Człowiek przywiązuje się do barki szybciej, niż myślałam. Jeszcze tydzień temu marzyłam o stabilnym gruncie i toalecie, która nie faluje. A dziś? Z trudem oddałam kartę do kajuty, jakbym żegnała się z kawałkiem siebie. Walizki spakowane, humory średnie (bo jak to tak – już koniec?), wszyscy zebrani w lobby, czekamy na nasz autokar. Miał to być nasz dzienny wehikuł – nie tylko środek transportu, ale też mobilny magazyn na bagaże. I wtedy… stało się coś, co u niektórych opuściło szczękę na podłogę, a u mnie… no cóż. Gdyby nie moje wybitne zdolności aktorskie, wszyscy by zobaczyli szok wypisany na mojej twarzy.
Pamiętacie, jak mówiłam, że nikt nie dostał pieniędzy za wygraną z przewodnikiem? Że to tylko taki żart – do czasu? No więc… nadszedł ten czas.
Nasz przewodnik – przegrany faraon – zniknął tuż po śniadaniu. Myśleliśmy, że poszedł coś załatwić w mieście, może sprawdzić, czy autobus nie ma gumy. Ale nie. On nie poszedł po coś oczywistego.
On pobiegł do bankomatu.
I gdy już wszyscy staliśmy gotowi na wyjście, on podszedł do mnie, spojrzał poważnie – i wręczył mi równowartość jednego dolara w egipskich funtach. Tak po prostu. Na oczach grupy. Na zakończenie naszej rozgrywki. Żeby nie było – słowo się rzekło, partia była, przegrał, zapłacił.
Rozpętało się małe show, cała grupa śmiała się i klaskała, ja przyjmowałam gratulacje z godnością rasowej szachistki. A przewodnik… zniknął z powrotem, jakby nic się nie stało.
W końcu podjechał nasz autobus i ruszyliśmy – znowu – na drugą stronę Nilu, do Krainy Umarłych. Tym razem jednak nie do królewskich pałaców pośmiertnych, tylko znacznie skromniejszych… a przynajmniej tak nam się wydawało. Czekały na nas grobowce robotników – tych samych, którzy własnymi rękami wykuwali Dolinę Królów. Czyli nie faraonowie, a ci od łopaty, dłuta i codziennej harówki w egipskim słońcu. I, o dziwo, też mieli czym się pochwalić po śmierci.
o wcześniejszym zwiedzaniu Doliny Królów przez całą podróż mentalnie przygotowywaliśmy się na powtórkę z rozrywki: dzikie tłumy, brak tlenu i chińskie wycieczki taranujące wszystko, co stanie im na drodze. Już widziałam siebie w kolejce do grobowca, z obcym łokciem w żebrach i obiektywem aparatu w nosie.
Tymczasem… szok. Po przyjeździe na miejsce – pustka. Na parkingu tylko nasz autobus, zero ludzi, zero zgiełku. Tylko my i cisza.
Spojrzałam z niedowierzaniem na przewodnika, a on – ze śmiechem – rzucił:
– Wszyscy pchają się do Tutanchamona. A to właśnie tu, u zwykłych robotników, można zobaczyć prawdziwe cuda.
Gdy doszliśmy z parkingu do punktu z makietą, zatrzymaliśmy się przed czymś, co wyglądało jak miniaturowe miasteczko z plasteliny. Ale to nie była żadna zabawka – to była rekonstrukcja wioski robotniczej, czyli domostw tych, którzy przez lata rzeźbili cudze grobowce, a potem wracali do swoich własnych, bardziej przyziemnych czterech ścian.

Obok, w tle, widać było rzeczywiste pozostałości tej osady – trochę murków, trochę piachu i sporo wyobraźni potrzebnej, żeby połączyć to z tamtą makietą. A nasz przewodnik – z miną poważną i tonem jak z Discovery Channel – zaczął opowiadać o tym miejscu.
Że to tu mieszkali ci, którzy wykuwali cuda w Dolinie Królów. Że żyli w zamkniętej społeczności, odgrodzeni od świata, bo znali za dużo tajemnic, żeby ich tak po prostu wypuścić na zakupy do Luksoru. Że byli wyjątkowi – świetnie opłacani, dobrze traktowani, jak na tamte czasy prawie klasa średnia. Że mieli szkołę, domy, ulice i nawet własny kodeks zachowań.
A my – stojąc pod zadaszeniem, między makietą a resztkami murków – słuchaliśmy tego jak bajki o bardzo starych, bardzo zmęczonych ludziach z dłutem. I trudno było nie poczuć do nich szacunku. Bo może nie byli faraonami, ale to ich rękami powstawały największe cuda Egiptu.
Te grobowce to historia odwrotna niż zwykle. Bo zwykle to ci na górze dostają pałace, a ci na dole – piasek i „no name” na kamieniu. A tu? Niespodzianka.
W Deir el-Medina – czyli tej właśnie wiosce – mieszkali rzemieślnicy, artyści i wykwalifikowani pracownicy, którzy przez setki lat budowali królewskie grobowce w Dolinie Królów. Mieli więc nie tylko talent, ale i wiedzę, jak się robi coś „na wieki”. I w końcu ktoś z nich musiał pomyśleć: „A może byśmy tak też sobie coś wykuli? W końcu umiem”.
I zaczęli budować. Nie na bogato, ale z sercem i z detalem. Te grobowce to małe dzieła sztuki – kolorowe freski, sceny z życia codziennego, modlitwy, rodzinne portrety i rytuały. Żadnych scen bitewnych, żadnego „patrzcie, jaki jestem wielki” – tylko zwykłe, czułe historie. Jakby ktoś prowadził starożytny Instagram z życia klasy pracującej.
Budowali je w czasie wolnym. Serio. Po ośmiu godzinach rzeźbienia faraonowi sali tronowej na wieczność, wracali do siebie i… rzeźbili dalej. Tym razem własne miejsce spoczynku. Często całymi rodzinami, całymi latami – po 17, a nawet 20 lat pracy nad jednym grobowcem. Zero pośpiechu, zero prowizorki. To się nazywa mieć etos pracy. Albo perfekcjonizm do grobowej deski – dosłownie.
A skąd mieli materiały? Szlachetne kamienie, drogie pigmenty, piękne pędzle? No cóż – jak się pracuje na królewskiej budowie, to zawsze coś może „spaść ze stołu”. Oficjalnie – wszystko pod kontrolą. Nieoficjalnie – był to starożytny odpowiednik „materiałów własnych”. Taki pakiet socjalny dla lojalnych pracowników.
Trochę jak u nas za komuny: jak się budowało zakład pracy albo coś państwowego, to przy okazji powstawało też całe osiedle domków jednorodzinnych. Bo przecież jak już jest koparka, cement i cegła – to szkoda nie skorzystać. Tyle że w Deir el-Medina, zamiast betoniarki, były dłuta i pigment z lapis lazuli.
Przewodnik skończył swoją opowieść, wskazał, na co warto zwrócić uwagę w grobowcach, życzył nam miłego oglądania i – jak to on – zniknął. Mieliśmy się podzielić na trzy, maksymalnie cztery grupy i zwiedzać w małych podgrupach – najlepiej po trzy osoby, żeby było komfortowo, bez tłoku. Na szczęście nikt nas nie poganiał.
Ruszyliśmy więc w naszej trójce do pierwszego grobowca. I wtedy nasza młoda – jeszcze chwilę wcześniej zaspana i półprzytomna – nagle jakby podłączona do prądu. W jednej sekundzie energia skoczyła do stu procent. Patrzyliśmy na nią z lekkim niepokojem, ale szybko poznaliśmy powód tej euforii.
Gdy tylko podeszliśmy do wejścia do pierwszego grobowca, młoda zniknęła w środku jak nurek w jeziorze i po chwili wyskoczyła z powrotem, parskając śmiechem i niemal tańcząc z radości. Bo, jak się okazuje – skoro grobowce były drążone całymi rodzinami przez dwadzieścia lat, to były robione „na styk”. A to oznacza jedno: ciasno i nisko.
Młoda? Wślizgnie się wszędzie. Zwinna jak gepard, do tego mała i lekka – wymarzony turysta do grobowców. Ja? Z moim metr sześćdziesiąt – okej, może bez gracji, ale też wszędzie się wcisnę.

Ale mąż… No cóż. Mąż to zupełnie inna historia. Metr dziewięćdziesiąt wzrostu, waga – powiedzmy – solidna. To było dokładnie to, co młoda przewidziała i co wprawiło ją w tak doskonały nastrój. Wiedziała, że zaraz czeka ją kabaret w wykonaniu własnego ojca. I nie pomyliła się ani trochę.
Antyporada #50: Jeśli musisz się przeciskać do grobowca w pozycji embrionalnej – zapomnij o godności. Staraj się nie tracić oddechu i nie kalkuluj, ile osób przed tobą oddychało to samo powietrze.
Jak tylko zobaczył, jak ja – ledwo, ale jednak – przeciskam się przez wejście, od razu rzucił stanowczo:
– Mowy nie ma! Nie wchodzę.
Stał przed tym grobowcem jak słoń przed mysią norką, z miną pełną powątpiewania i godności własnej. Ale jak tylko zawołałam ze środka, że to istna bajka – kolorowe, cudownie zachowane malowidła, detale jak z folderu reklamowego i że naprawdę warto – coś w nim pękło.
Zacisnął zęby, schował dumę do kieszeni i… wcisnął się. Dosłownie. Ale jego mina mówiła jedno:
„Jeśli kłamiesz i tam w środku nie ma nic spektakularnego – nie wybaczę ci tego do końca życia.”

Na szczęście – było warto. I on też musiał to przyznać. Choć przez chwilę wyglądał, jakby grobowiec miał się na niego zamknąć i nie wypuścić.
My z młodą mogłyśmy się w środku nawet lekko wyprostować. No, może nie do końca jak w salonie, ale jednak. Za to mąż… na kolanach. Na czworaka. Z miną pełną godności, którą próbował jeszcze zachować, choć nadmiar ciała walczył z niedoborem przestrzeni. Mina egipskich strażników, gdy go zobaczyli wciskającego się w wejście, była bezcenna – coś pomiędzy rozbawieniem a lekkim niedowierzaniem. Ale nie powiedzieli nic. Tylko zrobili miejsce.
A sam grobowiec? Bajka. I co ciekawe – zupełnie inny niż te faraońskie pałace śmierci. Tam była pompa, procesje bóstw, złoto, chwała i wieczność. Tu było… rodzinnie. Ciepło. Intymnie. Zamiast wielkiej defilady bogów – najbliżsi, ważni, obecni. I tylko ci najistotniejsi bogowie, bez całego niebiańskiego orszaku.

Jakby ktoś naprawdę chciał być zapamiętany nie przez wieki – tylko przez swoich. Powoli wyszliśmy z tego pierwszego grobowca. Na zewnątrz już czekali kolejni do wejścia.
Gdy zobaczyli czołgającego się mojego męża, cudem zachowali powagę. On – dumny, jakby właśnie zdobył Mont Blanc na kolanach – wyszedł, otrzepał się z piasku i powiedział z powagą:
– Są piękne.
Na co ktoś z kolejki odrzekł:
– Ten, w którym my byliśmy, też piękny… ale wejście ma jeszcze węższe.

To nie zniechęciło męża. Poszliśmy do kolejnego. Wejście faktycznie – trochę ciaśniejsze, ale „dało radę”. A środek – równie poruszający jak w pierwszym. I został nam ostatni grobowiec. Ten, przed którym już przy samym wejściu strażnik zerknął na mojego męża, zaśmiał się i rzucił coś do kolegi z obsługi. Potem było już tylko śmieszniej.
Do tego grobowca prowadził tunel. Tak na oko dwa metry długości. Szerokość – góra 60 cm. Wysokość? Może 90 cm, i to z optymizmem.
Młoda weszła pierwsza – zwinna jak fretka. Czeka na nas w środku. Ja – trochę mniej z gracją, ale też się zmieściłam. Pan z obsługi patrzy na nas z rozbawieniem, ewidentnie wyczekując czegoś epickiego. Mąż stoi przy wejściu, ocenia sytuację i w końcu słyszymy jego pełen emocji komentarz:
– O nie! Wy se, do cholery, jaja robicie!

My z młodą dusimy się ze śmiechu i próbujemy zachęcić go do wejścia. Bo warto. Bo grobowiec piękny. Bo ostatni.
I wchodzi. A właściwie: wczołguje się, na kolanach, jak w pokucie.
W tym momencie Egipcjanin z obsługi, który wcześniej tylko się uśmiechał – zaczyna się śmiać głośno. I nie może przestać.
A my oglądamy piękny grobowiec. Kolory żywe, sceny rodzinne, malowidła blisko, bo sufitu bardzo niski. Cudo.

Potem droga powrotna. Młoda wychodzi na klęczkach, z gracją. Ja czekam. Mąż próbuje się przecisnąć… i wtedy dochodzi do kulminacji kabaretu. Na kolanach, spodnie mu się zsunęły, więc cała szanowna obsługa Luksoru dostała darmowy pokaz półdupków z Europy. Facet z obsługi prawie się dławi ze śmiechu. Mąż – z połową tyłka na wierzchu – zaklinował się w połowie tunelu. Jakoś wyszedł.

A ja do dziś mam do siebie jedną pretensję: że w tym momencie nie podałam Egipcjanom kapelusza na bakszysz za spektakl. Zebrane byłoby na co najmniej jednego wielbłąda!
Na górze już wszyscy na nas czekali – ewidentnie chcieli zobaczyć gwiazdę tego miejsca. A on wyszedł, trzymając spodnie jedną ręką, próbując je jakoś doprowadzić do porządku, jakby właśnie wyszedł z walki w błocie z godnością rzymskiego legionisty. Młoda śmiała się tak, że spokojnie w Kairze mogli to usłyszeć. Obsługa śmiała się razem z nią – jeden z panów wręcz się oparł o ścianę, żeby nie upaść z wrażenia.
Mąż tylko spojrzał na nas z godnością przegranego gladiatora i rzucił:
– Nigdy więcej grobowców dla małych ludzi.
Mąż zaliczył wypadek. Coś mu strzeliło w kręgosłupie. I nie, nie metaforycznie – naprawdę. W pandemii wypadł mu dysk, a od tego czasu kręgosłup działa mu trochę jak pilot do telewizora na baterii z Biedronki: czasem zaskoczy, czasem nie, a czasem wybuchnie. W domu zwykle bolą go plecy, kiedy trzeba wynieść śmieci albo złożyć suszarkę, ale tu – o dziwo – uwierzyłam, że mogło coś mu naprawdę „pyknąć”.
Na zewnątrz wszyscy chcieli mu pomóc. Ja przypomniałam sobie o plastrach przeciwbólowych, koleżanka z grupy rzuciła się po tabletki, inny kolega wyciągał maść. No i wtedy nam się przypomniało… że wszystko to mamy. Ale w bagażu rejestrowanym. Starannie zapakowanym. Już w luku bagażowym autobusu. Gotowym do wylotu. Do Kairu.
Efekt? Mąż musiał przeżyć resztę dnia tak, jak faraon po klątwie – na własnym cierpieniu, wsparty dobrym słowem i suchym żartem. Trochę pokrzywiony, ale dumny.
Po chwili zebraliśmy się w komplecie i ruszyliśmy dalej, do kolejnego punktu dzisiejszego zwiedzania. Tym razem – monumentalnie, na świeżym powietrzu i bez tuneli: Kolosy Memnona.
Dla pocieszenia od przewodnika usłyszał:
– Teraz będzie pan miał już dużo miejsca. Bardzo dużo. Nawet za dużo.
I faktycznie – bo naszym kolejnym przystankiem były Kolosy Memnona. Monumentalne, przestrzenne i – co najważniejsze – nikt nie musiał się przeciskać.
A co to sa te kolosy Memnona?
Kolosy Memnona to dwa gigantyczne posągi, które wyglądały, jakby miały pilnować całej Doliny Królów. Stoją samotnie na pustkowiu, nieco smutne, nieco majestatyczne, ale wciąż imponujące. Przedstawiają faraona Amenhotepa III, który kazał je postawić przed swoim ogromnym kompleksem świątynnym. Świątyni już dawno nie ma – rozpadła się w starożytności, potem dołożyły swoje powodzie, trzęsienia ziemi i grabieżcy – ale posągi zostały.

Każdy ma ponad 18 metrów wysokości, a waży tyle, co kilka samolotów. Zrobiono je z bloków kamiennych przywiezionych z ponad 600 km dalej. Tak, wtedy się nie pytało, czy coś da się zrobić – po prostu się to robiło. Nawet jak to ważyło kilkaset ton.
Nazwa „Memnon” to zresztą efekt pomyłki Greków, którym się wszystko zlewało – pomyśleli, że to posągi legendarnego Memnona z Troi (tak, z tej Troi). I tak już zostało.
Mała ciekawostka: przez wieki jeden z kolosów „śpiewał” o poranku. Serio. Po trzęsieniu ziemi w 27 r. p.n.e. zaczęły z niego dobiegać dziwne dźwięki – skrzypienia, buczenia, jakby coś się odzywało. Ludzie uznali to za głos Memnona witającego matkę o świcie. Cud świata. Dopóki nie przyszli Rzymianie i nie postanowili go „naprawić”. Dźwięki ucichły, cud przepadł.
Ale stoją do dziś – jedni nazywają je wartownikami historii, inni – zapowiedzią egipskiego rozmachu. My po prostu się cieszyliśmy, że wreszcie nic nie trzeba przeciskać, zginać karku ani trzymać spodni.
Są naprawdę ciekawe i – niestety – oblegane. Przez turystów, przez selfie-stickowych akrobatów i przez sprzedawców, których na parkingu było tyle, że spokojnie można by nimi zapełnić nową dolinę królów. Po pustkach z grobowców robotników czar prysł – człowiek wracał do egipskiej rzeczywistości: tłum, gwar i dziesięć prób wciśnięcia nam szala, którego nie chcieliśmy nawet za darmo.
Na szczęście naszym kolejnym punktem była świątynia Medinet Habu – miejsce naprawdę wyjątkowe.

Może mniej znane niż Karnak czy Luksor, ale za to zdecydowanie bardziej klimatyczne. I, co najważniejsze, nie trzeba było się przeciskać łokciami ani uciekać przed tłumem z parasolką na czele.
To nie była świątynia byle faraona. Medinet Habu to kompleks grobowy Ramzesa III – jednego z ostatnich wielkich władców Egiptu. Gość miał rozmach: świątynia, mur obronny, pałac i jeszcze osobny dziedziniec, żeby nikt mu nie deptał po sandałach. A wszystko to zaprojektowane tak, by od razu było widać – tu rządzi ktoś ważny.
Na ścianach pełno opowieści o wojnach z Ludami Morza, o bitwach, zwycięstwach i, oczywiście, boskim natchnieniu Ramzesa. Historia jak z hollywoodzkiego filmu – tylko że wtedy efekty specjalne robiło się dłutem.
I jakby tego było mało – Ramzes III został… zamordowany. Serio. W pałacu obok świątyni, w wyniku spisku jego żon, synów i całego dworu. Proces „spiskowców haremowych” był potem sensacją roku 1155 p.n.e., z aktami, torturami i dramatem godnym Netfliksa.
To wszystko składało się na miejsce, w którym monumentalność spotykała się z intrygą, a historia – z osobistym dramatem. Spacerując po Medinet Habu, człowiek czuł się trochę jak w muzeum, trochę jak w pałacu, a trochę jak na planie „Gry o Tron: Edycja Egipt”.
I tu pojawił się kontrast – bo po grobowcach skromnych robotników, pełnych rodzinnych malowideł i stonowanych barw, Medinet Habu walił w nas złotem, monumentem i bogami z każdej strony. A jednak coś w tym miejscu było spokojniejsze, bardziej dostojne. Może przez mniejsze tłumy, może przez otwartą przestrzeń.

Świątynia była naprawdę fascynująca – choć miejscami nieco problematyczna dla rodziców. No bo jak tu wytłumaczyć dwunastolatce, że jedną z najgorszych kar śmierci w starożytnym Egipcie było… odcięcie penisa? „Takie tam symboliczne pozbawienie mocy życiowej” – próbowałam

I jeszcze ten detal: kartusze z imieniem faraona wyryte ponad dwa razy głębiej niż normalnie. Dlaczego? Ano dlatego, że faraon – czyli Ramzes III – miał totalnego hopla na punkcie swojej nieśmiertelności. Tak się bał, że ktoś go kiedyś „wymaże z historii” (jak niektórych jego poprzedników), że dosłownie wyrył swoje imię w kamieniu tak głęboko, jak się dało. Na wszelki wypadek.
Takie rzeczy tylko w Egipcie: kolorowa świątynia, okrutne kary i paranoja władzy – wszystko w jednym pakiecie.
Antyporada #51: Jeśli planujesz wieczność – nie oszczędzaj na dłutach. Wykłuj swoje imię dwa razy głębiej niż wszyscy inni. I jeszcze raz. A nuż historia będzie chciała cię zapomnieć – niech się chociaż pomęczy.
Po wizycie w świątyni czekała nas przejażdżka na lotnisko i godzinna podróż do Kairu, gdzie – zgodnie z planem – mieliśmy spędzić najbliższe dwie noce. Przynajmniej tak to wyglądało na papierze.
Na lotnisku wszystko przebiegało zgodnie z egipską logiką: czyli absolutnie nic nie było zgodne z logiką. Kontrole? Trzy. A jak masz leki – to jeszcze wpis do jakiejś tajemniczej kartoteki, którą najpewniej przegląda egipski duch aptekarstwa. Każdy bagaż skanowany, potem skanowana Ty. Buty – won. Pasek – won. Kurtka, zegarek, duma i cierpliwość – również won.
Po trzeciej kontroli człowiek czuje się jak cebula w trakcie obierania – coraz mniej warstw i coraz więcej łez.
Ale udało się! W bieliźnie i z paskiem w dłoni dobiegliśmy do terminala. A tam… niespodzianka. Lot opóźniony. Samolot niby stał, niby czekał, ale wchodzić nie wolno. Bo najwyraźniej coś działo się na lotnisku w Kairze. A jak się coś dzieje w Kairze, to wszystko inne staje. Zwłaszcza loty krajowe – mają taki sam priorytet jak wrzucenie butelki do recyklingu w środku huraganu.
Pozostało tylko jedno: siedzieć, czekać i pocieszać się faktem, że rozdają darmowe napoje. Nie wiadomo co prawda, co to było – niby sok, niby coś z detergentem – ale zawsze to coś zimnego do siorbania.
I tak – po ponad dwóch godzinach opóźnienia – w końcu wylecieliśmy do Kairu. Lot trwał godzinę, lądowaliśmy już po zmroku. A teraz rada praktyczna: jeśli będziecie kiedyś lecieć do Kairu, to bierzcie ze sobą najgorszą walizkę, jaką macie w domu. Z naszej 12-osobowej grupy tylko trzy bagaże wyszły z lotu bez złamań, pęknięć i urwanych kółek. Statystyka mówi sama za siebie. Mnie pierwszy raz w życiu pękła walizka – i wcale nie było mi raźniej, że nie tylko mi.
Po odebraniu bagaży i krótkim momencie załamania nerwowego na widok stanu kółek, uchwytów i zamków – nastąpił sprint do autobusu. Ten już czekał, gotowy do rajdu do hotelu. No i tu kolejna niespodzianka.
Spaliśmy w Kairze. Wylądowaliśmy w Kairze. Ale do hotelu mieliśmy… 80 kilometrów. Serio. I znowu ukłon w stronę geografii: Kair to ponad 20-milionowe miasto. To nie miasto. To osobny wszechświat. Można w nim mieszkać, pracować i umrzeć, nie widząc nigdy piramid – bo są po drugiej stronie metropolii. W skrócie: jak już jesteś w Kairze, to jeszcze nie znaczy, że jesteś na miejscu!
Przez dwie godziny przejeżdżaliśmy przez oświetlony Kair – miasto, które nie zasypia. Ludzi na ulicach było tyle, że można by pomyśleć, że właśnie zaczyna się sylwester. Pasów na drodze, którą jechaliśmy, było oficjalnie cztery, ale to raczej sugestia niż przepis. Stłuczki? Urywanie lusterek? Jazda „na czuja”? To tutaj norma dzienna. Kierunkowskazy? Luksus nieobsługiwany, jak w BMW.
Jeden z panów z naszej wycieczki – najwyraźniej z innego świata – zapytał przewodnika:
– A co, jak ktoś ma nowy samochód?
Przewodnik spojrzał na niego jak na dziecko pytające, gdzie się podział święty Mikołaj.
– No jak nowy i jeszcze ubezpieczony, to się czasem dzwoni po policję… Ale ogólnie szkoda czasu. Sam mam ubezpieczenie! – dodał z dumą, jakby właśnie przyznał się do posiadania pralki automatycznej.
Na kolejne pytanie, czy w ogóle trzeba mieć ubezpieczenie, wzruszył ramionami:
– Teoretycznie trzeba. W praktyce? Różnie bywa.
Muszę przyznać – Kair zrobił na mnie wrażenie. Olbrzymi, pełen kontrastów, momentami nawet sprzątany – co po chaosie w Luksorze było jak cud gospodarczy. Ewidentnie – tu mieszkają inni ludzie.
Na południu – jak mówił przewodnik – żyją biedni. Na północy – ci lepiej sytuowani. Myślałam, że to takie gadanie z lokalnym patriotyzmem, ale nie. To była brutalna prawda.
W Górnym Egipcie kobiety chodziły w czarnych burkach, nie pracowały, ich rolą było rodzenie dzieci i prowadzenie domu. W Kairze – kobiety pracują, uczą się, chodzą normalnie ubrane, z chustą lub bez. Są na reklamach uczelni, na ulicach, w biurach. W Luksorze kończą minimum edukacji, a po 18. urodzinach – już rodzą pierwsze dziecko.
Dwa światy. Jeden kraj.
Po dwóch godzinach przeciskania się przez miejską dżunglę, w końcu – są! Piramidy! Oświetlone, monumentalne, wyłoniły się z ciemności jak scena z filmu. Wiedzieliśmy, że podejdziemy do nich bliżej dopiero za dwa dni, bo jutro plan zakładał wycieczkę do Aleksandrii. Ale sam widok wystarczył, żeby człowiek zapomniał o korkach, stłuczkach i kierowcach bez migaczy.
Do hotelu dotarliśmy tuż przed 20:00 – w sam raz na kolację. A że luksus w Egipcie równa się „jest jedzenie i ogrzewanie”, byliśmy zadowoleni. Bo mimo że Afryka, to jednak grudzień. I człowiek docenia grzejnik jak nigdy.
Zbiórka następnego dnia? Standardowo – 6:00 rano. Bo przecież nie po to jedziemy na wakacje, żeby odpoczywać.