Zniechęcanie mojego męża do Meksyku zajęło dokładnie dwa dni. Dwa intensywne dni, podczas których razem z Młodą robiłyśmy wszystko, by — jak to się ładnie określa — poczuł się współautorem zmiany planów. Oczywiście nie my go przekonałyśmy. On sam do tego doszedł. Naturalnie. Przypadkiem. Na drodze refleksji.

Antyporada #7: Jeśli chcesz zmienić plan, spraw, żeby druga strona uznała, że to był jej pomysł.

Przez ten czas podrzucałyśmy mu starannie dobrane uwagi, pozornie rzucone mimochodem. Że Meksyk zimą to jednak nie do końca tropik. Że bilety jakoś podejrzanie podrożały. Że w Azji mają teraz dwadzieścia osiem stopni — i to w cieniu. Wystarczyło. Hasło „dwadzieścia osiem” zadziałało lepiej niż jakikolwiek argument logiczny.

Ja w tym czasie wiedziałam już jedno: tanio nie będzie. Ale na tym etapie nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, żeby mąż sam porzucił piramidy. A dokładniej — swoją wizję unoszenia się nad Teotihuacán w balonie, z miną zdobywcy świata i fryzurą rozwianą jak w reklamie szamponu dla mężczyzn po czterdziestce.

Antyporada #8: Marzenia z dzieciństwa są wzruszające,
ale bardzo źle znoszą konfrontację z rzeczywistością i tabelą cen.

Trochę pomarudził, trochę powzdychał, ale ostatecznie dał się przekonać. Ciepły wiatr z Azji wygrał z marzeniem sprzed dwudziestu lat. Meksyk zniknął z planu szybciej, niż zdążyłam poczuć ulgę.

I wtedy dotarło do mnie coś znacznie bardziej niepokojącego.
Kompletnie nie wiedziałam, dokąd właściwie jedziemy.

Antyporada #9: Jeśli czujesz ulgę po zmianie planu,
to znak, że właśnie zaczynają się schody.

Owszem, znałam ogólny kierunek. Azja Południowo-Wschodnia. Tajlandia, Kambodża, Wietnam. Wiedziałam, że będzie ryż, pad thai, zupa kokosowa i mango sticky rice. Wiedziałam też, że będą świątynie. Dużo świątyń. A konkretnie — Angkor. Angkor znałam na tyle, że potrafiłam go mniej więcej narysować z pamięci.

Poza tym jednak moja wiedza o tych krajach sprowadzała się do uspokajających haseł: „ładnie tam” i „chyba nie ma wojen”.

Antyporada #10: Jeśli twoja wiedza o kraju kończy się na „ładnie tam”,
to nie jest wiedza. To nadzieja.

A co gorsza — do wylotu zostało zaledwie osiem tygodni. Niewiele czasu, by ogarnąć plan, przestać być geograficznym ignorantem, dowiedzieć się, co właściwie się tam je (poza pad thaiem), i wyrobić nowy paszport Młodej, bo jej poprzedni właśnie stracił ważność i absolutnie nie nadawał się już do wjazdu do Tajlandii.

Tak rozpoczęła się operacja pod kryptonimem:
„Jak ogarnąć trzy kraje, trzy osoby i trzy miliony formalności w mniej niż dwa miesiące — i nie zbankrutować”.

Najpierw włączył mi się tryb zadaniowy. Ten sam, który zawsze pojawia się tuż po euforii. Chłodny, metodyczny i zupełnie pozbawiony romantyzmu. Bo zanim człowiek poleci na drugi koniec świata, musi się upewnić, czy przypadkiem nie umrze po pierwszym ukąszeniu komara.

Antyporada #11: Egzotyka zaczyna się od sprawdzania chorób,
nie od kupowania sukienek.

Zaczęłam więc od stron medycznych. Sprawdzałam, czy są obowiązkowe szczepienia, czy czyha na nas denga, malaria, febra albo jakiś egzotyczny grzyb z tropikalnego bambusa. Obowiązkowych szczepień nie było, ale zalecanych tyle, że spokojnie mogłabym zorganizować mobilny punkt szczepień dla pół osiedla.

Kiedy temat zdrowia chwilowo uznałam za zamknięty, przeszłam do rzeczy znacznie poważniejszych. Do informacji. Nie takich z Instagrama, tylko solidnych, sprawdzonych, pachnących papierem. Czyli książek.

Pierwszą zamówiłam książkę o wojnie w Wietnamie. To było moje pierwsze skojarzenie z tym krajem — nie rajskie plaże ani bajeczne zatoki, tylko wojna, helikoptery i dżungla pełna błota.

Antyporada #12: Jeśli pierwszą książką o kraju jest książka o wojnie,
to znaczy, że jeszcze nic nie wiesz — ale jesteś na dobrej drodze.

Potem dorzuciłam kilka przewodników po Tajlandii, jeden zbiorczy o Kambodży i Wietnamie oraz coś lżejszego, żeby nie zwariować od historii i dat. Bo przecież Wietnam to nie tylko wojna. To także kuchnia, kultura, ludzie i pejzaże. I milion rzeczy, o których jeszcze nie miałam pojęcia.

Postanowiłam je poznać.
W osiem tygodni.

Mój ambitny plan edukacyjny miał się zmieścić między obiadem a karmieniem kota. Ponad dwa tysiące stron do przeczytania. Ponad trzydzieści godzin dokumentów do obejrzenia. Mama jako przewodnik. Mama jako Wikipedia offline.

Antyporada #13: Ambitne plany najlepiej tworzy się wtedy,
gdy los jeszcze nie wie, że ma inne pomysły.

Teoretycznie — do ogarnięcia.
W praktyce — nie.

Na miesiąc przed wylotem zachorowałam. Zapalenie płuc. Mogłam zapomnieć nie tylko o czytaniu i oglądaniu, ale momentami także o oddychaniu. Książki zaczęły kurzyć się na półce, a czas, który wcześniej tak się dłużył, nagle przyspieszył w sposób absolutnie bezlitosny.

Wszystko zaczęło wskazywać na jedno: po raz pierwszy pojedziemy na wakacje kompletnie nieprzygotowani. Polecimy na kontynent, którego prawie nie znamy, do krajów, o których wiemy tyle, że „tam się je zupę i ryż”.

Antyporada #14: Jeśli plan przygotowań sypie się miesiąc przed wylotem,
to znaczy, że podróż już się zaczęła.

W dniu wylotu z mojego ambitnego planu zostało tysiąc osiemset stron nieprzeczytanych książek i około piętnastu godzin nieobejrzanych filmów. Pech. Wersja tropikalna.

Nie było już odwrotu. Trzeba było to przeżyć.

Na szczęście mieliśmy jedną przewagę — na miejscu czekał na nas przewodnik. Ktoś, kto weźmie mikrofon i opowie coś więcej niż „to jest świątynia, a obok jest inna świątynia”.

Antyporada #15: Jeśli boisz się, że nie wiesz nic — zabierz kogoś,
kto wie trochę więcej i nie boi się mikrofonu.

Dzięki temu istniała szansa, że nie będę musiała świecić oczami przed własnym dzieckiem w dniu, w którym okaże się, że matka wszystko-wiedząca… nie wie nic.