Po wieczornej integracji z sąsiadami z portu – a trzeba dodać, że Ryn wielki nie jest, a w pandemii był jeszcze mniejszy (bo przecież „ludzi nie będzie” – ha, dobre sobie, było ich od cholery) – nawiązaliśmy pełnoprawną mazurską przyjaźń z rodziną, która zaparkowała łódkę obok nas.
Z samego rana mój mąż, jeszcze z resztkami wieczornego entuzjazmu i niedojedzoną kiełbasą w dłoni, zaczął rozmowę z nowym kolegą – jednym z sterników motorówki obok. I jak to bywa wśród mężczyzn na Mazurach, bardzo szybko zeszło na tematy techniczne, czyli naszą łódkę.
Sąsiad był zdecydowanie bardziej doświadczony niż my. Co prawda ostatni raz pływał na żaglach parę lat temu, ale w tym układzie to i tak awansował na naszego lokalnego eksperta.
Rzucił okiem, pokiwał głową, zajrzał gdzieś pod maszt i stwierdził, że oprócz rozkręconego steru, mamy też jakąś zerwaną linkę. Powiedział to oczywiście w sposób znacznie bardziej profesjonalny, dodając fachowe słowa, które zabrzmiały jak cytat z instrukcji obsługi wahadłowca.
Był nawet zdziwiony, że się nie zorientowaliśmy.
Spojrzałam na męża.
Mąż spojrzał na mnie.
– No coś tam wczoraj stuknęło, jak składaliśmy maszt… ale skoro działało… – mruknął z rozbrajającą szczerością.
Antyporada #47: Jeśli coś głośno stuknie, ale nadal działa – zignoruj. Najlepiej do momentu, aż przestanie działać. Wtedy będzie łatwiej znaleźć źródło dźwięku.
Panowie postanowili, że naprawią to razem. I tak zniknęli na pół dnia – oficjalnie w poszukiwaniu śrubek, nieoficjalnie: prawdopodobnie w misji męsko-integracyjnej z narzędziami w tle. W efekcie uziemili dwie łodzie – naszą i ich. Szlachetna ofiara w imię męskiego śrubowania przyjaźni.
Tymczasem problem steru pozostał. Niestety – żadne z nas nie miało kluczy, które były potrzebne do jego skręcenia. Bosmanat również nie posiadał niczego do pożyczenia. Sytuacja wyglądała niewesoło.
I wtedy wpadłam na genialny pomysł: szkoła żeglarska. W porcie cumowały dwie łodzie z dzieciakami uczącymi się pływać. A jeśli ktoś miał mieć pełen zestaw narzędzi na pokładzie, to właśnie oni.
Nie pomyliłam się. Co prawda nie pożyczyli sprzętu, ale… przysłali serwis.
Trzech nastoletnich chłopaków z zawziętością mechaników F1 przyjęło nasze zlecenie i w ciągu kilku minut nasz ster był z powrotem w stanie użytkowym. I to nawet lepiej niż przed burzą.
Antyporada #48: Jeśli nie wiesz, jak naprawić łódkę – znajdź dzieciaka z kursu żeglarskiego. On już naprawiał. Wszystko. Wczoraj. Trzy razy.
I tak oto – dzięki sąsiedzkiej pomocy, uczniom żeglarskim i męskiej wyprawie po śrubkę – wróciliśmy do gry. Łódź była gotowa. Ster działał. A ja powoli zaczynałam wierzyć, że może dziś naprawdę ruszymy bez kolejnej awarii. Może.
Ale tylko może.
Podczas kolejnej rozmowy z naszymi pomocnymi sąsiadami z motorówki wyszło na jaw, że oni… też robią to pierwszy raz.
Ich pierwszy rejs, nasz pierwszy rejs – jak się okazało, żadna z łódek nie miała pojęcia, co robi, i właśnie dlatego atmosfera zrobiła się natychmiast swobodna i pełna zrozumienia.
Bo przecież – jak nie tylko ty nic nie umiesz, to od razu robi się raźniej.
W kupie siła, a w porcie – serdeczność i wspólne narzekanie.
Z nimi pływało dwóch chłopców, mniej więcej w wieku naszej córki.
Zachwycona tym faktem nie była – wszak chłopaki to głupki (cytat dosłowny).
Ale z braku laku można się z nimi bawić. Warunkowo. Na dystans. I z zasadą: nie dotykać moich rzeczy.
Tak czy inaczej – wszyscy w końcu mogliśmy odpocząć po wczorajszym Armagedonie pogodowym.
Przed wypłynięciem mąż został oddelegowany na misję specjalną: uzupełnienie zaopatrzenia. Kończyły się bowiem najważniejsze rzeczy na pokładzie, czyli chrupki i cukierki młodej.
A ponieważ dzień wcześniej przeszedł całe miasteczko w poszukiwaniu śrubki, to – logicznie rzecz biorąc – znał teren najlepiej. I został jednogłośnie uznany za naszego człowieka w Biedronce, oddalonej o kilometr.
Po około godzinie wrócił. Dumny jak paw.
Z pełnowymiarowym metalowym wózkiem sklepowym.
Wypchanym jedzeniem, napojami, przekąskami i wszystkim, czego można potrzebować w przypadku spontanicznego rejsu na Biegun Północny.
Spojrzałam na niego wymownie.
– No co? Ci ze szkółki żeglarskiej też tak zrobili. Przecież zaraz go oddam.
I faktycznie – oddał. A ja w tym czasie zdążyłam wszystko poukładać na łodzi. Co prawda do dziś nie wiem, jak zamierzał usmażyć szaszłyki na ogniku, ale – jak to w tym urlopie – nie takie rzeczy już robiliśmy.
Antyporada #49: Jeśli mąż przynosi wózek z Biedronki na łódkę – nie pytaj „po co?”. Pytaj „czy mamy ketchup?”. I rozpal ognisko. Albo coś wymyślisz.
Przed wypłynięciem wymieniliśmy się numerami z sąsiadami z motorówki – na wypadek, gdyby życie znów postanowiło nas zaskoczyć. A potem ruszyliśmy.
Plan był prosty: Mikołajki.
Ale wiedziałam, że w tym tempie nie ma szans, żebyśmy tam dopłynęli dziś. Było już za późno. I dobrze. Bo zamiast planu – był relaks.
Wypłynęliśmy ładnie, spokojnie, na żaglach. Mąż postawił je z gracją godną wilka morskiego po dwóch dniach rekonwalescencji. Wiatr był słaby, ale po wczorajszej wichurze – to było błogosławieństwo.
Razem z młodą mogłyśmy wrócić do naszego ulubionego zajęcia:
patrzenia na widoki i podziwiania ptaków.
W pewnym momencie młoda poprosiła, żeby skręcić do jednej z zatoczek – zauważyła ciekawego ptaka i chciała sprawdzić w swojej książeczce, jaki to gatunek.
Skręciliśmy. A tam – ludzie cumujący na dziko w lesie.
Szybkie spojrzenie porozumiewawcze między mną a mężem. Wiadomo, co to znaczyło:
Cumujemy. W lesie.
Młoda była zachwycona. Skakanie do wody, spanie w lesie, a jak się uda – ognisko. Dla niej raj.
Dla nas?
Cisza.
Spokój.
I może nawet czas na herbatę. Albo coś mocniejszego.
Po zacumowaniu, zgodnie z niepisanym rytuałem, zrobiliśmy szybki rekonesans terenu. A raczej – młoda zrobiła.
Biegała po lesie jak mała Pocahontas z kabanosem, skakała po kłodach, zaglądała do każdej mini-zatoczki i zachowywała się jakby co najmniej była tu na zwiadzie dla jakiejś leśnej ekspedycji.
Dodatkową atrakcją była mała kaczuszka pływająca w pobliżu naszej łodzi. Niestety – mimo całej swojej urody i determinacji – kaczuszka nie radziła sobie z falami, które wciąż produkowały skutery wodne. Mimo zakazu.
Bo przecież zakaz to tylko sugestia. Zwłaszcza na Mazurach.
Fale raz po raz wyrzucały ją na brzeg, a maleństwo nie było w stanie dopłynąć do swojej mamy, która nawoływała ją z oddali. Dźwięk „kwa kwa” jeszcze nigdy nie brzmiał tak dramatycznie.
Po godzinie prób, emocji i akcji ratowniczej na poziomie WWF, młodej udało się pomóc kaczuszce dopłynąć do mamy. Osłaniała ją własnym ciałem, tworząc żywą barierę falową.
Prawie płakałam. Ze wzruszenia i z ulgi, że nie będziemy zabierać kaczki do łodzi.

Antyporada #50: Jeśli twoje dziecko ratuje kaczuszkę, a ty masz rozpałkę w ręce – nie próbuj pomóc. Jedno z was musi być stabilne. I najlepiej, żeby to była osoba z zapałkami.
W swoim żywiole – bo jestem, nie ukrywajmy, niegroźnym piromanem – zaczęłam przygotowywać się do ogniska.
Miejsce po wcześniejszych biwakowiczach było wprost profesjonalne. Wydzielone, zabezpieczone, a nawet z pniaczkami ustawionymi jak w harcerskiej broszurze „Ognisko i Ty”.
Zbierałam chrust na rozpałkę, kiedy zadzwonił telefon.
Sąsiedzi z Rynu. Ci od motorówki i wózka z Biedronki.
Okazało się, że również biwakują „na dziko”. I że ich zatoczka jest dosłownie obok naszej.
Zaczęli mi zachwalać, jak u nich fajnie, dziko i klimatycznie – sugerując, że to my powinniśmy do nich przepłynąć. No prawie się daliśmy. Ale wtedy wspomniałam mimochodem, że u nas drewna pod dostatkiem, bo przecież LAS.
U nich – bida. I plastikowe krzesełko.
Szybka decyzja: jednak oni przetransportują się do nas.
W ten sposób nie tylko biwakowaliśmy w lesie, jak planowaliśmy, ale jeszcze młoda zyskała kolegów do zabawy, a my zyskaliśmy upragnioną przerwę od bycia animatorem, nauczycielem i organizatorem czasu wolnego.
Antyporada #51: Jeśli masz dzieci i drewno na ognisko – sąsiedzi znajdą cię sami. Nawet bez zaproszenia.
Po połączeniu naszych obozów – naszej żaglówki i ich motorówki – przygotowania do ogniska ruszyły pełną parą. Dosłownie i w przenośni.
Ogień już płonął – oczywiście moim dziełem (bo jak wiadomo, każdy piroman ma swój moment chwały), a ja, nie mogąc znieść widoku tych nieszczęsnych szaszłyków z Biedronki kupionych „na wszelki wypadek”, przygotowałam prowizoryczny ruszt. Na wszystko, co da się nadziać, przypalić i zjeść z oświadczeniem: „no, mogło być gorzej”.
Tymczasem panowie – jak przystało na wilków morskich na urlopie – jednogłośnie stwierdzili, że nadszedł czas na rum.
– Nie wypada inaczej – powiedział jeden.
– To tradycja – dodał drugi.
– To terapia – zakończył mój mąż, po czym uśmiechnął się jak kapitan w reklamie pasty do zębów i zniknął w kierunku pokładu po butelkę.
My – czyli ja i moja nowa koleżanka z motorówki, równie doświadczona w ogarnianiu chaosu jak ja – zostałyśmy przy ognisku, z pełną świadomością, że na naszych barkach spoczywa nie tylko organizacja kolacji, ale też logistyka, dyplomacja i zarządzanie trzema dziećmi i trzema dorosłymi mężczyznami, czyli – jakby nie patrzeć – szóstką dzieci.
Siedziałyśmy spokojnie przy ogniu, patrząc jak nasi partnerzy odpalają wspomnienia z liceum i rum z plastikowych kubków. Zachowywali się jakby właśnie mieli zaraz założyć zespół szantowy albo wyjechać pod namiot bez nas.
Antyporada #52: Jeśli myślisz, że masz dwójkę dzieci – policz dorosłych mężczyzn po drugim łyku rumu. Zazwyczaj się nie zgadza.
A ognisko płonęło. Dzieci biegały. Rum płynął.
A my?
Smażyłyśmy szaszłyki.
I uśmiechałyśmy się szeroko. Bo to był ten moment. Wakacyjny, szalony, pełen chaosu i dymu. Ale nasz.
Im dalej jesteś od miasta, tym noc staje się ciemniejsza.
I to nie w sensie poetyckim – po prostu ciemność jest absolutna. Szczególnie gdy nie ma latarni, latarki się rozładowały, a niebo zasłaniają chmury tak grube, że nawet księżyc postanowił się nie wychylać.
Ognisko dogasiłyśmy około 22:00. Dzieci – po niełatwej walce, podczas której ostatnim argumentem było zdanie: „jutro też będzie woda” – zostały zagospodarowane do spania.
Została nam nasza podpita ekipa szantowa.
Z uporem maniaka twierdzili, że:
- są trzeźwi,
- są trzeźwi,
- oraz – i tu cytat – „halo, my jesteśmy dorośli!”
Nic więcej nie dało się już z nimi zrobić. Westchnęłyśmy z koleżanką jednocześnie – to był ten rodzaj kobiecego porozumienia ponad słowami, gdzie jedno spojrzenie zawiera całą filozofię życia, żeglowania i małżeństwa.
Spojrzałyśmy na siebie z wyrazem współczucia w oczach, skinęłyśmy głowami i poszłyśmy spać.
Niech grają. Niech nucą. Niech dyskutują, czy rum to bardziej napój, czy styl życia.
Antyporada #53: Gdy grupa mężczyzn trzy razy mówi, że jest trzeźwa – wyłącz się z rozmowy. Dla nich to faza. Dla ciebie – puenta dnia.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że gdy cumowaliśmy naszą łódkę, zrobiliśmy to… dziobem do brzegu.
Dlaczego? Bo młoda uparła się, że będzie skakać na brzeg z mostka znajdującego się właśnie na dziobie. I oczywiście – skoro raz coś zadziałało, to tak już zostało na zawsze.
Problem się zaczął, gdy przypłynęli nasi nowi przyjaciele z motorówki. Ich łódka mogła zacumować maksymalnie półtora metra od brzegu – dalej było po prostu za płytko. A skoro już byliśmy sąsiadami, to zaczęli regularnie kursować przez naszą żaglówkę.
W sumie nie było problemu.
Przynajmniej nie dla mnie, mojej koleżanki od ogniska i dzieciaków.
Dla nas – to była po prostu nowa wersja plenerowego mostu zwodzonego.
Ale dla panów – szczególnie po drugiej butelce rumu – ten manewr stawał się z godziny na godzinę coraz bardziej ryzykowny.
A dla mnie oznaczało to jedno: brak snu.
Dopóki towarzystwu nie skończy się rum, nie będzie ciszy.
Za każdym razem, gdy któryś z nich postanowił coś przynieść z motorówki, wejść na naszą łódkę lub – nie daj Boże – zejść z niej, rozbrzmiewał ten sam rytm:
„Łup!”… „Bum!”… „Ałaaa!”
Każdy zaliczał bolesny kontakt z pokładem, relingiem, liną, kantem, mostkiem – lub wszystkim naraz.
Z jednym wyjątkiem.
Mój mąż.
Z dumną miną, niczym gepard po kursie baletu, wchodził i schodził z gracją, której pozazdrościłby mu każdy z reszty załogi.
Bo jak sam stwierdził:
– Ja ćwiczyłem to już na Bałtyku… tylko tam były fale.
Antyporada #55: Jeśli twój mąż twierdzi, że po dwóch butelkach rumu potrafi z gracją schodzić z łodzi – nie pytaj, kiedy ćwiczył. Tylko odsuń wszystko, co może się stłuc. Łącznie z godnością.
Następnego ranka dzieciaki obudziły się skoro świt – pełne energii, entuzjazmu i pomysłów na życie, jakby wczoraj w ogóle nie zasnęły, tylko ładowały się podłączone do jakiegoś leśnego powerbanka.
My – czyli matki dowodzące – wstałyśmy razem z nimi.
Nieco mniej wyspane, lekko zmierzwione, ale na chodzie. Bez jęków, bez wymówek, z determinacją w oczach i termosem z kawą.
Panowie za to…
Wyglądali tak, jakby właśnie przeszli przez co najmniej dwa etapy agonii i zastanawiali się, czy to już trzeci.
Spojrzenia w stylu „czy żyję?” mieszały się z szeptami „kto wymyślił ten rum?” i pytaniami egzystencjalnymi w rodzaju: „czy ognisko mogło mi stopić wspomnienia?”
Niestety – żadnej taryfy ulgowej.
Skoro wczoraj to my ogarniałyśmy dzieci, to dziś – logicznie – one są pod ich opieką. Decyzja została podjęta szybko, jednogłośnie i bez możliwości apelacji.
Dzieciaki, oczywiście, natychmiast wpadły na genialny pomysł:
– Upolujemy rybę na obiad!
Pech chciał – a może los był wyjątkowo ironiczny – że jeden z panów z motorówki miał wędkę. I nie tylko wędkę, ale też uprawnienia.
Wystarczyło jedno słowo: „wędka”, a pozostali mężczyźni zniknęli w sekundę. Wyparowali. Rozpłynęli się jak poranna mgła. Zostawili koleżkę sam na sam z trójką rozwrzeszczanych, podskakujących dzieci i przynętą, która nie pachniała jak lawenda.
A wszystko to – w bonusie po sporej ilości rumu z dnia poprzedniego.
Antyporada #55: Jeśli masz wędkę i uprawnienia – nie przyznawaj się do tego po wieczorze z rumem. Chyba że marzysz o poranku z robakami i trzema krzyczącymi dzieciakami.
Podczas gdy wszyscy próbowaliśmy się ogarnąć i przygotować do wypłynięcia – czyli w praktyce odnaleźć buty, naczynia, silnikowy kluczyk i resztki rozumu po nocnym ognisku – dzieciaki z zapałem odkrywały świat wodny.
Uzbrojone w wędkę, cierpliwość i nieco przeterminowaną przynętę, próbowały złowić ten wymarzony obiad. Pełne entuzjazmu i przekonane, że zaraz będzie zupa rybna z własnego połowu.
I wtedy przyszła kolej naszej córki.
Skupiła się, zacięła (chyba bardziej z nerwów niż techniki), pociągnęła za wędkę… i udało się!
Złapała rybę!
Radość była ogromna. Prawdziwy pierwszy połów życia.
Wrzuciliśmy rybkę do wiadra, żeby określić gatunek. Jeden z naszych znajomych ekspertów (czyli ten z wędką i uprawnieniami) rzucił okiem i oznajmił:
– To mały okoń.
W tym momencie nasza córka wydała z siebie radosny okrzyk, który prawdopodobnie niósł się echem po całym jeziorze:
– Mamoooo, mamoooo! Złapałam małego O-KONIKA!
Powiedziała to z takim entuzjazmem i taką dumą, jakby właśnie złapała żywego kucyka w wersji wodnej.
A my, wiedząc, że konie to jej największa pasja od momentu, gdy nauczyła się mówić i chodzić (a czasem zamieniała dłonie w kopytka i rżała przy kolacji), nie mieliśmy serca prostować zoologii.
Antyporada #56: Jeśli twoje dziecko złapie rybę i nazwie ją konikiem – nie poprawiaj. Będzie wspominać to do końca życia. I będziesz musiał kupić stajnię.
W końcu nadszedł moment wypłynięcia. Biwak skończony, poranek ogarnięty, dzieci uśmiechnięte, a pogoda – jak na Mazury – stabilna, czyli przynajmniej nie padało poziomo.
Wszyscy spakowali wszystko na swoje łodzie, teren wyglądał jak nie naruszony – jakbyśmy nigdy tu nie byli. Ognisko wygaszone, śmieci zebrane, pniaki ustawione z powrotem jak w katalogu survivalowym.
Ładujemy się na nasze łodzie. Dzieci już w kapokach, gotowe na kolejny etap przygody. Słońce przemyka przez liście, jezioro spokojne, żagle czekają.
Panowie zaczęli wchodzić na swoją motorówkę – ich łódź miała odpłynąć pierwsza, bo była przywiązana do naszej i to oni otwierali „bramkę” do dalszego rejsu.
Zasadniczo byli już na głębokiej wodzie.
Nic tylko włączyć silnik… i płynąć.
Antyporada #57: Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, dzieci są zapięte w kapokach, a łódź gotowa do odpłynięcia – przestań się cieszyć. To dopiero preludium.
I wtedy – kiedy wszyscy byli już niemal gotowi do wypłynięcia, dzieci w kapokach, silniki czekały, słońce błyszczało nad lasem, a jezioro aż prosiło się o żagle – mój mąż, nocny gepard, postanowił wkroczyć na pokład jak na wybieg.
Efekt?
Łup. Bum. Ałaaa.
Ja – pod pokładem. Nie wiem, co się dzieje. Młoda obok mnie przeskakuje po łodzi, rozstawia swoje zabawki w systemie strategicznym (co zajmuje jej zwykle dwie godziny), gdy nagle słyszymy znajomy głos, który brzmi jak zapowiedź katastrofy:
– Jestem pod łódką!
Wychylam głowę spod pokładu.
– CO?!
Z motorówki wychyla się moja nowa koleżanka z miną kobiety, która widziała już wszystko.
– Młoda, nie skacz po łódce! Tata potrzebuje ratunku!
Wszyscy panowie, absolutnie wszyscy – oprócz mojego – zaliczyli wczoraj upadek z dziobu po rumie.
Ale mój geniusz zrobił to na trzeźwo. Z klasą. Z determinacją. I z potencjalnie złamaną kostką.
Inni – śmiech, siniaki i anegdotki.
On – leży w wodzie i najprawdopodobniej nie stanie o własnych siłach.
Antyporada #58: Jeśli masz ochotę udowodnić, że upadek z łodzi można zaliczyć również na trzeźwo – nie musisz. Mąż już to zrobił za ciebie.
Spojrzałyśmy z koleżanką na siebie. Po raz kolejny w tym rejsie porozumienie zostało osiągnięte bez słów.
– Masz numer na alarmowy na Mazurach? – zapytała.
– Mam. – odpowiedziałam spokojnie.
– Jak co, dzwonię. Jak trzeba, podpłyniecie mi pomóc.
I znowu – wszyscy w gotowości, dzieci w kapokach, żagle postawione… tylko mąż leży pod łódką i nadaje się bardziej do punktu medycznego niż do sterowania jednostką.
Bo przecież nie byłoby wyjazdu bez małego, spektakularnego „łup-bum” na koniec.
Wypływamy.
No… może nie do końca profesjonalnie, ale – uwaga – działa.
Zostaliśmy już zupełnie sami w zatoce, więc stwierdziłam, że nie ma co udawać regatowego stylu. Nie ma presji, nikt nie patrzy, bosman nie filmuje – można pomóc sobie po cichu.
Zasada była prosta: jak nikt nie widzi, to wszystko wolno (byle działało).
Wskoczyłam do wody.
Obróciłam łódkę rękami, tak żeby stała przodem do kierunku płynięcia.
Wypchnęłam ją, żeby była już na naprawdę głębokiej wodzie.
A potem – zgrabnie (czyli: z ryzykiem szpagatu) wciągnęłam się z powrotem na pokład.
Mąż, zgodnie z planem:
opuścił ster,
włączył silnik,
i – jakby nic się nie wydarzyło – spojrzał przed siebie z miną kapitana liniowca.
To było nasze najmniej profesjonalne wypłynięcie w historii.
Ale, co ważniejsze – najmniej stresujące.
I efekt był dokładnie ten sam:
Płynęliśmy.
Bez szamotaniny. Bez paniki. Bez ślizgania się na bosaku po pokładzie.
Po prostu… płynęliśmy.
Antyporada #59: Jeśli chcesz wypłynąć jak profesjonalista – idź na kurs. Jeśli chcesz wypłynąć skutecznie – wskocz do wody, popchnij łódkę i nie pytaj nikogo o zdanie.