginie w sekcji mumii”.
Było intensywnie, momentami absurdalnie („tu mamy złotą maskę – patrzcie, nie gapcie się za długo – lecimy!”), ale przynajmniej udało się zobaczyć największe skarby i usłyszeć garść opowieści, zanim rozpłynęliśmy się na własne ścieżki w czasie wolnym.
Podczas czasu wolnego w muzeum nastąpił klasyczny atak paniki typu „ZOBACZMY WSZYSTKO, PÓKI MOŻNA”. Wiadomo – najpierw szybki sprint do Tutanchamona. Komnata-pułapka. Pilnowana przez policję, w środku klimat grobowy w dosłownym sensie, a dookoła same zakazy: żadnych zdjęć, żadnych aparacików, żadnych komórek – nawet oddech trzeba brać cicho i bez flesza.
Mąż odkrył w jednym z działów… starożytne szachy. I stał tak, patrząc na nie wzrokiem typu „mój ci on”, jakby rozpoznawał w nich poprzednie wcielenie. Już się widział w roli królewskiego stratega z 18. dynastii, z turbanem zamiast czapki i skorpionem zamiast wieży.
A młoda? Młoda zareagowała dokładnie tak, jak każde dziecko w chwili, gdy rodzice są zajęci: „Mamo, muszę siku! Teraz!”. Przewodnik zapewniał nas wcześniej, że toalety w muzeum są darmowe. No więc pobiegłyśmy, ja bez portfela, bo po co miałabym go brać, skoro „za darmo”?
Wchodzimy, załatwiamy sprawę – i wtedy bum! Ktoś łapie mnie za rękę. Dosłownie. Żadnej subtelności. Żadnego „excuse me”. Tylko bezpośrednie: „DAWAJ KASĘ”. Młoda jeszcze w środku, ja już wypchnięta – ale nie wypuszczona. A żeby ją wykupić z tej egipskiej policyjnej łazienkowej niewoli, muszę wrócić z okupem.
Antyporada #57: Zawsze miej dolara przy sobie. Zwłaszcza gdy dziecko utknie w toalecie, a pani od wyjścia prowadzi politykę „cash or child”.
W lekkim szoku wybiegam z łazienki i zaczynam dramatyczny bieg po muzeum w stylu „Indiana Jones i dolar zagłady”. Przeczesuję sale z mumiami, przeskakuję przez sarkofagi, mijam rozebrane łodzie pogrzebowe i święte żuki, szukając mojego męża, który – oczywiście – zamiast czekać tam, gdzie był, musiał gdzieś pójść. Błądzę między eksponatami z nadzieją, że znajdę tego jedynego człowieka z jednym dolarem, który uratuje mnie z tej opresji.
Morał? Dolara miej zawsze przy sobie!
I chociaż to było nasze ostatnie spotkanie z egipską historią… miało w sobie wszystko: pośpiech, tłum, ekscytację i to dziwne uczucie, że jeszcze tu wrócimy – bo jak ogarnąć 5000 lat cywilizacji w jedno przedpołudnie?
Kair to temat rzeka. A my ledwo zmoczyliśmy palce. Więc jeśli ktoś myśli, że to koniec egipskiej przygody – to tylko przerwa na przegrupowanie sił (i zebranie funduszy). Bo wrócimy. Najpewniej znów z szachami i z listą zabytków do odhaczenia.
Przy muzeum znajduje się sklep z pamiątkami – i od razu mówię: warto tam zajrzeć. Ceny są w porządku (bez turystycznego haraczu), można płacić kartą (co w Egipcie nadal bywa luksusem), a wybór – klasyka muzealna, ale w dobrym wydaniu.
Największy hit? Fantastyczne książki z opisami wszystkich eksponatów – i co najważniejsze – ze zdjęciami. Można więc spokojnie nadrobić to, czego nie udało się zobaczyć w tym naszym ekspresowym rajdzie po salach. Albo udawać, że się widziało, bo przecież jest w książce.
To był nasz ostatni dzień zwiedzania. Po wszystkim – z lekkim westchnieniem ulgi – udaliśmy się do autokaru. Po raz ostatni w tym składzie, po raz ostatni z tym przewodnikiem, po raz ostatni z tą ekipą. Przed nami cel: Hurghada i hotel na jedną noc.
Dla większości to już był koniec. My mieliśmy przed sobą jeszcze kilka dni oddechu – po tym piętnastodniowym rajdzie przez 2200 kilometrów. Taki epilog w stylu „regeneracja po wakacjach”.