Na mapie wszystko wydawało się proste. Szczególnie, gdy mapa była w odpowiednio dużej skali – wtedy te wszystkie starożytne cuda świata wyglądały, jakby dało się je zwiedzić w jeden intensywny weekend. Karnak tuż obok Luksoru, trochę niżej Abu Simbel, rzut beretem do Doliny Królów, a potem już tylko hop – i jesteśmy w Aleksandrii, popijając miętową herbatę z widokiem na morze.

Antyporada #4: Jeśli mapa wygląda, jakby wszystko było blisko – przyjrzyj się jeszcze raz. To pułapka.

Niestety, jak niektórzy z nas pamiętają z lekcji geografii (albo udają, że pamiętają), Nil to druga najdłuższa rzeka świata. Albo pierwsza – zależy, kogo zapytać i na jakim etapie życia zawodowego jest dany geograf. W każdym razie, jest długa. Bardzo. A wszystkie te egipskie cuda leżą wzdłuż niej, jak koraliki na zbyt długim naszyjniku. Więc żeby je wszystkie zobaczyć, trzeba się trochę nabiegać. A właściwie: najeździć, napocić, nakłócić i – w naszym przypadku – ponarzekać.

Logistycznie ten plan miał mniej więcej tyle sensu, co próba zwiedzenia całej Polski pieszo w tydzień, zaczynając od Bieszczad i kończąc w Świnoujściu. Ale cóż – nikt nie mówił, że będzie łatwo. A już na pewno nie w folderach biura podróży, których i tak nie czytaliśmy, bo uznaliśmy, że organizacja „na własną rękę” to najlepszy pomysł.

Planowanie wyjazdu zaczęłam, jak każda racjonalna osoba – od pytania: jak się tam w ogóle dostać?

Antyporada #5: Zanim kupisz bilety lotnicze – sprawdź, gdzie one naprawdę lądują. I czy da się stamtąd wydostać bez zaciągania kredytu.

Tam, czyli do Egiptu. Niby oczywiste, niby banalne. Przecież Egipt to kraj turystyczny, kochany przez biura podróży, kurorty i ludzi, którzy uważają, że prawdziwa przygoda zaczyna się przy hotelowym basenie z niebieskim opaską na ręce. A jednak…

Dość szybko okazało się to, co – szczerze mówiąc – powinnam była wiedzieć od początku: większość lotów do Egiptu kończy się tam, gdzie kończy się turystyka all inclusive. Czyli: Hurghada albo Marsa Alam. Tam lecą czartery z każdego większego miasta w Polsce. Do wyboru, do koloru. Ale nie do Kairu. A mnie, jak na złość, pasował Kair. Bo jeśli już mamy zwiedzać calusieńki Egipt to logicznie byłoby zacząć od stolicy. Ale gdzie tam logika.

Antyporada #6: Nie licz na to, że loty do stolicy będą logiczne. Linie lotnicze mają własną logikę – i to w hieroglifach.

Do Kairu lata tylko LOT. I tylko z Warszawy. I tylko z Chopina. I oczywiście nie codziennie, tylko wtedy, kiedy najmniej Ci pasuje. Więc mieliśmy do wyboru: albo lecimy czarterem do Hurghady z Katowic (co – przy całym moim szacunku do Hurghady – oznaczało nie ładny początek, ale bardzo pokraczny środek wyprawy), albo jakoś musimy dostać się do Warszawy. A „jakoś” w naszym wykonaniu zazwyczaj oznacza: szereg nieporozumień, spóźnionych pociągów, zapomnianych biletów i minimum jednej awantury na peronie.

Mąż był za Katowicami – bo blisko. Ja byłam za Kairem – bo sensownie. Córka była za wielbłądami – gdziekolwiek by nie były, byle były. I najlepiej, żeby gdzieś po drodze trafił się jeszcze oryginalny koń arabski. A kalendarz lotów był przeciwko nam wszystkim.

Ponieważ to ja planowałam ten wyjazd, to ja też podjęłam kluczową decyzję: lecimy do Kairu. Nie do Hurghady, nie do Marsa Alam, nie do żadnego „idealnego miasta startowego” z folderów biur podróży. Kair był celem i kropka!

Mąż próbował jeszcze coś pomrukiwać o transferach, stresie i sensowności, ale to były tylko odgłosy tła. Ja już wtedy przeszukiwałam połączenia Katowice – Warszawa, bo wiedziałam jedno: startujemy z Chopina.

Oczywiście, los nie był łaskawy. Właśnie wtedy Warszawa wpadła na genialny pomysł remontu kolei. Cudownie. Jakby nikt nie mógł pomyśleć o tym wcześniej, zanim postanowiłam zorganizować rodzinny rajd przez starożytny świat. Ale ja się nie zrażam tak łatwo. Przeszłam już niejedną rezerwację wakacyjną, więc remont torów nie był w stanie mnie złamać.

Za to ceny biletów – owszem.

Idealnym rozwiązaniem było oczywiście tylko jedno: Pendolino.

Antyporada #7: Jeśli myślisz, że Pendolino to pociąg – to się mylisz. To styl życia z otwarta linia kredytową.

To konkretne, dzienne połączenie, które – jakimś cudem – zawsze odjeżdża dokładnie wtedy, kiedy mi najbardziej pasuje. Jakby PKP specjalnie chciało, żebym zbankrutowała. Bo przecież Pendolino to najdroższy pociąg w Polsce.

W cenie – co prawda – mamy niemal 100% szans na punktualny przyjazd. Komfort, cisza, gniazdka. Ale…
za trzy osoby w obie strony – ponad 1000 zł. I to za drugą klasę.

Człowiek jedzie 300 km i zastanawia się, czy przypadkiem nie kupił biletu do Paryża.

Jakby tego było mało, lot do Kairu też nie należał do okazji roku. 1200 zł od osoby, w dwie strony, bez bagażu. Czyli w cenie biletu – miejsce w samolocie, prawo do oddychania i ewentualnie mała torebka.

Antyporada #8: Jeśli płacisz jak za biznes, a lecisz ekonomiczną – gratulacje, właśnie odkryłaś turystyczną wersję podatku od marzeń.

Tanio? Nie. Uroczo? Jeszcze mniej.

A lecimy przecież we troje. A wciąż nawet nie zdążyliśmy spakować kremu z filtrem.

Antyporada #9: Jeśli Twoje dziecko wymarzyło sobie starożytną przygodę, Ty właśnie wkroczyłaś w nowożytny budżet kryzysowy.

Nie wiem, co mnie wtedy tknęło. Może irytacja ceną biletów kolejowych, a może fakt, że kończyłam butelkę czerwonego wina, które miało „delikatne nuty egzotyki”, ale w smaku przypominało bardziej aspirynę w syropie. W każdym razie – wpadłam na pomysł.

Antyporada #10: Zanim otworzysz wino i przeglądarkę, upewnij się, że masz samokontrolę. Albo przynajmniej kartę z limitem, który nie woła „czyś ty oszalała?!”

Otworzyłam przeglądarkę i wpisałam coś, czego wcześniej nawet nie rozważałam: lot z Katowic do Warszawy. Tak po prostu, z ciekawości. I co się okazało?

120 zł od osoby. Tak. Sto dwadzieścia złotych. Lot. Z Katowic. Do Warszawy. Taniej niż pociąg! Taniej niż ciepły obiad dla trójki w barze przy trasie. Taniej niż nowa poduszka podróżna z lotniska.

To był moment euforii. Z prędkością światła kliknęłam dalej, szukając opcji łączonych. I wtedy – jakby sam faraon mi błogosławił – trafiłam na promocję. Bilet łączony: Katowice – Warszawa – Kair. Cena? Mniej więcej taka sama, jak planowane wcześniej Pendolino + sam lot. Ale z jednym „małym” bonusem:

Klasa biznes.

Salonik na obu lotniskach.

Fast track, siedzenia z miękkim zagłówkiem i jedzenie na porcelanie.

Antyporada #11: Jeśli znajdziesz bilet łączony z klasą biznes w cenie klasy ekonomicznej – klikaj. Zanim zorientujesz się, że właśnie zrezygnowałaś z tanich wakacji, by lecieć na nie jak minister skarbu.

Tak. W jednej chwili z planu „przetrwajmy jakoś ten dojazd” zrobiła się wyprawa w warunkach premium. Oczywiście wszystko to kosztowało bagatela 6000 zł w dwie strony, czyli dokładnie tyle, co tygodniowy turnus w Hurghadzie z All inclusive, trzema animacjami dziennie i nieograniczoną ilością frytek. Ale kto by się czepiał.

Zadowolona z siebie jak Kleopatra po kąpieli w mleku osła, przekazałam mężowi wiadomość:

– Kochanie, do Kairu lecimy w klasie biznes.

Mąż spojrzał na mnie, jakbym właśnie zapisała nas na balet w wielkiej operze w Paryżu. Albo jakbym ogłosiła, że chcę zostać szamanką i wyjeżdżam na rytuały do Peru. Albo – co bardziej prawdopodobne – jakbym znowu coś kliknęła, co będzie nas kosztować nie mały majątek.

– Ale… dlaczego? – zapytał z niepokojem w głosie i lekkim drżeniem lewej powieki.

Uśmiechnęłam się, wypiłam ostatni łyk wina i odpowiedziałam z dumą:

– Bo nie stać nas na kolej.

Po ogarnięciu jak tam dotrzemy, przyszedł czas na to, co najważniejsze: trasę. Serce i dusza całego przedsięwzięcia. Logistyka poziom hard. Zaczęłam od zapisania dat lotów – tych, które planowałam kupić

Wiedziałam jedno – Kair to dopiero początek. Tam mieliśmy tylko wylądować. A konkretnie: w okolicach zimowych ferii. Tak, żeby nie było za gorąco – co akurat miało sens.

Mąż, jako samozwańczy ekspert od temperatur w Dolinie Królów, odwiedził ją zarówno w styczniu, jak i w sierpniu łącznie 6 razy. W każdym przypadkach miał gorączkę i ogólnie umierał, ale – jak sam twierdzi – w lutym umierał mniej spektakularnie. To wystarczyło, by uznać, że luty będzie „okej”.

Mieliśmy wylądować niedaleko piramid, więc zwiedzanie ich miało być banalnie proste – po prostu wyjdziemy z hotelu i pójdziemy sobie spacerkiem do wielkiej sterty kamieni, która przetrwała tysiące lat, by teraz stać się tłem do selfie z filtrami.

Na Kair zaplanowaliśmy cztery dni. W sam raz, żeby spróbować przejść przez ulicę, nie zginąć w ruchu drogowym i zaliczyć wszystkie muzea. Potem dzień na Aleksandrię, bo skoro już jesteśmy, to przecież trzeba zobaczyć, co tam zostało po latarni morskiej i Kleopatrze – no i jak to tak Aleksandra nie pojechała by do Aleksandrii. A szóstego dnia mieliśmy wyruszyć w dalszą podróż – najlepiej do Asuanu.

Antyporada #12: Jeśli uważasz, że sześć dni wystarczy, by ogarnąć Egipt – możesz też spróbować przeczytać całą Wikipedię w weekend.

I tu zaczęły się schody, które faraon chyba sam układał a  raczej jego niewolnicy.

Air Cairo – linia, która w nazwie ma Kair, ale najwyraźniej nie lubi z niego latać – kursuje do Asuanu raz w tygodniu. I oczywiście nie wtedy, kiedy my potrzebujemy. A przesunięcie wcześniejszego lotu było równie realne, jak uzyskanie dotacji na podróż zagraniczna. Zatem wybór był prosty: albo siedzimy trzy dni dłużej w Kairze, ryzykując, że nasza córka zacznie rozmawiać z posągami w muzeum, albo lecimy do Luksoru.

Była też opcja romantyczna.

Pociąg nocny z Kairu do Asuanu. Taki prawdziwy, klasyczny, jak z filmów o odkrywcach – Indiana Jones, Agatha Christie, herbatka z porcelany, przedział z zasłonami i kolacja w wagonie restauracyjnym. No po prostu bajka.

Tyle że tylko w naszej głowie.

Niestety, jak się okazało, ten pociąg nie ma nic wspólnego z obrazkami z naszej głowy. Pierwsza klasa w wagonie sypialnym to… no cóż – syf, wilgoć i smród. Tak w skrócie. Nie wierzycie? Sprawdźcie zdjęcia w necie. Ale ostrzegam – tego, co się zobaczy, nie da się od zobaczyć. Więc zanim klikniecie „grafika”, dobrze się zastanówcie.

Luksor był naszą jedyną opcją, ale to wcale nie oznaczało, że problem zniknął. O nie. On się tylko grzecznie przesunął – jak torba z bombą, którą ktoś odłożył na później, żeby nie przeszkadzała w planowaniu innych katastrof.

Antyporada #13: Jeśli wydaje ci się, że problem zniknął – to znaczy, że tylko zmienił lokalizację. Najczęściej za rogiem i droższy.

Bo przecież plan był prosty: wsiąść w Asuanie na statek i zwiedzać resztę w cywilizowany sposób – powoli, wygodnie, z pokładu, gdzie można usiąść, napić się herbaty i nie zastanawiać się, gdzie aktualnie jesteśmy i dlaczego znów się zgubiliśmy.

Statki wypływały też z Luksoru. Super! Problem z głowy? No nie bardzo.

Ten, który najbardziej nam pasował – czyli ten, który nie kosztował tyle co używany samochód rodzinny – wypływał z Asuanu i trwał siedem dni. Natomiast siedmiodniowe rejsy z Luksoru były dostępne, owszem, ale już bardzo drogie. Mówimy tu o 6000 dolarów za trzyosobową kajutę z HB. HB! Czyli bez obiadu. Za tę cenę człowiek oczekuje co najmniej trzech posiłków i ręczników w kształcie łabędzi.

Antyporada #14: Jeśli coś ma w nazwie „HB”, upewnij się, że to nie skrót od „Ha! Biedaku!”

Zostały nam więc tylko rejsy czterodniowe z Luksoru. A to oznaczało jedno: horror i zwiedzanie w tempie prędkości światła. Zwiedzanie z zegarkiem w ręku, pędząc od świątyni do świątyni jak na wycieczce z zakładu pracy w latach 80.

No i co z Abu Simbel?

Bo te rejsy z Luksoru kończą się w Asuanie, po czym następuje wykwaterowanie ze statku i… do widzenia. A my przecież chcieliśmy nie tylko zwiedzić samo Asuan, ale też zobaczyć Abu Simbel. A tego z pokładu czterodniowego rejsu nie dało się ogarnąć.

Nie było więc wyboru – nocleg w Asuanie, minimum trzy dni. Zwiedzanie samego Asuanu? Luz. Łatwo, przyjemnie, da się ogarnąć. Ale Abu Simbel?

Tu od samego początku zapowiadało się fatalnie.

Antyporada #15: Jeśli chcesz zobaczyć Abu Simbel – zacznij ćwiczyć cierpliwość, wytrzymałość i wykręcanie numerów do lokalnych przewoźników o 3:00 nad ranem.

Mało kto wie – i my też nie wiedzieliśmy, dopóki nie zaczęliśmy tego planować – że z Asuanu do Abu Simbel jest prawie 400 km w jedną stronę. Czterysta. To jakby z Warszawy do Wrocławia, tylko przez pustynię, bez stacji benzynowej po drodze i w temperaturze piekarnika.

Owszem, zasadniczo latają tam samoloty z Asuanu, ale – jak to w Egipcie – nie codziennie, nie tanio i na pewno nie wtedy, kiedy człowiek by sobie życzył. Tak więc zostają tylko taksówki albo jakieś lokalne wycieczki z przewodnikami, co – nie ukrywajmy – brzmiało dość ryzykownie. Szczególnie przy naszym szczęściu i doświadczeniach z podróży, gdzie „lokalny przewodnik” czasem znaczy: „ktoś z autem i dostępem do Facebooka”.

No i powrót. Przypominam, że wylot do domu był z Kairu.

A my? Jesteśmy wtedy na drugim końcu Nilu, z nadzieją, że to się jakoś samo poskłada. Żeby było weselej – obiecałam mężowi i córce, że po zwiedzaniu zabiorę ich na kilka dni nad Morze Czerwone, odpocząć w jakimś fajnym hotelu. Oczywiście z milionem atrakcji, zjeżdżalniami, animacjami i bufetem 24/7, bo przecież „należy się po tych wszystkich świątyniach”.

Tylko jak to wszystko spiąć ze sobą?

Z Asuanu do Hurghady jest prawie 500 km. A potem jeszcze trzeba wrócić do Kairu na lot powrotny, bo… uwaga: powrót z Hurghady nie wchodził w grę.

Poszłam do kilku biur podróży – z nadzieją, że może kupimy sam lot powrotny. Ale biura miały inne zdanie. Sprzedają tylko loty w dwie strony, w pakiecie, i nie interesuje ich, że ktoś leci tylko w jedną. Cena i tak jest stała. W naszym przypadku oznaczało to 1200 zł od osoby w dwie strony, czyli 3600 zł za naszą trójkę – tylko za przelot z Hurghady. Tego już było trochę za wiele.

Została więc kolejna opcja z kategorii „czemu nie?”: taksówka do Kairu. 600 km. Przez pustynię. Po wszystkich wcześniejszych atrakcjach. Po prostu ekstra.

Antyporada #16: Jeśli musisz wracać z drugiego końca kraju – rozważ teleport. Wszystko inne będzie droższe i bardziej męczące.

I w tym właśnie momencie, gdy to sobie wszystko rozpisałam na kartce, dotarło do mnie, jak bardzo to wszystko jest rozrzucone, nielogiczne i dalekie od siebie. I ile to będzie mniej więcej kosztować.

Podsumowanie, czyli chwila, w której rozważyłam sprzedanie nerki.

Antyporada #17: Jeśli boisz się podsumować koszty podróży, masz rację. Nie rób tego. Żyj w błogiej nieświadomości aż do momentu, gdy terminal od karty powie „odrzucono”.

Usiadłam z notesem, długopisem i miną księgowej przed audytem. Podsumowując wszystko, co już teraz musiałabym zabukować, żeby nam ktoś nie zajął ostatnich miejsc, oraz robiąc sobie roboczą trasę – kilometraż, godziny jazdy, jedno marudzące dziecko, jeden zrezygnowany mąż i milion bagaży, wyszło mi mniej więcej coś takiego:

Wniosek?

Nie wiem, czy to plan podróży, czy trasa karawany ze złotem, kadzidłem i kosztownościami przez cały starożytny Egipt. Wiem tylko jedno: to wszystko jest strasznie daleko od siebie – logistycznie, geograficznie i finansowo.

I co najlepsze – ta cała impreza, za prawie 45 tysięcy złotych, nie zawiera ani jednego obiadu, ani jednej butelki wody, ani JEDNEGO biletu wstępu do muzeum o pamiątkach i magnesach dla babci  to już nawet nie ma co wspominać.

A same wejściówki, gdy zaczęłam to liczyć, do świątyń, muzeów, grobowców i ruin, które „koniecznie trzeba zobaczyć”, to kolejne 3500 dolarów za naszą trójkę. Tak, ponad 14 tysięcy złotych za samą kulturę.

Tak więc stoję z kartką w ręce, kalkulatorem w oczach i tylko jedno pytanie kotłuje mi się w głowie:

Kto wymyślił że Egipt to tani kierunek wakacji!