Poznajmy się.
Mama, tata, córka i pies.
Cztery charaktery, jeden samochód i przynajmniej pięć różnych pomysłów na to, gdzie pojechać i jak się po drodze pokłócić!
Podróżujemy razem, bo osobno też byłoby źle – tylko mniej śmiesznie.
Ten blog to zapis naszych rodzinnych prób odpoczynku. Nie zawsze udanych. Ale zawsze z historią.
Nie jesteśmy blogiem poradnikowym.
Nie mamy idealnych zdjęć z idealnych miejsc.
Nie udajemy, że wszystko idzie zgodnie z planem (bo nie idzie).
Znasz to uczucie, gdy wakacje zamieniają się w survival, GPS prowadzi przez rzekę, a Twoje dziecko mówi, że zmarnowało życie, bo zabrakło Wi-Fi?
My tak. Wielokrotnie. W różnych krajach i strefach klimatycznych.
Z błędów, zmęczenia i śmiechu przez łzy powstał ten blog. Bo skoro i tak popełniamy te same pomyłki co wszyscy. To przynajmniej robimy z nich rozrywkę!
A skoro mowa o ekipie…
Autorka bloga
Mam na imię Ola.
Bloguję, bo życie nie daje mi wyboru – każda podróż to potencjalny materiał na komedię pomyłek albo thriller rodzinny klasy B. Wszystko zależy od pogody, Wi-Fi i tego, czy ktoś znowu nie pomyli Danii z Finlandią.
Na co dzień jestem:
żoną męża, który wie wszystko (zwłaszcza gdy się myli),
mamą córki, która wie lepiej (i powie Ci to nawet, jeśli nie pytasz),
oraz właścicielką psa, który wie tylko jedno: gdzie leży największy, najbardziej upieprzony patyk w promieniu trzech kilometrów.
Z natury – organizatorka rodzinnego chaosu, logistyki niemożliwej i wyjazdów, które w teorii miały być relaksem.
Uwielbiam planować – najlepiej do momentu, aż wszystko pójdzie w cholerę.
To właśnie wtedy zaczynają się najlepsze historie. I najlepsze wpisy.
Lubię dramaty (ale tylko, jeśli kończą się śmiechem), sytuacje bez wyjścia, które da się opisać z dystansem, oraz ludzi, którzy mają poczucie humoru – zwłaszcza na własny temat.
Nie znoszę zimnych pryszniców, zgubionych ładowarek i tego momentu, gdy orientujesz się, że klucze są w walizce. A walizka właśnie leci do Portugalii. Bez Ciebie.
Ten blog nie nauczy Cię, jak zaplanować idealne wakacje.
Za to pokaże, co się dzieje, gdy plan bierze urlop, a Ty zostajesz z rodziną, bagażem emocjonalnym i owczarkiem w błocie po kolana.
Bo jeśli wszystko idzie nie tak – to znak, że będzie wpis.
I dobrze. Przynajmniej nie wrócimy z pustymi rękami.
Jeśli Twoje życie też czasem wygląda jak blog, który pisze się sam – rozgość się.
U nas rzadko jest spokojnie, ale zawsze jest o czym opowiadać.
Wcielone zło
Córka (czyli nasza własna burza z piorunami)
Ma ładną buzię i końskie serce, ale nie daj się zwieść!
Za tym uśmiechem kryje się mistrzyni ciętej riposty, psycholog rodzinny amator i chodzący radar na słabości rodziców.
Zna nasze wady lepiej niż my sami i nie zawaha się ich użyć — najlepiej publicznie, na przejściu granicznym albo w kolejce po bilet.
Uwielbia konie, dramaty i komentowanie wszystkiego, co się rusza.
Najczęściej mówi, kiedy nikt jej nie pyta, i przekręca to, co właśnie usłyszała — czasem w kilku językach jednocześnie.
Nie dość, że trudno ją przegadać, to jeszcze zdarza się, że ma rację. I to boli najbardziej.
Przed wyjazdem potrafi przejść przez całą skalę emocji w ciągu godziny:
od euforii, przez łzy, aż po groźby typu „Nigdzie nie jadę, nie obchodzi mnie wasze życie”.
Na miejscu – najczęściej zachwycona. Ale nie na tyle, żeby się przyznać.
Pytana, co sądzi o blogu, odpowiada:
„Piszesz głównie o sobie, mamo. Ja jestem tylko efektem ubocznym i tak tego nikt nie będzie czytać oprócz ojca.”
I może właśnie dlatego kochamy ją najmocniej.
Zdecydowanie — najbarwniejszy członek naszej ekipy.
I największe wyzwanie logistyczne każdego wyjazdu.
Baluś, zwany Balamem
Pies (czyli Baluś, kiedy jest grzeczny… i Balam, kiedy nie jest)
Nie planowaliśmy psa.
Ale on pojawił się wtedy, kiedy najbardziej go potrzebował — i jak się okazało, my chyba też.
Przyjechał do nas nagle, trochę w biegu, trochę z braku innych opcji.
Miał zostać „na chwilę”, a został na dobre.
Zamieszkał z nami bez walizki, ale za to z całym pakietem emocji, potrzeb i ogromnym sercem.
Z wyglądu — owczarek niemiecki długowłosy.
W środku — przytulak, błotny demon i żywa emocja w futrze.
Występuje w dwóch wersjach:
Baluś – łagodny, posłuszny, wpatrzony w nas jak w opiekunów wszechświata.
Balam – niezdara, tarzan błotnych bajor, pogromca grzybów i terrorysta czystych ścieżek.
Uwielbia jazdę samochodem.
Najchętniej sam by nim jeździł na spacery, siedząc za kierownicą i załatwiając się przez okno, żeby nie trzeba było wysiadać.
W lesie zachowuje się jak GPS bez aktualizacji — prowadzi, ale nikt nie wie dokąd.
Zamiast pomagać zbierać grzyby, rozdeptuje je z pasją buldożera na misji, bo przecież każdy schylony człowiek to potencjalny rzucacz patyka.
A jak nie rzuca? To bez sensu się schyla!
Do tego jest delikatny jak jajko w tekturze.
Wystarczy, że wpadnie w krzaki malin — a wpadnie, bo przecież tam najczęściej coś śmierdzi błotem — i już trzeba go tulić.
Bo Balam, mimo całego swojego rozmiaru, siły i błota na pysku, jest emocjonalnym wrażliwcem.
Jak go pokłują, cierpi. Dramatycznie. Na trzy akty.
Kocha koty.
Zwłaszcza naszego rudego maine coona, który go ignoruje z godnością buddyjskiego mnicha.
Z małym Misiem łączy go relacja oparta na wzajemnym tłuczeniu się po głowie i braterskim braku dystansu.
Krótko mówiąc — jest bity, ale kochany. I wraca po więcej.
Nie mówi, nie pisze, ale gdyby miał bloga, byłby bardziej popularny od nas.
Bo mimo że pojawił się znikąd, dziś jest wszędzie:
na zdjęciach, w aucie, pod stołem, w błocie i w co drugim przypale.
Nie planowaliśmy go.
A dziś nie wyobrażamy sobie bez niego żadnej podróży.
Nawet jeśli po każdej trzeba prać nie tylko ubrania, ale i godność.
Obiekt Liryczny
Mąż
(czyli człowiek, który myli Babia Górę z Kilimandżaro – i idzie dalej)
Zawodnik wagi ciężkiej – 130 kilo wagi, 184 cm wzrostu i zero hamulców poznawczych.
Nie vloguje, nie bloguje, nie montuje.
A i tak tworzy tyle kontentu, że starczyłoby na roczny zapas dla wszystkich jutuberów świata.
To on:
ogłasza, że Helsinki są w Danii,
myli Czeską Szwajcarię z prawdziwą Szwajcarią i dopiero gdy pokazuję mu palcem na mapie, gdzie naprawdę jedziemy – orientuje się, że jego wyobrażenie nie miało nic wspólnego z rzeczywistością.
Ma lęk wysokości.
A mimo to… to on wpadł na pomysł, żeby wejść na Kilimandżaro.
Bo „ma podobny kształt do Babiej Góry”.
Tylko nikt mu nie powiedział, że różnica to jakieś 4,5 tysiąca metrów i jeden kontynent.
Więc ciągam go po skalnych miastach, górach, mostach i zboczach, poprawiając humor wszystkim turystom wokół – bo jego walka z wysokością to osobna atrakcja.
Trzeba trenować, skoro już powiedział A.
Chociaż on coraz częściej mówi: „Może jednak odwołać?”
Jest chodzącą anegdotą, czołowym bohaterem bloga i twórcą treści, który nie potrzebuje scenariusza — on jest scenariuszem.
Czasem mówi: „Tylko nie pisz o tym na blogu.”
A ja wtedy wiem, że właśnie powstał nagłówek.