Jak to się zaczęło i czemu nie uciekłam wcześniej
Jak do tego doszło? Prosto. Klasyka.
Mąż był na firmowym wyjeździe na Mazurach. Niestety, nie był to ten typ wyjazdu, gdzie grilluje się od rana, a wieczorem integruje przy ognisku i gitarze. O nie. Tu menadżer stanął na wysokości zadania i – ponieważ kocha żeglować – postanowił podzielić zespół na dwie załogi i pływać po Mazurach przez trzy dni.
Niby fajnie… ale.
Mój kochany mąż pierwszy raz w życiu pływał na czymś, co nie jest promem ani dużym statkiem wycieczkowym. I chociaż fizycznie nie bardzo miał co tam robić (190 cm wzrostu, 130 kg wagi i zwinność słonia w składzie porcelany), to dostał nakaz nieporuszania się po pokładzie.
W skrócie: bardziej przeszkadzał niż pomagał.
Ale, jak się okazało, zupełnie mu to nie przeszkadzało.
Po powrocie do domu, zanim zdążył zdjąć buty, wykrzyknął z błyskiem w oku:
– „Będę wilkiem morskim!”
Czy się tym przejęłam? Niezbyt.
Po latach znałam już jego słomiany zapał i pomysły z datą ważności krótszą niż kefir. Pokiwałam głową i z udawanym entuzjazmem powiedziałam:
– „Super pomysł!”
Był już wrzesień, więc z czystym sumieniem dorzuciłam:
– „To za rok możemy jechać nad morze, żebyś zrobił patent żeglarski – jak rasowy wilk morski, na pełnym morzu, a nie na jeziorach.”
Pomysł się spodobał.
Ja wiedziałam, że sprawa załatwiona. Kolejny „plan życia”, który umrze śmiercią naturalną wśród rachunków, remontów i codzienności.
Antyporada #1: Jeśli twoje „super pomysł!” brzmi jak próba przeczekania – upewnij się, że mąż nie mówi serio. Bo może mówić.
Oj, jak bardzo się myliłam.
Zbliżał się koniec roku szkolnego. Młoda kończyła pierwszą klasę, a my kończyliśmy zderzenie z betonową ścianą zwaną polską szkolną biurokracją. Wtedy, z zupełnie niewinną miną, mąż wypalił:
– „Musimy zacząć planować.”
Spojrzałam na niego z pełną konsternacją. On na to:
– „No mój patent żeglarski miałem robić w wakacje nad morzem, zapomniałaś?”
Owszem, zapomniałam.
W lekkim szoku, że mu wciąż nie przeszło, zaczęłam go dopytywać, gdzie chce ten kurs zrobić. Odpowiedź była oczywista:
– „Nad morzem.”
Nie powinnam była pytać. Geografia to dla mojego męża wiedza tajemna. Nie mówimy tu o drobnych nieścisłościach typu „czy Szczecin leży nad morzem” – to poziom „Trójmiasto to jedno miasto”, a gdy pytam o Gdynię, pada:
– „No, koło Trójmiasta chyba… albo nie – koło Trójmiasta jest Gdańsk!”
Antyporada #2: Jeśli twój mąż myli Gdynię z Gdańskiem i uważa, że Trójmiasto to jedno miasto – nie dawaj mu mapy. Daj mu GPS. I instrukcję.
O Sopot nigdy nie odważyłam się zapytać.
Nie miałam wyboru. Usiedliśmy do komputera i zaczęłam szukać kursów żeglarskich.
Wybraliśmy półwysep Hel, konkretnie Jastarnię – z Katowic to może i kawałek drogi, ale za to każdy z nas miałby coś do roboty:
- On – kurs żeglarski.
- Ja i młoda – plaża z falami od strony morza, i spokojna zatoka pucka po drugiej stronie.
- Młoda – pierwsze próby na windsurfingu.
- Ja – chwile samotności z książką na leżaku.
Plan został zatwierdzony, wyjazd zabukowany – i mogliśmy zacząć szykować nasz wyprawę.
Młoda była zachwycona windsurfingiem. Ja – nie przeczytałam nawet jednej strony książki, bo wiatr był tak silny, że już pierwszego dnia straciłam książkę z oczu (dosłownie).

Antyporada #3: Jeśli twój mąż mówi, że żeglarstwo to jego przeznaczenie – weź to pod uwagę przy planowaniu najbliższych trzech lat życia.
A mąż? Dalej kochał żeglowanie. Nawet schudł podczas kursu.
Skoro już byliśmy na miejscu, zrobiłam sobie przy okazji patent motorowodny – ten sam ośrodek, więc pomyślałam: „A co mi tam, skoro mąż tak w to wszedł, to może coś też z tego wyciągnę”.

Wtedy naiwnie wierzyłam, że jego nowa pasja przełoży się na jakieś weekendowe wypady na okoliczne jeziora. Może raz w roku Mazury.
Mąż miał inną wizję.
Chorwacja, Grecja, morze Śródziemne. I najlepiej już jutro.
Bo przecież on jest teraz najlepszym żeglarzem na świecie.
Wróciliśmy do domu. On – z głową pełną planów i ambicji niczym reinkarnacja Sindbada.
Ja – z głową pełną obowiązków. Skupiona na codzienności. Nie myślałam o przyszłych wakacjach.
I to okazało się być bardzo dobrą strategią. Bo gdy świat kilka miesięcy później stanął na głowie, okazało się, że ten patent i ta jego żeglarska pasja… zapewniły nam coś, co trudno było wtedy zdobyć: możliwość wakacji. Normalnych wakacji. W nienormalnym czasie.