Czas do wyjazdu mijał podejrzanie spokojnie. Żadnych problemów, zero nieprzewidzianych katastrof, nawet samochód odpalił za pierwszym razem. Powinniśmy byli się zaniepokoić. Ale nie. My, naiwni, cieszyliśmy się, że wreszcie coś nam wychodzi. A przecież to był tylko przedsmak.
Antyporada #4: Jeśli wszystko idzie gładko, to znaczy, że właśnie czegoś nie zauważasz.
Dzień wyjazdu w końcu nadszedł. Spakowaliśmy wszystko do samochodu – czyli, jak zwykle, o trzy torby za dużo – i ruszyliśmy do Giżycka. Po kilku godzinach jazdy, z jedną kłótnią o trasę i trzema postojami „bo siku”, dotarliśmy na miejsce.
Na miejscu przywitała nas nasza łódź. W ofercie dumnie opisana jako „komfortowy jacht turystyczny”, w rzeczywistości przypominała pływający namiot z opcją przeciekania, o wystroju rodem z PRL-u, i to jego późnej fazy.
Antyporada #5: Jeśli coś w opisie ma słowo „komfortowy” w cudzysłowie – uciekaj. Albo przynajmniej weź śpiwór. I czapkę.
Cóż, byliśmy już na miejscu, więc nie było odwrotu. Weszliśmy na pokład, załadowaliśmy manatki, rozlokowaliśmy się w „kabinkach” (czytaj: dwa skrzyżowane materace i suszarka na głowę) i ruszyliśmy… a raczej spróbowaliśmy.
Bo bardzo szybko wyszło na jaw, że mój mąż – świeżo upieczony posiadacz patentu żeglarskiego – chyba jednak uczył się tylko cumowania. Albo i tego nie. Po pierwszej, niepokojąco zygzakowatej próbie wypłynięcia z portu, doszliśmy do wspólnego, dramatycznego wniosku: potrzebujemy instruktora. Co ciekawe, to on miał patent. Ale my potrzebowaliśmy pomocy.
Antyporada #6: Posiadanie patentu nie oznacza, że umiesz pływać. Tak samo jak posiadanie książki kucharskiej nie czyni z ciebie szefa kuchni.
Instruktor – młody chłopak, góra dwadzieścia lat – spojrzał na nas wzrokiem człowieka, który widział już wszystko. I to nie raz. Wziął nas na próbny rejs. Wszystko szło świetnie, aż do momentu, gdy mój mąż, zupełnie niewinnie, poprosił:
– A pokażesz mi, jak się składa maszt?
Bo na Mazurach, w wielu miejscach, trzeba ten maszt składać. A nad morzem, gdzie zdawał egzamin? No cóż, tam maszt się trzymał jak przyspawany. I nikt nie zawracał sobie głowy takimi „szczegółami”.
Instruktor pokazał, maszt złożony – sukces. Ja, prowadząc łódkę na silniku, czułam się jak profesjonalistka. W końcu miałam na to papier! Wszystko szło tak dobrze, że aż niepokojąco dobrze. Czyli klasycznie – zaraz coś się musiało spieprzyć.
Antyporada #7: Jeśli wszystko działa jak trzeba – to tylko kwestia czasu, aż coś się zepsuje. Prawdopodobnie natychmiast.
Po próbnym złożeniu, przyszła pora na rozłożenie masztu. Teoretycznie – robimy to samo, tylko w drugą stronę. Proste. Przynajmniej w teorii. W praktyce: maszt nie chciał wrócić na swoje miejsce. Pierwsza próba – nieudana. Druga – również. Przy trzeciej maszt w końcu „wszedł”, po czym rozległ się dźwięk, który każdy żeglarz zna i nienawidzi: chrup. Dźwięk łamanego metalu.
Maszt pękł.
Instruktor zamarł. My nie wiedzieliśmy jeszcze, co się stało, ale jego mina sugerowała, że jesteśmy o krok od wycieczki do serwisu – i to pieszo. W milczeniu oddał mi ster, kazał mężowi zejść pod pokład „dla stabilizacji” (albo żeby nie przeszkadzał) i zawrócił do portu.
Antyporada #8: Jeśli instruktor milknie, a wcześniej był rozmowny – nie pytaj. Lepiej nie wiedzieć.
Zacumowaliśmy. On zniknął w biurze właściciela łodzi. My zostaliśmy na pokładzie – z pytaniem w oczach: czy nasza żeglarska przygoda właśnie się zakończyła, zanim się zaczęła?
Po krótkiej, ale burzliwej wymianie zdań między instruktorem a właścicielem portu, przyszli jeszcze z jednym pracownikiem. Diagnoza: maszt złamany. Oczywiście – nie nasza wina, „takie rzeczy się nie zdarzają”. Jasne. Właściciel przepraszał, zapewnił, że maszt zostanie naprawiony do jutra i – całe szczęście – że stało się to tutaj, a nie na środku jeziora.
Zabrali maszt. My zostaliśmy. Na łodzi. Bez masztu. Drugi dzień w tym samym porcie. A czas uciekał.
Antyporada #9: Jeśli masz wybór między złamanym masztem na pomoście a na środku jeziora – wybierz pomost. I kawę.
Z drugiej strony – mieliśmy szczęście. Bo gdyby to się wydarzyło gdzieś w połowie trasy, to… nie wiem. Może byśmy go przywiązali sznurkiem? A może przesiadka na kajak? Jedno było pewne – wakacje byłyby skończone.
Nie pozostało nam nic innego, jak wymyślać sobie zajęcia na ten nieplanowany postój. Młoda była wniebowzięta – wskakiwała do wody z łódki, taplała się przy brzegu i pływała na swoim różowym flamingu. Port był pusty, a właściciel – w ramach rekompensaty – pozwalał jej na wszystko. Bo przecież to jego łódka nas zatrzymała.
Antyporada #10: Dziecko na flamingu nie myśli o awarii. Ale rodzic już myśli, ile dni zostało do poniedziałku.
W końcu, koło południa następnego dnia, przybył nasz bohater – maszt. Panowie zamontowali go błyskawicznie, zrobiliśmy krótki rejs testowy (było OK), i dostaliśmy zielone światło: można wypływać!
Pogoda się poprawiła: nie padało, wiatr był umiarkowany – czyli w żeglarstwie: luksus. Ubraliśmy młodą w kamizelkę, zaciągnęliśmy uśmiechy na twarze i – starając się nie zabić nawzajem – wypłynęliśmy z portu.

Stres był poza skalą, ale z każdą minutą zaczynał maleć. Co więcej – zaczęło nam iść. Okazało się, że mój mąż jednak umie żeglować. Tylko… nie umie wypływać i wpływać do portu. Szczegół.
Antyporada #11: Jeśli załoga wie, że kapitan nie umie wpływać do portu – nie spuszczaj z oczu lin. Ani steru. Ani siebie.
W końcu rozłożyliśmy żagle. I, jak ludzie, którzy prawie wiedzą, co robią – płynęliśmy przez Niegocin.
Cel był prosty: dopłynąć jak najdalej, zacumować, przeżyć – i, jeśli się uda, coś zjeść. Niekoniecznie siebie nawzajem.
Cel osiągnięty (nawet z nawiązką)
Cel osiągnęliśmy. Nawet z nawiązką. Udało nam się zacumować przy niewielkiej, ale bardzo smacznej knajpce. Akurat zwalniało się ostatnie miejsce, więc – wykorzystując moment i odrobinę desperacji – wciągnęliśmy się pomiędzy dwie inne łódki. Dotykając burty, rufy i godności sąsiadów. Turbo profesjonalnie.
Antyporada #12: Cumowanie pomiędzy dwie łodzie wygląda jak balet tylko wtedy, gdy nie jesteś jego częścią.
Nie muszę chyba dodawać, że bojek bocznych nie zdjęliśmy przez cały rejs do tego portu. Ze stresu po prostu o nich zapomnieliśmy. Ale przy cumowaniu – proszę bardzo – jakby nigdy nic, już na miejscu, wisiały na właściwych burtach. Najważniejsze, że żadnej nie zgubiliśmy. Bo to już byłby poziom „kara za błędy początkujących”.
Antyporada #13: Bojki boczne nie działają, gdy są w bagażniku. Ale przynajmniej nie odpłyną.
Na miejscu zjedliśmy pyszne – i równie turbo drogie – świeże rybki. Młoda zjadła z takim apetytem, że aż się ucieszyliśmy. Przez chwilę. Do momentu, gdy przyszło płacić.
Najlepsze jednak było to, że przy przystani kręciły się inne dzieciaki w jej wieku. I nagle jakby ktoś przełączył kanał. Pandemia? Lockdown? Samotność? Jak ręką odjął. Młoda biegała, śmiała się, taplała przy brzegu – jakby ten rok odcięto nożyczkami na granicy brzegu i pomostu.
Antyporada #14: Jeśli chcesz, by dziecko przestało wspominać zdalne lekcje – daj mu inne dzieci i dmuchanego flaminga. Działa lepiej niż terapia.
Wieczorem zorganizowano ognisko. Takie prawdziwe, z kiełbasą, gitarą i historiami o „prawdziwych” rejsach, które brzmią jak bajki, ale nikt nie śmie zaprzeczać, bo każdy chce wierzyć. Wszyscy świetnie się bawili. Nawet mój mąż, który przez chwilę znowu był Jackiem Sparrowem. Albo chociaż bosmanem na dachu łajby.
Antyporada #15: Każdy ojciec z piwem w ręku przy ognisku staje się Jackiem Sparrowem. Najczęściej w swojej własnej opowieści.
My też wreszcie odetchnęliśmy. Bo nic tak nie koi nerwów jak ogień, śmiech dzieci i to jedno jedyne piwo, które smakuje jak medal za przetrwanie pierwszego etapu.
Antyporada #16: Pierwsze piwo po dopłynięciu nie jest dla smaku. Jest za odwagę.