Ten wyjazd, choć całkowicie niespodziewany, miał być — przynajmniej w teorii — wyjazdem nieco mniej przypominającym survival.

A wszystko zaczęło się od lotu.

Dwanaście godzin.
Jednym ciągiem.
Nocą.

To był ten moment, w którym zaczęliśmy się zastanawiać, ile właściwie kosztuje klasa biznes. Nigdy wcześniej nie lecieliśmy w niej tak po prostu, „bo można”, a już na pewno nie na tak długiej trasie. Ciekawość przyszła naturalnie. Zwłaszcza że przy okazji planowania wyjazdu do Egiptu klasa biznes okazała się zaskakująco… rozsądna cenowo. Serio.

Meksyk był inną historią. Tam opcja „biznes” oznaczała niemal sprzedaż nerki — i to tylko za bilet w jedną stronę. Dla jednej osoby. Temat zamknął się więc szybciej, niż zdążyliśmy się nim na poważnie zainteresować.

Tym większe było zaskoczenie, gdy spojrzeliśmy na Bangkok.

Dopłata do klasy biznes wynosiła dziewięćset złotych od osoby.

Nie tysiące.
Nie kwoty wymagające kalkulatora i chwili ciszy.
Po prostu dziewięćset złotych.

Za nocny lot w rozkładanym fotelu. Za poduszkę i kocyk. Za obsługę, która nie rzuca tacą, tylko stawia filiżankę. Za ciszę w kabinie i śniadanie z porcelany. I — w teorii — za przybycie na miejsce o dziewiątej rano w stanie innym niż „organizm po przejściach”.

Zyskaliśmy nie tylko komfort. Zyskaliśmy coś znacznie cenniejszego: dodatkowy dzień wakacji. A w naszym systemie podróżowania to waluta o najwyższym kursie.

Nie zastanawialiśmy się długo. Rezerwacja poszła od ręki.

Antyporada #16: Jeśli nie wiesz, dokąd dokładnie lecisz i co z tego wyniknie,
zacznij podróż w możliwie najbardziej komfortowych warunkach.

Pomyśleliśmy tylko, że skoro i tak wchodzimy w chaos — to lepiej zrobić to w rozkładanym fotelu, pod kocykiem, z kawą w porcelanie.

Na lotnisko oczywiście nie dotarliśmy spokojnie.

Pojechaliśmy autobusem — bo ekologiczniej, bo taniej, a poza tym właśnie zapłaciliśmy dodatkowo za klasę biznes, więc logicznym ruchem było rozpoczęcie oszczędzania natychmiast. Najlepiej już po wejściu do autobusu.

Mniej więcej przystanek od domu mąż znieruchomiał.

Nie ma słuchawek.

I oczywiście — zgodnie z niepisanym prawem wszechświata — była to moja wina. Bo jak zawsze to ja zapomniałam jego słuchawek. Ja swoje miałam. Młoda swoje też. Tylko on nie miał.

A przed nami siedemnaście dni podróży. Inny kontynent. Trzy kraje. Kilkanaście lotów, przejazdów, hoteli. I on — bez słuchawek.

Zapadła cisza. Taka ciężka.

Próba ratowania sytuacji, polegająca na tym, że wysiądę „gdzieś” i jakoś dostanę się na lotnisko innym sposobem, została odrzucona natychmiast. Mąż, wyraźnie obrażony, siedział nieruchomo i patrzył przed siebie. Autobus jechał dalej.

Dojechaliśmy na dworzec główny, gdzie mieliśmy się przesiąść na autobus na lotnisko. I tam los — po raz pierwszy tego dnia — postanowił nam sprzyjać. Przy przystanku była galeria handlowa.

Po wysiadaniu dostałam jasny komunikat:
mam dziesięć minut.

Plan był prosty: kupić kabel do telefonu, żeby mąż mógł podpiąć moje słuchawki. Co oznaczało, że ja nie będę miała słuchawek przez cały wyjazd. Ale to wciąż była wersja lepsza niż mąż marudzący jak trzylatek przez siedemnaście dni.

Kupiłam przejściówkę. I wtedy coś mnie tknęło.

Zajrzałam jeszcze do TK Maxxa — z nikłą nadzieją, że może, przypadkiem, będą tam słuchawki. Był to właściwie jedyny sklep, na jaki mogłam liczyć, bo sklep z elektroniką właśnie wyniósł się z galerii.

Do odjazdu autobusu na lotnisko zostało osiem minut.

Wpadłam do sklepu, zrobiłam zdjęcie słuchawek, które były na półce, wysłałam je mężowi — choć doskonale wiedziałam, że nie ma czasu na odpowiedź — i zgarnęłam najtańsze. Pobiegłam do kasy. Pięć minut.

To te zdjęcie wysłane mężowi. kupiłam białe.

Jeszcze całe piętro galerii do przebiegnięcia.

Na przystanek dobiegłam w ostatniej chwili. Zdążyłam usiąść, otworzyć pudełko, sprawdzić, czy słuchawki działają, wyrzucić śmieci — i dopiero wtedy złapać oddech.

Autobus ruszył w stronę lotniska.

A ja, siedząc już spokojnie na swoim miejscu, pomyślałam, że skoro to wydarzyło się jeszcze przed wylotem, to reszta podróży zapowiada się… konsekwentnie.

Przy odprawie biletowej, kiedy po wszystkich wcześniejszych perypetiach myślami byliśmy już dobre dziesięć, jedenaście godzin do przodu — w rozkładanym fotelu, pod kocykiem, z winem i poczuciem, że świat jednak bywa sprawiedliwy — czar nagle prysł. Okazało się, że fotel mojego męża w wyczekiwanej klasie biznes nie działa.

Nie „czasem się zacina”.
Nie „może dziś akurat nie zadziała”.
Tylko po prostu — nie działa.

I nie był to byle jaki fotel.
To był fotel przy oknie. Ten, który sam sobie wybrał podczas rezerwacji. Pierwszy raz w życiu. Z pełnym skupieniem i poczuciem, że oto uczestniczy w czymś ważnym.

Do tej pory wybór miejsc w samolocie nigdy nie należał do niego. Tym razem jednak klasa biznes i długa trasa sprawiły, że postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wybrał dokładnie to miejsce, które w jego wyobrażeniu miało uczynić ten lot początkiem wyjazdu idealnego.

I właśnie to miejsce było zepsute.

Pani z obsługi przekazała tę informację spokojnie, uprzejmie, z wyraźnym zakłopotaniem. Jakby sama nie do końca chciała wierzyć, że spośród wszystkich foteli w kabinie problem trafił akurat na ten jeden.

Na jego.

W końcu dotarło do nas, że to nie jest drobna niedogodność ani techniczny szczegół. To był klasyczny przykład sytuacji, w której los wybiera najbardziej symboliczny punkt, żeby dać o sobie znać.

I tak się złożyło, że to mąż trafił na ten felerny tron.

Nasz reprezentant.
Nasz marzyciel balonowy.
Człowiek, który dla tego lotu porzucił Meksyk.

Patrzyłam na niego z mieszaniną współczucia i bardzo konkretnej paniki. Bo wiedziałam jedno:
ten lot — i ten wybór miejsca — zostaną mi zapamiętane na długo.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek.

Antyporada #17: Jeśli pierwszy raz w życiu sam wybierasz miejsce w samolocie,
los potraktuje to jak zaproszenie do interwencji.

Po wejściu na pokład zajęliśmy swoje miejsca.
Mąż z miną zbitego psa.
Młoda fotel przede mną, przy oknie.
Ja gdzieś pomiędzy współczuciem a ciekawością.

Rozejrzeliśmy się po kabinie, próbując zrozumieć, na czym właściwie polega ta owiana tajemnicą i zazwyczaj bardzo wysoka cenowo klasa biznes. I trzeba przyznać — było całkiem miło. Spokojnie, cicho, bez nerwowego przepychania się i bez walki o miejsce na bagaż podręczny.

Widok na cała klasę biznes.

Jedyne, czego absolutnie nie przewidzieliśmy, to ilość jedzenia.

Gdybyśmy wiedzieli, jak duże będą porcje i że posiłki będą aż trzy, z pewnością darowalibyśmy sobie obiad przed wylotem. Tymczasem w ciągu pierwszych trzech godzin lotu musieliśmy zmieścić w sobie obiad i deser — i to z pełnym przekonaniem, że „skoro już podają, to trzeba zjeść”.

Obiad w samolocie podczas lotu do Bangkoku
Deser podany godzinę po obiedzie

Przez cały lot mąż podejmował heroiczną próbę naprawy fotela. Wciskał wszystkie dostępne przyciski. Nawet te zaklejone, z tą szczególną nadzieją, że pod jego palcami wydarzy się cud i mechanizm nagle ożyje. Nic z tego.

Nadzieja silniejsza niż rozum.

Po pierwszej w nocy steward zlitował się nad nim i spróbował ręcznie, choć trochę, rozłożyć ten metalowy, nieprzyjazny fotel. Bez większego sukcesu. Udało się jedynie nieznacznie go rozsunąć. W ten sposób mąż musiał dotrwać do Bangkoku.

Na jego szczęście lot okazał się krótszy, niż zakładaliśmy. Dzięki sprzyjającym wiatrom i dobrej pogodzie na miejscu byliśmy po niespełna ośmiu godzinach — dwie godziny „do przodu”, jakby los próbował choć trochę zrekompensować noc spędzoną w półpozycji.

Młoda natomiast wyspała się znakomicie. Całą noc leżała wygodnie, rozłożona jak w łóżku, bezsensownie okupując miejsce przy oknie, w stronę którego nawet raz nie spojrzała.

W pełni rozłożony fotel klasy biznes. Córka w zestawie.

Jeszcze przed wyjściem z samolotu poinformowano nas, że powinniśmy jak najszybciej złożyć reklamację dotyczącą lotu. Przyjęliśmy tę informację ze spokojem, odkładając ją na później. W tamtej chwili naprawdę nie miało to większego znaczenia.

W końcu byliśmy na wakacjach. i własnie podano śniadanie.

Śniadanie

Antyporada #18: Jeśli już na pokładzie słyszysz słowo „reklamacja”,
to znak, że podróż zaczęła się wcześniej, niż planowałaś.