
Zaczęliśmy od podstaw: co to w ogóle jest ten cały Karnak i dlaczego wszyscy przewodnicy się nim tak podniecają? Otóż to kompleks świątyń poświęconych bogu Amonowi-Re. To dla niego powstała większość tego miejsca. Amon-Re – ubóstwione Słońce, stwórca świata i pan ładu we wszechświecie. Władca bogów, ludzi i świata zmarłych. W czasach Nowego Państwa (XVI–XI wiek p.n.e.) był głównym bogiem państwowym. Uosabiał życiodajne siły natury: powietrze i wiatr. Dzięki niemu plony były obfite, zwierzęta się mnożyły, a kobiety rodziły dzieci. Wraz z małżonką Mut i synem Chonsu – bogiem-księżycem – tworzyli tebańską triadę.
Ale Karnak to nie tylko ich historia. Czczono tu także boga Montu – opiekuna wojny, z toporem i łukiem w rękach. Początkowo przedstawiany jako sokół (więc mylony z Horusem), potem jako człowiek z głową sokoła, z tarczą słoneczną i dwoma piórami na głowie. Z czasem jego miejsce zajął Amon – czyli główny bohater tej świątyni.
Mało kto wie, że w czasach starożytnych Karnak leżał tuż przy samym brzegu Nilu. Świadczą o tym pozostałości portu, znajdujące się dziś przy głównej bramie. Dziś rzeka oddalona jest o ponad kilometr – ale kiedyś była nieodłączną częścią tej świątyni. Jak większość egipskich budowli, Karnak został na wiele wieków zasypany piaskiem. Wystawały tylko górne części kolumn i obelisków. Dzięki temu możemy dziś zobaczyć, jak zmieniał się poziom zasypania – obserwując podpisy pierwszych europejskich turystów z początku XX wieku, wyryte właśnie na tych najwyższych fragmentach. „Tu byłem” nie jest więc pomysłem naszych czasów

Thebański region, kompleks świątynny Amona w Karnaku, XIX wiek. Fotografia z Archiwum Fotograficznego Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna.
wystarczy dobrze się przyjrzeć. Francuskie, brytyjskie, a nawet polskie nazwiska (tak, ktoś podpisał się w 1926 roku!) wciąż są tam widoczne. Na oryginalnych, tysiącletnich kolumnach.
A teraz najlepsze – mój mąż. Z wielkim przekonaniem stwierdził, że on nigdy w Karnaku nie był. „Ja byłem tylko w Luksorze!” – zapewniał z taką pewnością, jakby miał zeznawać przed komisją śledczą. Problem w tym, że rodzinne albumy mówią coś zupełnie innego. Mamy zdjęcia. Dowody. Całe serie fotografii, na których stoi dokładnie w tym samym miejscu, w którym teraz kręci głową, twierdząc, że „to pierwszy raz”. Ale jak wiadomo – jeśli fakty przeczą pamięci, tym gorzej dla faktów.


Region tebański, kompleks świątynny Amona w Karnaku, fotografia z lat 1870–1888. Archiwum Fotograficzne Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna.
Po trzydziestu minutach zwiedzania, pesymistycznie nastawiony do całych wakacji mąż westchnął nagle z uznaniem:
– Kurczę, inaczej sobie ten Egipt zapamiętałem.
I tyle go widzieliśmy. Od tej pory przeskoczył z trybu „jestem tu za karę i zaraz umrę na chorobę faraona” na tryb „Indiana Jones i egipskie świątynie”.
Antyporada #32: Jeśli myślisz, że cztery godziny wystarczą na Karnak – to tak, jakbyś liczył, że obejrzysz całe Netflixa w jeden wieczór. Na początku, kiedy przewodnik ogłosił czas wolny, spacerowaliśmy niespiesznie, podziwialiśmy każdy detal, próbowaliśmy czytać hieroglify (z różnym skutkiem).
Po niemal godzinie takich kontemplacyjnych wędrówek zorientowaliśmy się, że… jesteśmy ledwo w połowie. Po trzydziestu minutach zwiedzania, pesymistycznie nastawiony do całych wakacji mąż westchnął nagle z uznaniem:
– Kurczę, inaczej sobie ten Egipt zapamiętałem.
I tyle go widzieliśmy. Od tej pory przeskoczył z trybu „jestem tu za karę i zaraz umrę na chorobę faraona” na tryb „Indiana Jones i egipskie świątynie”.
Antyporada #32: Jeśli myślisz, że cztery godziny wystarczą na Karnak – to tak, jakbyś liczył, że obejrzysz całe Netflixa w jeden wieczór.
W Karnaku cienia jest naprawdę niewiele. A słońce, mimo dość niskiej temperatury powietrza, potrafi świecić bezlitośnie. To był mój moment – pierwszy wielki test mojej chińskiej parasolki UV z internetowego marketu. I wiecie co? Strzał w dziesiątkę! Wszyscy mi jej zazdrościli. Mąż z córką co chwilę próbowali się do mnie pod nią wcisnąć, żeby choć na chwilę odpocząć od prażącego słońca.


Region tebański, kompleks świątynny Amona w Karnaku, fotografia nr 17 z serii z lat 1870–1888. Archiwum Fotograficzne Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna.
Antyporada #33: Chcesz zwiedzać Egipt komfortowo? Kup parasolkę przeciwsłoneczną. Na początku poczujesz się jak dziwak, ale po chwili – gdy inni będą ociekać potem – będziesz królową cienia z lekkim wiatrem na twarzy.
Po zwiedzaniu Karnaku, tuż przed zaokrętowaniem na statek, czekał nas pierwszy obowiązkowy punkt współpracy partnerskiej między biurem podróży a lokalsami – „muzeum papirusu”. Na początku naiwnie myślałam, że to faktycznie muzeum. Ale mój mąż, weteran egipskich wycieczek, od razu ostudził mój entuzjazm:
– To tylko sklep z pokazem – rzucił z przekonaniem.
I wiecie co? Ani trochę się nie pomylił. Trzeba im jednak oddać – papirusy mieli naprawdę ładne. I co ważne, autentyczne, bo później porównywaliśmy je z tymi „okazyjnie tanimi” w innych miejscach. Oczywiście, kupiliśmy jeden. I dziś – z dumą – wisi nad moim biurkiem, kiedy piszę tę książkę. A co na nim? No jak to co – cały Egipt! W wersji ilustracyjnej, oczywiście. Zakup zakończony, pamiątka zabezpieczona – mogliśmy wreszcie ruszyć w stronę statku. Zaraz po tym, jak autobus ruszył, usłyszeliśmy od przewodnika, że mamy szczęście – nasz statek jest pierwszy z brzegu. Czyli: szybki obiad. Wtedy jeszcze nie do końca rozumieliśmy, co właściwie oznacza to „pierwszy z brzegu”. Jak to – można nie być przy brzegu? A jak się wtedy schodzi na ląd? Cóż, mieliśmy się tego dowiedzieć… bardzo szybko.
Statki na Nilu to tak naprawdę przerobione barki – dostosowane do potrzeb wycieczkowiczów. Nasza kajuta była na drugim piętrze, tuż nad wodą, z dużymi oknami, które można było otworzyć na oścież – jak balkon. Pokój niewielki – około 20 m². Dwa łóżka i dostawka. Łazienka? Malutka. Bardzo. Kabina prysznicowa połączona z wanną i jacuzzi – oczywiście dekoracyjnym, bo kto by to włączał. Ale dało się przeżyć.
Do obiadu mieliśmy 20 minut – idealnie, żeby pozwiedzać statek. Cztery piętra i taras z basenem na dachu. Choć „basen” to raczej brodzik – i to lodowaty, jakby prosto z lodowca. Ale taras był częściowo zadaszony – czyli dla mnie: bajka. Był tam też bar. I tu zgadnijcie, kogo znalazłam już z drinkami w ręku? Tak, mój mąż. Zdążył tam dotrzeć szybciej, niż ja z młodą. Nie wiem, kiedy się przeteleportował – ale ewidentnie miał talent do lokalizacji napojów wyskokowych. I tu zaliczył małą konsternację: kelner przyniósł rachunek do podpisu. Wiedzieliśmy od przewodnika, że to normalna procedura – rachunki są wystawiane, ale w przypadku naszej wycieczki płaci biuro, więc goście mają „za darmo”. Problem w tym, że mąż zamówił dwie butelki piwa i colę, a na rachunku widniało… dziesięć piw i cola. Jak się później okazało – to klasyka gatunku. Standardowa zagrywka barmanów na statku: biuro podróży zapłaci, a „nadmiarowe” alkohole można później elegancko przehandlować pod stołem. Ot, taka forma socjalnego dodatku do pensji.
Antyporada #34: Jeśli zamawiasz cztery piwa, dwie wódki i trzy cole, a na rachunku masz dwadzieścia piw, piętnaście wódek i dziesięć coli – nie kłóć się. Po prostu się uśmiechnij i podpisz. To nie twój problem. To ich premia sytuacyjna.
Na przedostatnim piętrze statku mieścił się większy pokładowy bar, kilka sklepików i punkt masażu – na wypadek, gdyby ktoś uszkodził się podczas zwiedzania. Spoiler: uszkodzonych było całkiem sporo. Wnętrza – styl kolonialny, jak z filmu. To chyba dominujący trend wśród większości tych statków. Skąd wiemy? Bo przeszliśmy przez prawie wszystkie, które cumowały w tamtym czasie. Taka konieczność – kiedy Twój statek nie stoi przy brzegu, musisz przejść przez inne, żeby dostać się na ląd. One cumują jak wagony pociągu, jeden przy drugim. Im późniejsza pora wypłynięcia – tym dalej od brzegu. My wypływaliśmy dopiero wieczorem następnego dnia, więc byliśmy najbliżej. Luksus!
Patrząc na nasz statek i te sąsiednie, dotarło do mnie jedno: ceny prywatnych rejsów po Nilu to jakiś żart. Wszystkie są niemal identyczne – różnią się może wzorem tapicerki i rodzajem marmuru w lobby. A my – w zwykłej wycieczce z biura podróży – mieliśmy rejs all inclusive. Do 22:00: pełne wyżywienie, napoje, kawa, herbata, lokalne słodycze. A potem sprawdziłam ceny takich rejsów w ofercie dla turystów indywidualnych. I… szczęka mi opadła. Tyle za ten sam brodzik, te same kajuty i identyczny układ pokładów?
To nie luksus. To turystyczna fikcja.
Antyporada #35:Marzysz o prywatnym rejsie po Nilu bez biura podróży? Spoko. Weź kredyt i zapytaj sąsiadów, czy nie chcą się dołożyć. Bo i tak popłyniesz tym samym statkiem, co reszta – tylko zapłacisz pięć razy więcej
Po południu szykowaliśmy się na zwiedzanie Świątyni Luksorskiej. Nasz statek właściwie cumował tuż obok – w linii prostej może ze sto metrów. Można ją było podziwiać z tarasu albo nawet z naszej kajuty. Zwiedzanie miało się odbyć w ramach tak zwanej „magii świateł” – czyli po zmroku, w towarzystwie bardzo wielu równie magicznych turystów. Świątynia była rzeczywiście cudownie oświetlona, ale… czy warto ją zwiedzać właśnie wieczorem? Moim zdaniem – zdecydowanie nie. Tłum był ogromny, a przepychanie się między ludźmi odbierało całe to „magiczne” wrażenie. Ale to oczywiście tylko moja opinia.

Mój mąż – w trybie „archeolog z 1910 roku” – był absolutnie zachwycony. Cytuję: „Wygląda, jakby była oświetlona milionem świec albo pochodni!” Tłum? Tłum mu zupełnie nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie – jeszcze po powrocie na statek przypominał mi z dumą, że on tu był w lipcu, a wtedy to dopiero są tłumy. Teraz to, cytuję: „Luźno jest!”
Luźno to było jak ja odkopali.

Region tebański — świątynia w Luksorze, fotografia nr 2 z serii XIX-wiecznych zdjęć. Archiwum Fotograficzne Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna.
A sama świątynia? Monumentalna. Cudowna. I pełna historii. Dla tych, którzy jeszcze nie googlowali: Świątynia Luksorska znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Karnaku. W starożytności obie budowle były połączone Aleją Sfinksów – dziś częściowo już odkopaną i odnawianą. Budowę rozpoczął Amenhotep III, a zakończył Ramzes II – ten sam, którego wszyscy kojarzą z podręczników.
W starożytnym Egipcie panowała zasada: każdy faraon musiał zbudować coś dla bogów. A im większe ego (albo faktyczna potęga), tym bardziej monumentalna świątynia. Czasem faraon nie budował od zera – tylko przerabiał gotowe obiekty, z nowym imieniem i nowymi zdobieniami. Ramzes II był podobno mistrzem tej taktyki.


Region tebański — świątynia w Luksorze, fotografia nr 10 z serii XIX-wiecznych zdjęć. Archiwum Fotograficzne Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna.
W świątyni czczono przede wszystkim Amona-Re – boga Słońca i stwórcę świata. Raz w roku odbywała się uroczysta procesja złotych łodzi: z Amonem, jego żoną Mut i synem Chonsu. Każda z tych boskich osobistości miała własną łódź. Jedną z nich można dziś zobaczyć w rekonstrukcji przy początku Alei Sfinksów.

Zwiedzanie nocą ma swój klimat – to fakt. Ale warto wiedzieć, że za wieczorne wejście trzeba zapłacić więcej niż za dzienne. A całą tę „magię świateł”, o której tak entuzjastycznie piszą foldery, można… zobaczyć za darmo. Serio. Świątynia jest otoczona dość niskim murem i wszystko widać z ulicy. My mieliśmy ten przywilej, że widok rozciągał się też z tarasu naszego statku. I wyglądało to naprawdę bajkowo.
Antyporada #36: Magia świateł w Luksorze? Lepiej zobaczyć ją zza ogrodzenia – za darmo, bez tłumu i z zimnym napojem w ręce. Magia zostaje, portfel nie cierpi. No chyba że – jak mój mąż – przełączysz się w tryb archeologa z XIX wieku. Wtedy kup bilet i wejdź. I najlepiej jeszcze zabierz pochodnię. Dla klimatu.
Po zwiedzeniu Świątyni, która nie należała do największych (dwie godziny na jej obejrzenie to zdecydowanie zbyt wiele), zaplanowano kolejną atrakcję w ramach wycieczki: przejażdżka dorożkami po mieście. Brzmi uroczo, prawda? Tyle że Luksor to miasto turbo zatłoczone, pełne autobusów, spalin i hałasu. Sama przyjemność.
Ale to nie korki czy chaos były najgorsze. Najgorszy był widok koni. Młoda, zakochana w koniach od dziecka i jeżdżąca konno od siódmego roku życia, od razu zauważyła, że te zwierzęta są w fatalnym stanie. Chore, poranione, wycieńczone. Dla nas sprawa była jasna: nie bierzemy w tym udziału.
Zaatakowaliśmy przewodnika niemal z marszu:
– Nie. Nie ma szans. Chcemy wracać do autobusu.
Jego mina? Kompletne zdziwienie.
– Ale jak to, przecież nikt nigdy nie miał problemu ze stanem zdrowia koni. Wszyscy byli zadowoleni.
No i właśnie to było najgorsze. Ta obojętność. Ludzie robili sobie selfie, nie patrząc nawet, że konik ledwo stoi. Wsiadali po trzy, cztery osoby do jednej dorożki.
Mąż musiał ostro się pokłócić z przewodnikiem. Ten nie umiał zrozumieć, że może nam się to nie podobać. Dopiero głośne, jednoznaczne postawienie sprawy i informacja, że jeśli trzeba, to napiszemy oświadczenie o przejęciu odpowiedzialności i sami weźmiemy taksówkę na statek, spowodowały, że odpuścił. Finalnie zabraliśmy się z nim autobusem, ale humor mu nie dopisywał. Całe szczęście, to nie był nasz główny przewodnik, tylko lokalny, przydzielony do atrakcji dodatkowych.
Po burzliwej dyskusji okazało się, że nawet jeśli nie pojedziemy, przewodnik i tak musi zapłacić dorożkarzom. Takie umowy. Witamy w Egipcie – kraju transakcji łączonych.
Przejazd miał trwać 40 minut. My w tym czasie siedzieliśmy pod drzewem i patrzyliśmy na ruch uliczny. Kolejnym punktem była herbata i shisha u „lokalnego”, bez opcji powrotu na statek – choć był dosłownie za rogiem. To był moment, kiedy pomyślałam: może jednak lepiej było sprzedać nerkę i pojechać bez biura podróży.
Antyporada #37: Jeśli chcesz przeżyć coś „lokalnego” – weź udział w przejażdżce dorożką z koniem w stanie agonalnym, wdychaj spaliny i egzotyczną woń rozkładu moralnego. A jeśli nie chcesz – bądź gotów zapłacić za to samo, tylko bez konia. I bez fotki na Insta – a przecież to nie wakacje!
Na szczęście to był już koniec tej zupełnie niepotrzebnej wycieczki i mogliśmy wrócić na statek, by wreszcie odpocząć i przygotować się na kolejny dzień – tym razem (teoretycznie) spokojniejszy. Rano, a dokładnie o 6:30, czekało nas szybkie śniadanie i wyjazd na drugi brzeg Nilu, do starożytnej Krainy Umarłych. Brzmiało to jak z filmu przygodowego… i niestety – jak to u nas – też trochę tak się skończyło.
Antyporada #38:Jeśli masz w planie Krainę Umarłych o 6:30 rano – nie idź spać. I tak się nie wyśpisz, a przynajmniej zaoszczędzisz czas na drzemkę w autokarze.