Jeszcze zanim przyjechaliśmy do Bułgarii, miałam ambitny plan: skoro jesteśmy tak blisko Burgas, to może uda się je zwiedzić. Taki szybki wypad na południe, trochę kultury, kilka zdjęć na starówce, może lody w jakiejś kawiarni z duszą. Pogoda niby nie dopisywała, ale do miasta — w sam raz. Idealne na spacer z parasolem i kawę w deszczu.

Ten pomysł umarł szybciej niż moja nadzieja na all inclusive bez ryżu. Cena transportu do Burgas i czas potrzebny na taką wyprawę zabiły romantyzm w zarodku. Wyszło, że szybciej i taniej było by polecić tam tanimi liniami z polski z noclegiem na miejscu. No więc Burgas – innym razem.

Antyporada #10: Jeśli zwiedzanie miasta okazuje się droższe niż lot do innego kraju, to nie jest plan. To jest ciekawostka.

Jednak nie wszystko stracone! Miasteczko, do którego realnie dało się dotrzeć — to Nesebyr. A dokładniej: Stary Nesebyr, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. – tylko przez nie wybraliśmy wyjazd do Słonecznych Piasków. Brzmiało poważnie. Brzmiało obiecująco. Brzmiało jak ostatnia szansa na poczucie, że nie zmarnowaliśmy tego urlopu całkowicie.

Plan był prosty: po śniadaniu, jeśli nie będzie lało, jedziemy autobusem do Nesebyru. Z hotelu na przystanek było całkiem blisko.

Rozkład jazdy autobusów

A autobusy w Bułgarii… cóż, może i nie są piękne, może i trzeszczą na zakrętach, ale mają jedną zaletę, która powinna być wzorem dla całej Europy.

W każdym autobusie jest człowiek. Pani lub Pan, który zaraz po wejściu sprzedaje ci bilet. Osobiście. Z pełnym zaangażowaniem. I pilnuje, żeby nikt nie jechał na gapę, nikt nie wysiadł gdzie nie trzeba i nikt się nie zgubił, nawet jeśli nie zna bułgarskiego ani żadnego języka oprócz własnego.

Dojazd zajął nam chwilę. Tyle, żeby dziecko zdążyło zadać wszystkie pytania o to, co to jest „Nesebyr”, czemu nie jedziemy do aquaparku i czy dostanie loda, jak tylko wysiądziemy.

Kiedy dotarliśmy, ucieszyliśmy się, że jesteśmy przed sezonem. Serio. Bo już przy samym wejściu do miasteczka ludzi było bardzo dużo. A to był przecież maj! Czyli teoretycznie cisza, spokój i niski sezon. A jednak tłumy już gotowe.

I wtedy spojrzeliśmy na wielkość parkingu autobusowego. I na ilość miejsc na nim. I na ilość autobusów, które tam jeszcze nie stały. I nagle wyobraźnia zaczęła działać.

„Jeśli TERAZ jest tyle ludzi, to ILE ich tu jest w sezonie?”

Widzieliśmy to oczyma wyobraźni: fala ludzka, selfie-sticki w każdej alejce, tłum turystów przemykających między ruinami kościołów jak w Black Friday między regałami z telewizorami. I z tą myślą zrobiliśmy coś niezwykle dojrzałego.

Zamilkliśmy.

Antyporada #11: Jeśli przed sezonem jest tłum, w sezonie będzie walka o przetrwanie.

I ruszyliśmy przed siebie – zobaczyć Nesebyr zanim zjawi się tu tłum z naszej wizji: w sandałach z marketu, z reklamówkami pełnymi chipsów i kapeluszami z Decathlona, które potrafią zdziałać cuda przy słabym SPF-ie. Z każdej kieszeni wystaje butelka z wodą, z której i tak nikt nie pije, a na plecach – obowiązkowo: plecak z siatką na muszelki, które dzieci zaczną zbierać już po trzeciej minucie.

Na szczęście byliśmy pierwsi. A przynajmniej pierwsi, którzy nie biegli.

Miasteczko było urocze. Takie naprawdę – nie jak z Instagrama, tylko jak z jakiejś zapomnianej opowieści dziadka, który tu był „za komuny” i mówił, że „tu to się czuło historię”.

Tradycyjna zabudowa Starego Nesebyru

Wąskie uliczki, wszystko z ciosanego kamienia. Ale nie taki sterylny kamień jak w Chorwacji, gdzie wszystko aż lśni i wygląda jak z katalogu biura podróży. I nie taki jak w Turcji, gdzie czasem już nie wiadomo, co jest starożytne, a co zbudowane w zeszłym roku i tylko postarzane.

Tu było jeszcze drewno. I to robiło różnicę. Drewniane balkony, stare okiennice, framugi, które się lekko chwieją, ale nadal trzymają pion. Domy jakby przylepione do siebie, podtrzymujące się nawzajem – jakby zbudowane z myślą, że przetrwają razem albo wcale.

Było w tym coś nieidealnego, a przez to prawdziwego. Takiego… niepodrasowanego.

Nesebyr nie jest stary w sensie „kamienica z lat sześćdziesiątych, która już wszystko widziała”. Nesebyr jest stary naprawdę. Tak stary, że zaczynał jeszcze jako tracka osada, potem był grecką kolonią Mesambria, później rzymską prowincją, bizantyjskim miastem, bułgarską twierdzą i – jak to bywa w tej części świata – przez chwilę był po trochu wszystkim naraz.

Cerkiew Chrystusa Pantokratora w Starym Nesebyrze — jeden z najlepiej zachowanych przykładów średniowiecznej architektury bizantyjskiej.

Przez wieki przechodził z rąk do rąk, był burzony, odbudowywany i przebudowywany tyle razy, że dziś w jednym miejscu można zobaczyć warstwy historii ułożone jak tort. Kamień na kamieniu, epoka na epoce.

Kiedyś było tu podobno ponad czterdzieści cerkwi. Jak na tak mały półwysep – liczba absolutnie absurdalna. Dziś zostało tylko kilka, ale i tak co chwilę trafia się na kolejną ruinę świątyni, fragment muru albo fundament, który wygląda, jakby ktoś zapomniał go sprzątnąć po średniowieczu.

Ruiny cerkwi św. Zofii są jednym z powodów, dla których Nesebyr trafił na listę UNESCO

Właśnie za to Nesebyr trafił na listę UNESCO – nie dlatego, że jest „ładny” (choć jest), tylko dlatego, że jest autentyczny. Trochę krzywy, trochę popękany, czasem niedoskonały. I może właśnie dlatego nadal robi wrażenie, nawet kiedy w kieszeni masz parasol zamiast przewodnika.

I właśnie dlatego Nesebyr dało się jeszcze lubić.

Antyporada #12: UNESCO nie gwarantuje spokoju. Gwarantuje zainteresowanie.

Chodziliśmy po wąskich uliczkach miasteczka, zaglądając w ciasne zaułki z kameralnymi sklepikami i podziwiając architekturę, która nie potrzebowała filtra ani tabliczki „zabytek”. Wycieczki zorganizowane omijaliśmy szerokim łukiem — one maszerowały głównymi arteriami Nesebyru i gromadziły się tłumnie u podstaw ruin cerkwi św. Zofii.

Wąskie uliczki Starego Nesebyru — kamień na dole, drewno na górze

Podczas spaceru Młoda zaczęła zauważać coś, co my staraliśmy się konsekwentnie ignorować — ludzie wchodzili do knajpek. Kameralnych, przytulnych, z widokiem na morze. Wycieczki zorganizowane miały ogarnięty obiad na starym mieście, my natomiast obiadu w planach nie mieliśmy wcale.

Po pierwsze: ceny.
Po drugie: w hotelu mieliśmy pełne wyżywienie. I to naprawdę smaczne.

Problem polegał na tym, że Młoda była głodna. A raczej — według własnej narracji — była dzieckiem, które od lat nie widziało jedzenia. Marudzenie szybko przeszło w pełnoprawny lament, taki z kategorii „zaraz osłabnę z niedożywienia”. Jakby tego było mało, wszystkim nam zaczęło się też pilnie chcieć do toalety.

A knajpa z obiadem, jak wiadomo, to nie tylko jedzenie. To również darmowe WC.

Antyporada #13: Nigdy nie podejmuj decyzji gastronomicznych, kiedy pilnie chce ci się do toalety.

Ulegliśmy.

Młoda biegała od knajpy do knajpy, szukając miejsca, gdzie mają coś, na co ona akurat ma ochotę. I pewnie trwałoby to znacznie dłużej, gdyby nie pomoc z nieba — dosłownie. Zaczęło padać.

Trafiliśmy do knajpy, która z zewnątrz nie wyglądała zachęcająco, ale od tyłu okazała się absolutną bajką. Cała restauracja była na klifie. Siedzieliśmy pod dachem, bezpiecznie osłonięci przed deszczem i wiatrem, z widokiem na otwarte morze. Takim, który od razu usprawiedliwia każdą decyzję życiową.

Młoda pierwsza pobiegła do toalety. My w tym czasie zajęliśmy stolik. Kiedy wróciła, role się odwróciły — to my poszliśmy do WC.

I tu nastąpił moment, w którym po raz pierwszy w życiu naprawdę pożałowałam, że moje dziecko zna angielski.

Pod naszą nieobecność przyszedł kelner. A Młoda, pewna siebie i bardzo dorosła, zamówiła jedzenie i picie dla wszystkich. Teraz siedziała dumna jak paw i czekała.

Byliśmy przerażeni. Znaliśmy ceny. To miał być tani, spontaniczny wyjazd, bez zapasu gotówki na gastronomiczne szaleństwa.

A Młoda zamówiła… talerz owoców. Taki solidny. Na jakieś sześć osób.

Cena: 450 lewów.

Na nasze przerażone miny zareagowała spokojnie:
— Zamówiłam wam też po piwie.

Antyporada #14: Jeśli twoje dziecko zna angielski, nigdy nie zostawiaj go samego przy stoliku.

Spojrzeliśmy na siebie wzrokiem, który nie wymagał słów.

Czterysta pięćdziesiąt lewów za owoce. Plus kolejne pięćdziesiąt za napoje.

I to wszystko dlatego, że chciało nam się siku.

Nie zostało nam nic innego, jak mieć nadzieję, że jedzenie będzie dobre, i wpatrywać się w spokojne morze, próbując nie myśleć o rachunku.

Czy jedzenie było dobre?

Pachniało ładnie. Mąż stwierdził, że nawet smaczne. Sos faktycznie był bardzo dobry — taki, który daje nadzieję, że może jednak warto było tu usiąść. Owoce morza i ryby wyglądały porządnie.

My z mężem mogliśmy je co najwyżej powąchać.

Młoda pochłonęła wszystko w mniej niż kwadrans. Cały ogromny półmisek, zajmujący pół stołu, zniknął szybciej, niż zdążyliśmy przeliczyć lewy na złotówki.

Patrzyliśmy na nią w milczeniu, z mieszaniną dumy, niedowierzania i lekkiego bólu portfela.

Na szczęście deszcz przestał padać. Kiedy tylko usłyszeliśmy, że Młoda z entuzjazmem rozważa domówienie ośmiorniczki, podjęliśmy najszybszą i najbardziej jednomyślną decyzję całego wyjazdu — natychmiast poprosiliśmy o rachunek.

Po zapłaceniu najdroższego obiadu na jedną osobę w naszym życiu ruszyliśmy dalej w miasto. Urlop powoli się kończył, a Nesebyr był jedynym miejscem w okolicy, gdzie dało się kupić pamiątki — nie alkohol, nie gadżety dla dorosłych, tylko zwykłe magnesy i pocztówki, które bez wstydu można przywieźć do domu i wręczyć babci.

Biegliśmy za Młodą, przeciskając się przez ludzi i wąskie uliczki, w kierunku straganów, przy których od początku powtarzałam jej jak mantrę:
— Kupisz sobie coś na koniec, jak będziemy wracać.

No i wracaliśmy.

Dokładnie w tym miejscu mojego osobistego bankructwa zaczęliśmy zakupy.

Antyporada #15: Zakupy pamiątek najlepiej robić na początku wyjazdu. Kiedy jeszcze masz pieniądze.

Młoda ma trzy babcie, więc lista pamiątek była odpowiednio długa. Magnesy, pocztówki, drobiazgi „żeby każda miała”, plus coś dla cioci, „bo tak wypada”. Stragan z magnesami i lokalnym winem wydawał się względnie bezpieczny.

I wtedy los postanowił zadać nam ostateczny cios.

Tuż obok straganu znajdował się sklep z szachami.

I to był problem.

Bo mąż od ponad roku był wkręcony w szachy. Grał codziennie, regularnie, z pełnym zaangażowaniem — tylko że w domu, w Polsce, wciąż nie miał prawdziwych szachów. Zawsze coś było ważniejsze. Zawsze coś „na później”.

A tu nagle — marzenie.

Sklep pełen szachów. Prawdziwych. Ciężkich. Metalowych. I co gorsza — takich, w których można było mieszać armie.

Cesarstwo Rzymskie, Grecy, husaria… historia w wersji bitewnej, ustawiona na jednej planszy.

Patrzyłam na to wszystko z rosnącym niepokojem, stojąc dokładnie w miejscu mojego finansowego bankructwa i zastanawiając się, czy bardziej boję się ceny, czy momentu, w którym usłyszę:
— One są idealne.

Na moją niekorzyść działała jeszcze jedna rzecz. Moja własna wpadka sprzed roku.

Podczas wyjazdu do Turcji — klasyczne hotelowanie z all inclusive — w ostatnim dniu pojechaliśmy na rejs statkiem do pobliskiej Alanyi. W jednym ze sklepów mąż trafił wtedy na dokładnie takie szachy, jakie teraz miał przed oczami. Ciężkie, metalowe, historyczne. Jego marzenie.

Problem polegał na tym, że cena była… kosmiczna. Naprawdę kosmiczna. Najprostsze modele zaczynały się od dwóch tysięcy euro.

Wtedy obiecałam mu coś, co — jak się później okazało — nie powinno nigdy paść na głos:
— Jak kiedyś znajdziesz takie same, tylko tańsze, to sobie kupisz.

I oto stał. Znalazł.

W Bułgarii.

Zajęta pilnowaniem, co wybiera Młoda i czy nie wrzuca do koszyka kolejnego magnesu „dla trzeciej babci”, tylko kątem oka zerkałam na męża. Co jakiś czas podchodziłam, żeby sprawdzić, na czym stoimy — emocjonalnie i finansowo.

W całym tym zamieszaniu źle przeliczyłam lewy na złotówki. Do dziś nie wiem, jak to się stało. Zobaczyłam 420 i w głowie automatycznie dopisałam „zł”. Nie „lewów”.

Antyporada #16: Nigdy nie przeliczaj walut w głowie. Zwłaszcza na wakacjach. Zwłaszcza przy marzeniach.

I wtedy powiedziałam zdanie, które uruchomiło lawinę:
— Bierz, jak ci się podobają.

Spojrzał na mnie zaskoczony. Nawet bardzo. Zapytał kilka razy, czy na pewno.

A ja, zupełnie spokojnie, bez cienia refleksji, powtarzałam:
— Tak. Na pewno.

I ani przez chwilę nie zastanowiłam się, dlaczego pyta mnie o to aż tyle razy.

Dopiero w hotelu dotarło do mnie, ile naprawdę kosztowały te szachy. Ale wtedy było już za późno.

Młoda była zajęta swoim towarzystwem, a ja zostałam z mężem, jego nowymi — obscenicznie drogimi — szachami i własnym poczuciem porażki.

Mąż był w euforii. Ze szczęścia nie chodził, tylko latał. Ja natomiast uświadomiłam sobie dwie rzeczy.

Po pierwsze: nie lubię grać w szachy.

Po drugie: byłam jedyną osobą, która mogła teraz grać w szachy z moim trzydziestoletnim dzieckiem.

To znaczy — z mężem.

Antyporada #17: Najtańsze wakacje często kosztują najwięcej. Tylko nie zawsze w euro.