Po uświadomieniu sobie, ile to wszystko będzie kosztować, byłam wstrząśnięta i zmieszana. Nie wiedziałam, czy zemdleć, czy zadzwonić do banku z pytaniem, czy udzielają kredytów na piramidy. Bo oto właśnie podsumowałam wyprawę życia – która miała być edukacyjno-przygodowa – a wyszło mi, że bardziej przypomina plan filmowy do „Kleopatry”, tylko bez sponsora i Elżbiety Taylor.
Siedziałam więc z kartką w ręce, kalkulatorem w oczach i herbatą z melisą, która nic już nie pomagała. Naprzeciw mnie, z zupełnie innym stanem ducha, przechadzał się mój mąż – jak po korytarzach Luwru. Dumny. Spokojny. Z satysfakcją wypisaną na twarzy. Brakowało mu tylko peleryny i chóru greckiego, który by śpiewał:
– A nie mówiłem… a nie mówiłem…
Bo przecież mówił. Że Egipt to zły pomysł. Że to nie wypali. Że są ładniejsze, ciekawsze i spokojniejsze kierunki. I teraz miał nowy oręż:
– I tańsze.
Powtarzał to słowo z taką dumą, jakby właśnie odkrył nowy kontynent. Albo wynalazł klimatyzację do namiotu.
– No przecież od początku mówiłem, że to bez sensu – rzucił mimochodem, mijając mnie z miną dumnego z siebie. – Trzeba było pojechać do Grecji. Albo do Hiszpani. Tam przynajmniej nie każą ci płacić za wodę w hotelu.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam siły. W głowie wciąż próbowałam jeszcze raz wszystko przeliczyć, jakby cudowny Excel z nieba miał mi nagle wykazać, że jednak się da. Taniej. Sprytniej. Sensowniej. Ale nie. Tabele nie kłamią. Tabele rujnują marzenia.
Antyporada #18: Jeśli próbujesz zmieścić 40 000 zł w budżecie na 15 000 – po prostu przestań. To nie planowanie. To science fiction.
Córka zapytała, czy na tym statku po Nilu będą desery. Mąż zażartował, że może będą płynąć osobnym statkiem – bo to taniej. A ja poczułam, że naprawdę zbliżamy się do momentu, w którym coś musi się zmienić.
Jeszcze nie kapitulacja. Ale coś zaczęło pękać w mojej wizji totalnej kontroli nad Egiptem.
Jedno było pewne: dziecko chce jechać do Egiptu, to i do Egiptu pojedzie. Jak? To pytanie zostało otwarte niczym sarkofag – z ostrożnością i nutą grozy.
Na razie postanowiłam zająć się czymś, co mogłam kontrolować. Edukacją.
Konkretnie: zakupem pomocy naukowych. Książek, przewodników, publikacji historycznych. Ale nie w stylu „Egipt w weekend” z kiosku przy dworcu. Ani tych kolorowych encyklopedii z dołączonym puzzle-magnetycznym. O nie. Ja poszłam w poważną literaturę, taką z przypisami, cytatami z egiptologów, i rysunkami świątyń wyglądającymi, jakby ktoś rysował je na papirusie w czasie trzęsienia ziemi.
Antyporada #19: Jeśli twoje dziecko ma fazę na Egipt, nie licz na „to jej przejdzie”. Zamiast tego zamów regał. I prenumeratę archeologicznego kwartalnika.
Bo skoro moja córka chce się uczyć o czymś, to mnie dwa razy powtarzać nie trzeba. Wręcz przeciwnie – trzeba działać szybko, zanim ten nagły poryw intelektualnego entuzjazmu wyparuje jak oaza w porze suchej.
Zaczęły się więc wieczory z książkami, w których było więcej hieroglifów niż dialogów, i pytaniami w stylu:
– Mamo, a czy jak podniesiesz kamień w Dolinie Królów, to możesz znaleźć amulet?
Nie miałam pojęcia, czy w Dolinie Królów leżą amulety pod kamieniami, ale jedno wiedziałam na pewno: jeśli mamy się czegoś dowiedzieć, to ja muszę to najpierw sprawdzić, przeczytać, podkreślić, a najlepiej – dla pewności – jeszcze raz sprawdzić.
Skupiłam się więc na poznawaniu starożytnego Egiptu, coraz skuteczniej wypierając z głowy przerażające planowanie wyjazdu. Tym bardziej, że to ja miałam być naszym przewodnikiem. Bo – jak wiadomo – przewodnik może i wie dużo, ale matka wie wszystko!
Antyporada #20: Jeśli chcesz mieć wakacje bez stresu, nie zostawiaj roli przewodnika matce. Chyba że to twoja matka. Wtedy już i tak nie masz nic do gadania.
Czas płynął niczym woda w Nilu. Moja wiedza archeologiczna przekraczała już poziom przeciętnego studenta archeologii, który nie chodzi na wykłady, ale wciąż zdaje sesję. Młodej nie przeszło ani trochę – więc temat Egiptu, niestety, był dalej aktualny. Niezmiennie. Nieubłaganie. Jak klątwa.
Robiłam wszystko. Zmieniałam konfiguracje, daty, loty, miejsca, kolejność. Excel był nieubłagany. Zawsze wychodziło minimum 40 tysięcy złotych i 20 dni na miejscu, bo nie dało się tak złożyć transportu, żeby wszystko się spinało. A jak się nie spina, to wiadomo – kosztuje dodatkowo.
Antyporada #21: Excel nie ma uczuć. Excel nie ma litości. Excel nie wie, że masz tylko dwa tygodnie urlopu.
W międzyczasie mąż znalazł ofertę w jednym z biur podróży. Wycieczka niemal identyczna jak nasza – tylko w cenie o połowę niższej. Nawet poszedł się dowiedzieć, w czym tkwi ich sekret. Wrócił z miną, która mówiła jedno: zapomnij.
Okazało się, że biuro podróży owszem, oferuje wycieczkę „od Sudanu do Aleksandrii”. Tyle że to jest wycieczka bardzo rzadka, a w zasadzie nigdy się nie odbywa. Jeśli jesteśmy zainteresowani – to super, możemy zarezerwować, ale szanse, że faktycznie pojedziemy, są jak na wygraną w totka. Lepiej, żebyśmy wzięli tę krótszą, tę co wszyscy. Tę połowę.
Ale połowa nie wchodziła w ogóle w grę. Bo połowa to jakby zjeść tylko jedno skrzydełko faraona, a nie całą mumię przygód.
Nam nie zostało nic innego, jak zacząć grać w lotto i dokładać do skarbonki na bajecznie drogie wakacje.
I wtedy, pod koniec sierpnia, wzięłam się w garść i postanowiłam zacząć bukować najważniejsze rzeczy, żeby nie zostać z ręką w nocniku.
I właśnie wtedy – zupełnie przypadkiem – trafiam na artykuł. Opisujący dokładnie to, o czym wspominała nam pani w biurze podróży, że te „super-skalibrowane” wycieczki w zasadzie nigdy się nie odbywają – i to specjalnie. Bo biurom podróży po prostu się to nie opłaca.
Chodzi o to, żeby nabić jak najwięcej ludzi, a potem wcisnąć im krótszą wersję – oczywiście w cenie tej dłuższej.
Klasyka.
Biuro, oczywiście, wszystkiemu zaprzeczało, ale dowody mówiły same za siebie. A my – dumni z siebie – czytaliśmy to z mężem i kiwali głowami jak sfinksy:
– Nie daliśmy się nabić w butelkę.
Weszliśmy nawet na stronę tej wycieczki, żeby sprawdzić, czy już ją zdjęli z oferty. I wtedy – SZOK. Wycieczka stoi. Cena bez zmian. A termin… POTWIERDZONY.
Szybkie spojrzenie na siebie.
Klik.
Sprawdzenie.
Nasz termin? Zajęty. Cały. Wyparował.
Zamarliśmy na sekundę. Ale tylko na sekundę. Bo przecież człowiek, który właśnie prawie zaoszczędził szesnaście tysięcy, nie może się teraz rozczulać nad datą.
– Bierzemy święta.
– Bożego Narodzenia?
– Bierzemy.
I tak oto nasza wyprawa życia miała się odbyć w czasie, gdy inni pieką pierniki i oglądają Kevina, a my – będziemy szukać grobowców, klątw i klimatyzacji w Dolinie Królów.
Antyporada #22: Jeśli musisz wybierać między pierogami a piramidami – pamiętaj, że Sfinks nie patrzy krzywo, gdy nie zjesz karpia.
Bo kiedy wszechświat daje ci okazję za połowę ceny, nie pytasz o daty. Bierzesz.
Jak tylko zabukowaliśmy, wybuchliśmy radością tak wielką, że trudno to opisać słowami. Cieszyliśmy się jak dzieci. Skakaliśmy po mieszkaniu, jakbyśmy właśnie wygrali w totka. Bo w sumie – wygraliśmy. Wakacje marzeń, w rozsądnej cenie, bez cięcia trasy i z pełnym rozmachem. Do tego dotarło do nas coś jeszcze:
– Sylwester pod palmami i na Nilu! – krzyknęłam, jakbyśmy właśnie wygrali rejs życia. A przecież jeszcze nawet nie zdążyliśmy uwierzyć, że to naprawdę się dzieje.
Córka patrzyła na nas jak na wariatów. W pełnym szoku i delikatnym zażenowaniu. Ale my byliśmy w euforii. Kair zamiast karpia. Piramidy zamiast pierogów. Słońce zamiast sianka.
I wtedy… radość wyparowała.
Bo nagle dotarło do nas coś jeszcze. Wylot był 20 grudnia. Czyli… nie będzie nas na świętach.
I jak my to powiemy babciom?!
A dokładniej: trzem babciom. Nasza córka ma to szczęście (a dwa miesiące w roku i przekleństwo – zwłaszcza w styczniu i maju, bo wtedy przypadają Dzień Babci i ich urodziny), że ma aż trzy. A przynajmniej dwie z nich mogą być śmiertelnie obrażone na myśl, że nie będzie nas przy wigilijnym stole.
Zrobiło się cicho. Bardzo cicho.
– Może… zrobimy Wigilię wcześniej? – rzuciłam nieśmiało.
– Może… w ogóle nie powiemy, kiedy lecimy? – próbował mąż.
Córka wzruszyła ramionami i zapytała, czy może na Wigilię ubrać się w kostium Nefretete.
Był sierpień. Do grudnia jeszcze daleko. Do czasu pierwszego pytania: „A u kogo jesteście na Wigilii w tym roku?” – też jeszcze trochę zostało. Jeszcze mamy czas.
Na razie cieszyliśmy się wizją Sylwestra pod palmami, jakby wszystko inne nie istniało. Bo przecież problem, który nie został wypowiedziany na głos, nie istnieje. Jeszcze.