Po tej całej traumatycznej nocy wśród neonów, kasyn, klubów gogo i lodów za dwie dychy, obudziło nas delikatne pukanie… Ale nie do drzwi. Do szyby. To był deszcz. Deszcz z gatunku tych, które nie zostawiają nadziei. Krople uderzały w balkon, jakby ktoś próbował nas przekonać, że powrót do domu jest nadal opcją.
Wyszłam na balkon, jeszcze zaspana, w dresie i z rozmazanym snem na twarzy. Cała Bułgaria tonęła. Leżaki — mokre. Basen — jak po huraganie. Promenada — pusta. I tylko kot siedzący pod zadaszeniem z takim samym wyrazem twarzy co ja: „to miały być wakacje?”.
Oczywiście Młoda obudziła się zaraz po mnie i z miejsca zapytała:
— A to nie miało być słońce?
Nie miałam serca odpowiedzieć.
Antyporada #6: Jeśli budzi cię deszcz w kraju, który miał być słoneczny, nie panikuj. Najpierw sprawdź, czy bar ma dach.
Na szczęście Młoda szybko znalazła sobie koleżankę. Nie wiem, jak to się dzieje, ale dzieci w takich sytuacjach działają jak automatyczne radary – wystarczy im pięć minut, wspólny wiek i podobna frustracja, i już masz nową międzynarodową przyjaźń przypieczętowaną grą w Uno i wspólnym narzekaniem na brak Wi-Fi.
To oznaczało jedno: mieliśmy wolne.
Bez wyrzutów sumienia, bez konieczności wymyślania atrakcji, bez robienia zamków z piasku w deszczu – mogliśmy wreszcie usiąść. Gdzie? Wiadomo. W barze. Bo skoro już mamy te opaski na rękach, to niech one pracują. Bar był przykryty dachem (co okazało się jego największym luksusem) i oferował wszystko, co dusza zmęczonego turysty zapragnie: wodę, drinki, kawę, drinki, sok z koncentratu i – tak, zgadliście – kolejne drinki.
Usiedliśmy więc z drinkami w dłoniach – ja z czymś niebieskim, on z czymś czerwonym – i wpatrywaliśmy się w ulewę, która zalewała cały resort. Było w tym coś hipnotyzującego. Woda spływająca po palmach, podtopione leżaki, kelnerzy w kaloszach — i my. Jakbyśmy patrzyli na film o własnych wakacjach z pozycji zewnętrznego obserwatora. Trochę w stylu: „To się nie dzieje naprawdę… ale jeśli już, to przynajmniej z drinkiem w ręku.”
Nie padało tak zwyczajnie. To była taka burza, która ma ambicje. Burza, która nie przyszła tylko popsuć dzień – ona przyszła, żeby nas złamać. Ale nie dało się. Mieliśmy alkohol i spokój. I przynajmniej przez chwilę – nie musieliśmy nic robić. A to przecież był plan na te wakacje. Tylko trochę inaczej to sobie wyobrażaliśmy.
Antyporada #7: All inclusive nie ratuje pogody, ale bardzo pomaga ją zaakceptować.
Następnego dnia, jak tylko zobaczyliśmy słońce, zapadła decyzja natychmiastowa, jednomyślna i absolutna: śniadanie i bieg na plażę. Zanim chmury wrócą, zanim wiatr się rozkręci, zanim znowu wylądujemy z drinkiem pod dachem – może zdążymy wejść do morza. No bo jak to tak: przyjechać nad morze i nawet stopy nie zamoczyć? To by się nam w rodzinie nie wybaczyło.
Pogoda nie była może plażowa w folderowym rozumieniu tego słowa – 20 stopni, zachmurzone niebo, lekki przebłysk słońca – ale nie przesadzajmy, to wciąż lepiej niż deszcz. A dodatkowym bonusem było to, że na plaży nie było praktycznie nikogo. Tylko tacy jak my — rodziny z dziećmi, którym ani wiatr, ani wilgoć, ani wizja zapalenia ucha środkowego nie przeszkadzają w zabawie.

Po drodze zakupiliśmy wiaderko z kompletem plażowych akcesoriów, bo — jak się okazało — nasza dwunastoletnia córka postanowiła na wakacjach cofnąć się rozwojowo do wieku przedszkolnego i z zapałem godnym trzylatki rzuciła się w wir budowy zamków, fos, zakopywania nóg i poszukiwania muszelek. Było cudownie.
Zajęliśmy pozycję przy samiusieńkiej wodzie. Dookoła tylko podobne rodziny: ręczniki, dzieci, wiaderka i lekkie niedowierzanie w oczach dorosłych — „czy to naprawdę nasze wakacje?” Ale co tam. Zabawa była przednia. Zakopaliśmy męża, potem córkę, budowaliśmy zamki z obronnym wałem z mokrego piachu i zrobiliśmy zdjęcie, które wyglądało jakbyśmy się świetnie bawili. Bo przez chwilę — naprawdę się bawiliśmy.

A potem przyszedł ten moment: kąpiel. Dla Młodej – pestka. Ona się potrafi kąpać w Bałtyku w warunkach typu: 16 stopni, wiatr boczny 45 km/h, deszcz poziomy. Ale dla nas… dla nas to był akt heroizmu.
Woda była – przyznam szczerze – całkiem ciepła. Ale wszystko inne nie było. Zmuszenie ciała do wejścia do morza przy 20 stopniach i wietrze, który chciał nas pozbawić resztek godności, graniczyło z masochizmem. A jednak się udało. Zanurzyliśmy się. Popływaliśmy. I w tym momencie muszę to powiedzieć:
Mama miała rację.
Naprawdę. Jak nad Bałtykiem. Tylko cieplejsze.
Antyporada #8: Jeśli ktoś mówi „jak nad Bałtykiem, tylko cieplej”, to nadal jest jak nad Bałtykiem.
Nie wiem, czy było nam tak przyjemnie, czy po prostu z mężem oboje baliśmy się wychylić choćby milimetr mokrego ciała z wody, bo ten wiatr potrafił przeciąć duszę na pół. W wodzie — luksus. Poza wodą — szok termiczny gwarantowany.
Ale było warto. W końcu to miały być wakacje.
Bawiąc się w wodzie – bo skoro już się rozebraliśmy, to trzeba było wycisnąć z tej kąpieli jak najwięcej – mieliśmy okazję poobserwować inne rodziny. Wszystkie w podobnym stanie psychicznym: lekko zaskoczone otoczeniem, bardzo zaskoczone cenami i pogodą, która miała być „jak w Bułgarii”, a była bardziej jak w Kołobrzegu na początku czerwca.

W zasięgu wzroku znajdował się punkt wynajmu sprzętu wodnego i atrakcji motorowodnych. Takie klasyczne „wakacyjne szaleństwo” – banany, koła, skutery, spadochrony i inne próby samobójcze na linie. Całość wyglądała kolorowo i zachęcająco, a animator z mikrofonem co jakiś czas zachęcał: „Parasailing! Jet ski! Very fun, very safe!”
Antyporada #9: Jeśli nikt nie korzysta z atrakcji wodnych, to nie dlatego, że są nudne. Sprawdź ceny.
I przyznam – przez moment zaczęłam się zastanawiać, czy by nie pójść z Młodą na jakąś przejażdżkę. Oczywiście jak tylko pogoda się trochę poprawi, bo przecież nadzieja, że jeszcze będzie pięknie, wciąż tliła się gdzieś w głowie.
Cennika nie widziałam. Ale miałam porównanie: wiedziałam, ile to kosztuje w Chorwacji, wiedziałam, ile w Turcji. Więc spodziewałam się, że tu – w tej trochę zapomnianej Bułgarii – będzie coś pomiędzy. Może nawet taniej!
I właśnie wtedy nastąpił moment, który powinien ktoś nagrać. Albo przynajmniej zrobić mi zdjęcie. Bo mina, którą zrobiłam, była z tych absolutnie bezcennych.
Obok nas stał facet, typowy wczasowicz: klapki, ręcznik na szyi, lekkie poparzenie słoneczne. Poszedł do punktu zapytać o cenę. Ot tak, z ciekawości. Rozmowa była krótka. Sprzedawca rzucił jakąś liczbę, mężczyzna powtórzył ją dla pewności, potem zamarł, podziękował i wrócił na kocyk z miną człowieka, który właśnie usłyszał o końcu świata.
Mechanicznie, bez słowa, usiadł. Nie odezwał się już przez długi czas. Patrzył w morze. Ja patrzyłam na niego. I już wiedziałam: tam nie pływa nikt, bo nikt nie ma na to pieniędzy.
Cena była dwa razy wyższa niż w Turcji w środku sezonu. A nawet droższa niż w Chorwacji, która – przypomnę – ma już ceny w euro. W euro!
I wtedy zrozumiałam wszystko. Nie chodzi o brak chętnych. Chodzi o to, że taniej już chyba polecieć samolotem nad tą plażę i zrobić sobie selfie, niż skorzystać z atrakcji „very fun, very safe”.
Siedzieliśmy na plaży, jeszcze wilgotni po kąpieli, z lekkim wiatrem w uszach i jeszcze lżejszym poczuciem, że może te wakacje jednak… mają sens. Do momentu, kiedy mąż wrócił z najdroższą colą, jaką można było kupić na plaży w Europie. Butelka wyglądała jak zwykła – plastik, 0,5 litra, etykieta znajoma. Cena – szok kulturowy.
Zobaczył moją minę. Taką między niedowierzaniem a próbą obliczenia, czy mamy jeszcze budżet na powrót do Polski.
— Co się stało? – zapytał niepewnie, siadając z colą jak trofeum.
— Wiesz, ile kosztuje skuter na 15 minut? Albo lot na paralotni, tu obok nas?
— Nie… Mam spytać?
— Nie musisz. Ja już wiem.
— No to ile?
— Skuter wodny na dwie osoby – 90 euro. Podkreślam – euro!
— Paralotnia – 100 euro za osobę albo „promocja” 140 za dwie.
— Żartujesz?
— Nie. Przed chwilą facet się pytał. Podsłuchałam całą rozmowę. Stałam z tym wiaderkiem i zamarłam. Za taką cenę to w Grecji można wynająć skuter na cały dzień, a nie na kwadrans! I jeszcze zostaje na oliwki.
Nie padło już ani jedno słowo. Oboje siedzieliśmy w milczeniu, patrząc w przestrzeń. To była ta chwila, kiedy człowiek nie potrzebuje już komentarzy. Wystarczyły liczby.
I zanim zdążyliśmy przetrawić ten cennikowy cios, zaczęło kropić. Bo przecież jak już zrujnować nastrój, to do końca. Wstałam, otrzepałam ręcznik z piasku, zgarnęłam wiaderko, spojrzałam na chmurę, która wyglądała jak koniec świata i rzuciłam:
— Wracamy. Zanim do tej coli doliczą opłatę klimatyczną.
Do hotelu wracaliśmy już w deszczu. Ale co tam — przynajmniej popływaliśmy. Można było z dumą odhaczyć punkt z listy klasycznych wakacji na południu: „kąpiel w morzu” – wykonano. Może nie była to scena jak z folderu, ale zaliczone.
Zresztą, połowa urlopu już za nami. Niby dopiero zaczęliśmy, a tu już środa, czy czwartek – kto to liczy. Czas się tu zlewa z deszczem. A deszcz – ten towarzyszy nam już codziennie. Deszczowe popołudnia. Deszczowe wieczory. Deszczowe noce. Czasem nawet poranki próbują, ale wtedy jeszcze śpimy i nie liczy się to tak bardzo.
W tym wszystkim był jednak jeden jasny punkt – bar. Nasze azylowe patio. Miejsce, gdzie wszyscy zgromadzeni turyści zrezygnowani, ale nadal z odrobiną nadziei, siadali codziennie o tej samej porze, przy tych samych stolikach, z tymi samymi drinkami.
Barman znał już wszystkich gości hotelowych na pamięć. Nie pytając, nie czekając – po prostu nalewał. Wchodzisz do baru i zanim zdążysz powiedzieć „dzień dobry”, masz już drinka w ręce. Ja dostawałam swoje niebieskie coś z parasolką, mąż czerwone coś bez parasolki, dzieciaki – sok z automatu (zaskakująco słodki jak na coś, co udaje pomarańczowy). Nikt nie prosił o nic. Każdy wiedział, co do kogo należy.
Miejsca również były już ustalone. Każdy miał swój stolik pod dachem. Zasiedziany. Ogrzany. Przesiąknięty rozmowami o tym, gdzie pada bardziej i gdzie w Europie da się znaleźć słońce.
Byliśmy jak społeczność przetrwania. Trochę jak rozbitkowie, tylko że z opaską all inclusive i kolorowymi słomkami.
Trzeba to powiedzieć jasno: jedynymi naprawdę szczęśliwymi ludźmi podczas tego urlopu były dzieci. Dzieci miały wszystko. Dzieci były w raju.
Międzypokoleniowa grupa towarzyska złożona z ośmiolatków, sześciolatków, trzynastolatek stworzyła coś w rodzaju kolonii przetrwania. Uformowała się naturalnie – jak plemię – wokół animatorów, którzy (co rzadkie) naprawdę robili to, za co im płacono. Zabawy. Konkursy. Rysowanie po asfalcie. Mini disco. Konkurs na najdłuższy skok przez mokrą ręcznikową kałużę.
A do tego wszystkiego — i to był punkt kulminacyjny ich szczęścia — własny bar.
Nie, nie taki bar jak nasz – z plastikowymi kieliszkami i drinkami, których skład zna tylko barman i Bóg. To był dziecięcy bar. Z kruszonym lodem, kolorowymi syropami, owocami i popcornem. Serio, popcorn na wyciągnięcie ręki, ile chcesz. Mango w płynie, truskawka w wersji z lodem, banan, który miał niewiele wspólnego z bananem, ale za to miał kolor, który świecił w ciemności. I to wszystko ZA DARMO.
Dzieciaki chodziły tam z dumą, jakby to był ich prywatny klub VIP. Dorosłym wstęp wzbroniony.
Patrzyliśmy na to z mieszaniną zazdrości, sentymentu i bólu kręgosłupa. Bo gdzieś w środku każdy z nas chciałby znów mieć osiem lat i wszystko w nosie. Pogoda, pieniądze, pokój bez klimatyzacji – kogo to obchodzi, jeśli masz sok z kiwi i kogoś do ganiania w deszczu?