
Region tebański — Dolina Królów, fotografia nr 3 z serii z lat 1870–1888. Archiwum Fotograficzne Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna.
Do pobudek o świcie zaczęliśmy się już powoli przyzwyczajać. Tym razem czekała nas Dolina Królów – czyli zwiedzanie grobowców, duchów i kurzu.
Mąż od rana narzekał, że to znowu „to”. Jakaś faraońska klątwa, która dopada go za każdym razem, gdy próbuje postawić stopę w Egipcie. I w sumie – trudno się dziwić. To była jego szósta próba odwiedzenia tego kraju. Poprzednie kończyły się regularnie: wysoką gorączką, biegunką, pobytem w szpitalu i dramatyczną ewakuacją. Tym razem też bolał go brzuch i był święcie przekonany, że to znowu ONI. Ja próbowałam go przekonać, że to zwykły stres, ale przecież co ja mogę wiedzieć, skoro nie jestem egiptologiem, tylko żoną. A może po prostu żoną z lepszą odpornością.
Z centrum Luksoru do Doliny Królów jedzie się około godziny. Po drodze mijaliśmy lokalną współczesną architekturę, czyli domy w stanie permanentnie „niedokończonej budowy”. Taki egipski standard open space: brak dachów, brak okien, za to na dachu – słomiane maty rzucające symboliczny cień.

Dlaczego tak? Odpowiedź dostaliśmy szybko: w Luksorze nie pada. Ostatnia „nawałnica”, trwająca całe trzy minuty, miała miejsce ponad dwadzieścia lat temu. Maty na dachach to tu nie ozdoba, tylko realny system klimatyzacyjny.
Po przekroczeniu bardzo szerokiego Nilu wjechaliśmy do starożytnej Krainy Umarłych – czyli na lewy brzeg. W czasach faraonów to był wyraźny podział: Teby (czyli dzisiejszy Luksor) po stronie wschodniej – to kraina żywych. Po stronie zachodniej – nekropolia, gdzie nie wolno było się osiedlać ani budować domów. Tylko groby. Tylko zmarli. I tylko upał. Idealne miejsce na jednodniową wycieczkę z dzieckiem!
Na olbrzymim parkingu – który, ku naszemu zaskoczeniu, był prawie pusty – od razu skierowaliśmy się do punktu odpraw. My, jako uczestnicy wycieczki z biura podróży, mieliśmy wykupione meleksy, które zawiozły nas bezpośrednio do Doliny. Od razu uprzedzam: nie każda grupa miała ten luksus. Część turystów szła pieszo. Dystans niby niewielki, ale w kanionie bez grama wiatru, nawet pod koniec grudnia, potrafiło być naprawdę ciepło.
Przy wejściu do Doliny Królów dostaliśmy bilety. Oczywiście – żeby zobaczyć grób Tutenchamona, trzeba było dopłacić. Ale dla nas to była decyzja bezdyskusyjna. W końcu to najsłynniejszy grobowiec w całej Dolinie. A słynnych rzeczy się nie odpuszcza, nawet jak są drogie, małe i duszne.
Na zwiedzanie mieliśmy trzy godziny. Nasz egiptolog doradził, które z aktualnie otwartych grobowców warto zobaczyć – bo otwierane są rotacyjnie. Dziś dostępne są np. numery 1, 23 i 65, a za pół roku mogą być 4, 11 i 27. To celowy zabieg, by ograniczyć zniszczenia i dać archeologom przestrzeń do pracy – bez tłumów selfie-sticków.
Dostaliśmy też cenną radę: jeśli przy wejściu do grobowca jest dziki tłum – idź dalej. Mniej popularne mogą być ciekawsze. I co zrobiliśmy? Oczywiście rzuciliśmy się do kolejki do Tutenchamona. Bo logika nie ma szans z legendą.
Kolejka była spora – jakieś 30 osób. Czas oczekiwania: pół godziny. Spoiler: sam grobowiec to właściwie garderoba. Klaustrofobiczny, mały, duszny. Zdecydowanie najmniej imponujący z tych, które widzieliśmy – ale za to z właścicielem na miejscu. Mumifikowany nastolatek, który leży tam od tysięcy lat. Córka całą wizytę próbowała ustalić, gdzie się podział jego palec u nogi.

Pozostałe grobowce – zdecydowanie ciekawsze. Część z nich była długa, zdobiona i imponująca.

Ale w środku duszno i ciężko się oddycha – nawet w grudniu. Brak tlenu, pył, tłum. Parasolka z UV znów okazała się wybawieniem – przynajmniej na zewnątrz.
Trzy godziny? Zdecydowanie za mało. Przez grzeczność i kolejki zobaczyliśmy tylko trzy grobowce. Pod ostatnim mąż i córka uciekli przed chińską grupą, zanim wpadli do środka. Ja nie zdążyłam. Musiałam przeciskać się pod prąd przez falę aparatów i kapeluszy. Czułam, że umrę – nie z braku tlenu, tylko z irytacji.


Region tebański — Dolina Królów, fotografia nr 5 z serii z lat 1870–1888. Archiwum Fotograficzne Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna.
Jeśli więc zobaczysz ojca z córką, którzy po wyjściu z grobowców wyglądają, jakby mieli zaraz paść z wycieńczenia – nie martw się. To nie efekt duszności ani zatrucia, tylko próba sprintu z samego dna grobowca na powierzchnię, żeby wyprzedzić kolejną falę turystów. Taki egipski bieg przez grobowce z przeszkodami.
Wniosek? Na wakacjach nie myśl jak w domu. Bo nie jesteś w domu. Jesteś na wojnie. A na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone.
Antyporada #39: Jeśli masz trzy godziny na zwiedzanie Doliny Królów, nie zaczynaj od grobowca z najdłuższą kolejką. Możesz tam spędzić pół dnia i zobaczyć jedną salę z trupem.
Kolejnym punktem programu była fabryka alabastru – czyli klasyczny deal biura podróży z miejscowymi. Dla nas miała to być przerwa na siku i herbatkę z hibiskusu. I tu od razu mała rada: nie kupujcie tam niczego. Serio. Mój mąż, który swoje pierwsze kroki po wejściu do budynku skierował do łazienki – choroba faraona, a raczej stres, że może ją faktycznie dostać – utknął tam na dobre 30 minut!
Po wyjściu z łazienki odkrył… szachy z alabastru! Jest fanatykiem szachowym. Szachy to nasz wakacyjny rytuał – są z nami wszędzie, odkąd kiedyś, jak ostatnia idiotka, źle przeliczyłam walutę i pozwoliłam mu kupić „antyczne” metalowe szachy w Bułgarii. Od tamtej pory jestem mistrzem wyceny szachów. Wiem, ile powinny kosztować, znam producentów i ceny na każdym kontynencie. Alabaster i onyks są na liście „potencjalnych materiałów na idealne pionki” mojego męża.
Zaręczam Wam: to samo, co w tej fabryce, dostaniecie taniej przez internet. Na Etsy wystawiają się dokładnie ci sami producenci z Egiptu – z opcją wysyłki lub odbioru osobistego. I cena? Co najmniej 30% niższa niż ta z magicznego punktu „współpracy lokalnej”.
Od momentu, gdy odkrył te szachy, okazało się, że w grupie jest więcej osób kochających tę grę – i po powrocie na statek już umówili się na pierwszą wspólną partyjkę. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że gra w szachy przerodzi się w pełnoprawny turniej szachowy na cały rejs.
Antyporada #40: Nie wierz, że w fabryce „lokalnego rzemiosła” kupujesz pamiątkę życia. Kupujesz pamiątkę za trzy razy tyle, co w internecie. I to jeszcze w ramach przerwy na siku.
Po godzinnej przerwie na siku w fabryce alabastru (która, jak się okazało, była też galerią, sklepem i centrum sprzedaży wszystkiego, czego nie potrzebujesz, ale i tak kupisz), ruszyliśmy w końcu do Świątyni Hatszepsut.

Świątynia grobowa Hatszepsut w Luxorze (Mortuary Temple of Hatshepsut), zdjęcie Diego Delso, 3 kwietnia 2022, licencja CC BY-SA 4.0 (Creative Commons Attribution-ShareAlike 4.0).
Świątynia… no cóż, nie przypominała niczego, co widzieliśmy wcześniej. Ani piramidy, ani grobowce. Raczej coś jak minimalistyczne muzeum nowoczesnej sztuki wykute w skale. Idealna symetria, trzy tarasy, kolumny jak z linijki, wszystko wtulone w pionową ścianę skalną jakby to ona zapraszała nas do środka. I jeszcze ten chłód, który aż się ciągnął z kamienia. Po upale Doliny Królów – raj.
Zbudowała to wszystko kobieta. Ale nie taka zwykła – tylko faraonka. Hatszepsut, która nie bawiła się w bycie „królową małżonką”, tylko po prostu ogłosiła się królem. Z brodą (ceremonialną, ale zawsze), koroną i tytułami jak z checklisty do przejęcia władzy.
Nasz przewodnik najpierw opowiedział tę historię, a potem zrobił teatrzyk. Dosłownie. Krótka inscenizacja: nasza córka jako Hatszepsut, jej rówieśnik z grupy jako brat – Tutmozis III. Wszystko szło gładko, dopóki nie padło zdanie, że w starożytnym Egipcie rodzeństwa często się pobierały.
Młoda wstała, spojrzała z obrzydzeniem na kolegę i powiedziała:
– Nie ma mowy!
I trzeba jej przyznać: zagrała to lepiej niż niejedna aktorka. Nie uwięziła co prawda brata w Karnaku jak oryginalna Hatszepsut (bo już byliśmy i nie było jak go tam odholować), ale z przekazu emocjonalnego – pełna zgodność z pierwowzorem.
Po scenie i wykładzie ruszyliśmy wreszcie zwiedzać świątynię. A dokładniej – to, co z niej zostało. Bo jak się okazuje, brat Tutmozis, gdy dorósł, nie tylko nie poszedł na terapię rodziną, ale wziął młot i zaczął kasować wszystko, co po siostrze. Posągi? Precz. Inskrypcje? Skute. Imię? Zatarte.
– A mówiłam, że chłopaki to głupki – skwitowała nasza córka, patrząc z wyższością na ruiny kobiecej kariery politycznej.
Ale świątynia przetrwała. W XIX wieku zaczęto ją odkopywać spod piachu – dzięki francuskiemu archeologowi Édouardowi Naville’owi. A potem przyszli Polacy, z prof. Kazimierzem Michałowskim na czele, i zaczęli ją porządnie rekonstruować. Dzięki nim dziś możemy podziwiać to wszystko nie tylko na pocztówce.

Fot. Archiwum Fotograficzne Museo Egizio (Turyn), domena publiczna (Wikimedia Commons) — kolejka Decauville przy pracach wykopaliskowych, 1893–1898.
W drodze do samej budowli przewodnik ustawił nas do kolejki do meleksów. Córka trafiła na miejsce obok kierowcy, a ten – rozczulony jej entuzjazmem – pozwolił jej „prowadzić”. Czyli trzymać kierownicę. Ona była zachwycona. Ja też, dopóki mąż nie zbliżył się i nie wyszeptał:
– Masz drobne dolary? Bo ja nie mam.
– Jakie dolary?
– No te… za tę „atrakcję”. Bakszysz.
Zamarłam. Ostatnie drobne poszły na toaletę w Dolinie Królów. Czyli sytuacja klasyczna: zero gotówki, sto procent zażenowania. Gdy dotarliśmy na miejsce, kierowca wyciągnął rękę po „napiwek”, a mąż – z wdziękiem godnym dyplomaty – przybił mu piątkę, uścisnął rękę i powiedział:
– Thank you, my friend.
A potem… sprint w stronę świątyni.
Na miejscu mąż znowu się rozłożył. Tym razem nie z emocji, tylko – jak twierdził – z „choroby faraona”.
– Ja naprawdę to mam – jęczał, trzymając się za brzuch
– A ja naprawdę mam dość – odpowiedziałam i oddałam mu moją boską parasolkę i butelkę wody. Zostawiłyśmy go na dole, jak chciał. Z moim mobilnym cieniem.
Z córką ruszyłyśmy na szczyt. A tam? W środku pusto. Dosłownie. Kolumny, trochę reliefów, ale głównie kamień i echo.
Po zwiedzaniu postanowiliśmy wrócić pieszo. Nie chcieliśmy ryzykować ponownego spotkania z kierowcą meleksa, który mógł się domyślić, że „my friend” jednak nic nie zostawił.
I tu ciekawostka medyczna: jak tylko mąż usłyszał, że za godzinę będzie z powrotem na statku – ozdrowiał. Choroba faraona ustąpiła jak ręką odjął.
Antyporada #41: Jeśli szukasz idealnego miejsca na selfie – to tu. Kolumny, skały, symetria jak z katalogu. Tylko zamiast filtra „zachód słońca”, lepiej wybierz „lekka gęsia skórka” – bo było naprawdę chłodno.
Świątynia ma też swoją mroczną historię. W 1997 roku doszło tu do zamachu terrorystycznego. Zginęły 62 osoby, głównie turyści. Po tym wydarzeniu Egipt zmienił podejście do bezpieczeństwa: pojawiły się kontrole, strażnicy, dokładnie wyznaczone trasy. I koniec z rejsami z Kairu do Asuanu – teraz pływa się tylko między Luksorem a Asuanem. Środkowy Egipt to dziś turystyczna biała plama.
Po powrocie na statek – wreszcie relaks. Leżaki, drink, brak mumii i wifi – czyli pełna cywilizacja.

Po obiedzie mąż rozpoczął Turniej Nilowy w szachy, który miał trwać aż do zejścia na suchy ląd. A wieczorem – Wigilia po egipsku. Tancerka brzucha, kręcący się derwisz i… dmuchany Mikołaj. Serio.
Mąż oczywiście skomentował tancerkę:
– Złe ustawienie bioder.
I zanim zdążyłam go powstrzymać, już był na scenie, robił ósemki i zbierał brawa. „Choroba faraona”? Nie kojarzę.
Spaliśmy przed północą – następnego dnia czekało nas Edfu i świętowanie. Bo jak się okazuje, na statku święta zaczynają się nie w Wigilię, tylko w pierwszy dzień Bożego Narodzenia.
O trzeciej w nocy mijaliśmy śluzę w Esnie – różnica poziomów wody: 9 metrów. Przespaliśmy, oczywiście. Ale podobno będziemy tamtędy płynąć z powrotem. Jest nadzieja.
Antyporada #42:Myślisz, że rejs to cisza, medytacja i delikatne bujanie? Spróbuj wypłynąć z Luksoru o zachodzie słońca. Zmienisz zdanie zanim odwiążą cumy