Ponieważ nasz ukochany maszt ciągle był na swoim miejscu, a kanały nie lubią wystających rzeczy, zapadła szybka decyzja:
„Zaraz po wypłynięciu składamy.”
Mąż zabrał się do dzieła.
Znowu.
I oczywiście, zajęło mu to prawie pół godziny – jak zawsze. Ale zdążył. Dosłownie na ostatnich metrach przed kanałem.
Wpływanie w kanał z silnym bocznym wiatrem nie było ani miłe, ani łatwe, ani specjalnie eleganckie.
Ale udało się.
Po raz kolejny.
Bez strat. Prawie.
A potem już – klasycznie – szło z górki.
Przepływaliśmy kolejno przez wszystkie kanały, dokładnie jak kilka dni wcześniej, tylko w drugą stronę. Taki żeglarski powrót do przeszłości – z tą różnicą, że teraz już wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Czyli jeszcze bardziej się stresowaliśmy.
I wtedy, tuż przed wejściem na Jezioro Jagodne, mój mąż – z miną stratega i tonem nieznoszącym sprzeciwu – podjął decyzję:
– Jak tylko dopłyniemy na Jagodne – stawiamy maszt. I płyniemy na żaglach. Nie tak jak ostatnio.
Nie miałam żadnej innej opcji niż się zgodzić.
Nie wiało już bocznie.
Nie padało.
Nie było owadów.
Nie miałam siły dyskutować.
Antyporada #64: Jeśli twój mąż ogłasza decyzję żeglarską tonem admirała – nie dyskutuj. Po prostu zapnij kapok i przygotuj się na składanie masztu w deszczu, wichurze albo psychicznej burzy. Któraś z nich zawsze nadciąga.
Dopłynęliśmy do Jeziora Jagodne, a mąż – zgodnie z wcześniejszym ogłoszeniem strategicznym – zabrał się za stawianie masztu.
Na moje delikatne sugestie, że pogoda wygląda coraz gorzej – niebo ciemnieje, wiatr przybiera, a mewy robią podejrzane manewry – nawet nie chciał słuchać.
Odburkiwał tylko spod pokładu:
– Światełka masztowe nie każą uciekać, to płyniemy na żaglach.
No cóż. Skoro światełka masztowe miały więcej do powiedzenia niż ja, nie miałam wyboru.
I tak zrobił.
Przez 20 minut walczył z masztem, kręcił, dociskał, przeklinał pod nosem, poprawiał linę i znowu coś kręcił. Aż w końcu – z triumfem w oczach i miną typu „widzisz, mówiłem” – postawił go.
Silnik – stop.
Żagle – pełne.
Kierunek Giżycko – Mikołajki za plecami.
Płyniemy.
Co ciekawe, jak kilka dni wcześniej byliśmy jedynymi na silniku, tak teraz byliśmy jednymi z nielicznych na żaglach. Reszta łodzi, widząc co się dzieje na niebie, raczej obrała kurs: „do portu, szybko, po suchym”.
My?
Dumnie, pod żaglami.
Przeciwnie do zdrowego rozsądku i 70% ruchu wodnego.
Antyporada #65: Jeśli wszyscy wokół zrzucają żagle i uciekają do portu – to nie czas, by je stawiać. Chyba że chcesz, by twoje wakacje zakończyły się epickim filmem pt. „Mąż kontra burza”. W roli głównej: przekora.
W połowie Jeziora Jagodne nawet mój mąż – zazwyczaj pełen optymizmu jak prom kosmiczny przed startem – przyznał, że chyba coś jest nie tak.
Bo na jeziorze zostaliśmy tylko my.
Zero żagli, zero ludzi, zero sensu.
A przed nami – nasz stary znajomy, nasz osobisty Nemezis:
most/kanał Kula.
Tak, ten sam, który już wcześniej kazałam Wam zapamiętać.
Ten, który nas nienawidzi.
I który ewidentnie wie, kiedy wracamy.
Byliśmy już blisko mostu, gdy mój mąż postanowił, że pora złożyć żagle. Idealnie zgrane w czasie z nagłym porwaniem wiatru i burzą majaczącą na horyzoncie. Timing jak z komedii, tylko my w rolach ofiar losu.
Żagiel – oczywiście – stawiał opór jakby bronił godności całego jachtu.
A silnik?
Nie chciał się odpalić.
Zadziałał dopiero po 15 minutach prób, stukania, przekleństw i rytualnego podnoszenia brwi.
Mąż potrzebował kolejnych 20 minut, żeby zdjąć żagle.
I wtedy – wisienka:
czas na maszt.
Ja, zgodnie z tradycją, kręciłam kółka przed mostem.
Jedno, drugie, piąte, dziesiąte…
W końcu dwunaste, a tu jeszcze zaczęło lać.
Przy szesnastym kołeczku maszt w końcu się poddał. Może z litości. Może z wyczerpania. Ale pozwolił się złożyć.
Płyniemy pod most.
Leje jak z cebra.
Do portu zostało tylko 20 minut.
Umęczeni.
Przemoczeni.
Zmarznięci.
Ale… przepłynęliśmy.
W duchu świętowaliśmy.
Złożyliśmy ten durny maszt po raz ostatni, bo przecież przed cumowaniem musi być postawiony.
I znowu – ja kręcę kółka. Tym razem za mostem.
Pierwsze, drugie, piąte…
Przy siódmym udało się – możemy wpływać.
I co się dzieje?
Pogoda zmienia się o 180 stopni.
Słoneczko. Lekki wiaterek. Ciepełko.
Ludzie mijają nas w przeciwnym kierunku – uśmiechnięci, suchutcy, w krótkich rękawkach. Patrzą na nas jak na UFO po sztormie.
My – w sztormiakach, przemoczeni, wymęczeni, wyglądający jakbyśmy właśnie opłynęli Atlantyk w środku huraganu.
Jak mówiłam – ten most nas nienawidzi.
Jeszcze bardziej niż maszt.
Do portu dopłynęliśmy już bez problemu.
Zacumowaliśmy jak zawodowcy.
Bez zbędnych słów.
Bez pomyłki.
Bez emocji.
Bo po dwóch godzinach walki z Kanałem Kula byliśmy już niezniszczalni.
Jak skała.
Jak para, która widziała wszystko i jeszcze się do siebie odzywa.
Antyporada #66: Jeśli uważasz, że nie można wpaść dwa razy w tę samą burzę, pod tym samym mostem, z tym samym masztem – Mazury ci to udowodnią. Na mokro.
To miał być nasz ostatni port.
Ostatni przed powrotem do domu.
Ostatni, który miał nie zaskoczyć, nie rzucać wyzwań, nie wymagać heroizmu.
Obowiązkowy punkt programu:
rybka dla młodej – bo przecież jesteśmy na Mazurach, a to już rytuał.
Obowiązkowy punkt dla nas?
Obiad. I piwo.
Tylko że całkowicie mokrzy, bez grama siły, zamarznięci do kości, nie mieliśmy już nawet energii, żeby się przebrać. Weszliśmy do knajpy w stylu: „proszę nas tylko nie dotykać, bo się rozpadniemy”.
Udało nam się zamówić.
Obiad.
I piwo.
Oboje zasłużyliśmy.
Nie za przeżycie.
Za przetrwanie z godnością przemoczonych żeglarzy-amatorów.
Miny ludzi wokół?
Bezcenne.
Patrzyli na nas, jakbyśmy właśnie dopłynęli z Islandii, śpiąc po drodze na kotwicy i odganiając się od fok.
Wokół – uśmiechnięte rodziny, ludzie w krótkich rękawkach, sandałach, z lodami i wakacyjnym luzem.
A my – turbo mokrzy, zmęczeni, ale triumfalni.
Bo, owszem, przeżyliśmy traumę. Ale i zjedliśmy najlepszą rybę sezonu. I wypiliśmy najbardziej zasłużone piwo roku.
Antyporada #67: Jeśli jesteś jedynym przemoczonym człowiekiem w promieniu kilometra, nie szukaj wzroku zrozumienia. Zamów piwo. I frytki. Godność wróci w trzech łykach.
W porcie, jak na znak losu, spotkaliśmy naszych znajomych z Rynu – tych od motorówki, wózka z Biedronki i wspólnego biwakowania w lesie.
Zorganizowaliśmy jeszcze jedno, ostatnie ognisko. Tym razem bez walki z deszczem, bez krzyków „łup!” i bez spadających mężczyzn. Po prostu: spokojnie usiedliśmy i zaczęliśmy sobie opowiadać, co wydarzyło się od naszego ostatniego spotkania.
Było co opowiadać.
I było z czego się śmiać.
Wtedy też mój mąż przypomniał sobie, że przecież boli go noga.
A właściwie – przypomnieli mu o tym znajomi:
– Ej, a ty przecież miałeś wypadek pod łodzią, nie?
No i wtedy zaczęło się naprawdę boleć.
Tak bardzo, że przez chwilę nawet zaczął rozważać wyjazd na pogotowie.
Ale gdy tylko usłyszał, że najbliższy punkt medyczny jest w Giżycku, a droga daleka, kręta i dużo bardziej uciążliwa niż łodzią, ból…
cudownie przeszedł.
Natychmiast.
Utykanie – wyłączone.
Marsowa mina – zniknęła.
Nagła ulga – podejrzanie skuteczna.
Antyporada #68: Jeśli mąż nagle przypomina sobie o bólu nogi, poczekaj aż usłyszy, jak daleko jest pogotowie. Jeśli to naprawdę boli – pójdzie. Jeśli nie – ból zniknie szybciej niż apetyt po rybie z frytkami.