Nie mieliśmy żadnych planów na święta.
Naprawdę żadnych.
Nie dlatego, że nie chcieliśmy gdzieś wyjechać. Po prostu nic się nie składało w sensowną całość. Nie było pomysłu, nie było wewnętrznej potrzeby, nie było nawet tej charakterystycznej iskry entuzjazmu, która zwykle pojawia się pierwsza, a dopiero potem rodzą się decyzje. Wszystko było rozmyte, odkładane na później, które — jak wiadomo — rzadko kiedy faktycznie nadchodzi.
Antyporada #1: Jeśli nie masz planów na święta, nie łudź się, że „same się zrobią”.
Zwykle robi się coś zupełnie innego.
I zapewne tak by zostało, gdyby nie zupełnie niewinny, weekendowy wyjazd do czeskich Skalnych Miast. Krótki wypad, zaplanowany bez ambicji i bez oczekiwań. Wspólny, rodzinny, z moją siostrą.
Sama wyprawa przebiegła zaskakująco spokojnie. Bez dramatów, bez kryzysów, bez nagłych zwrotów akcji. Za to gdzieś pomiędzy spacerami a rozmowami wydarzyło się coś, co — jak się później okazało — uruchomiło całą lawinę.
Mój mąż pokłócił się z moją siostrą.
Do dziś nie do końca wiadomo, o co właściwie poszło. W każdym razie nie bezpośrednio o wakacje. Kłótnia była jednak wystarczająco intensywna, by po powrocie do domu, jeszcze z resztką pary pod kopułą, mój mąż oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu:
— Jedziemy na wakacje.
Gdzie — to było sprawą drugorzędną.
Ważne było tylko jedno: żeby nas nie było na święta.
I tyle. Decyzja zapadła.
Antyporada #2: Nie podejmuj decyzji urlopowych w emocjach.
Chyba że liczysz na przygodę — wtedy jak najbardziej.
W gruncie rzeczy nie brzmiało to źle. Urlopu mieliśmy jeszcze sporo, dziecko odliczało dni do ferii, pies miał zapewnioną opiekę, a koty — jak zawsze — własną, osobistą misję znienawidzenia każdego, kto zostaje z nimi dłużej niż godzinę. Pozostawało tylko wybrać kierunek.
Wtedy właśnie mój mąż rzucił hasło, które brzmiało jak wygenerowane w panice przez algorytm do podejmowania życiowych decyzji:
— Meksyk.
Zapadła cisza.
— Serio? — zapytałam po chwili.
— Serio — odpowiedział bez mrugnięcia okiem. — Bo tam jest ciepło.
I tu rozpoczęła się prezentacja argumentów z kategorii „logika męska, edycja świąteczna”. Po pierwsze: ciepło, bo przecież Meksyk. Po drugie: palmy, a skoro są palmy, to zimno być nie może. Po trzecie — i najważniejsze — lot balonem nad piramidami.
Antyporada #3: Jeśli ktoś uzasadnia kierunek wakacji palmami,
sprawdź prognozę pogody. Dwa razy.
Było to jego dziecięce marzenie. Fantazja z czasów, gdy programy podróżnicze leciały w telewizji późnym wieczorem, a człowiek w piżamie, z miską chipsów na kolanach, mówił do siebie: „kiedyś tam pojadę”.
W Egipcie się nie udało. Loty nad Gizą były zakazane.
Więc teraz Meksyk.
— Piramida to piramida — oznajmił z pełnym przekonaniem.
Dla niego Aztekowie, Majowie i Egipcjanie stanowili jeden wielki klub budowlany. Patrzyłam na ten charakterystyczny błysk w jego oku — ten sam, który pojawia się zawsze, gdy wraca marzenie z podstawówki i nagle wydaje się całkowicie realne.
Meksyk. Święta. Piramidy.
Dobrze. Lecimy.
A przynajmniej tak się wydawało.
Bo wtedy do pokoju weszła Młoda. Z telefonem w dłoni, aplikacją pogodową na ekranie i dramatem w oczach.
— Tam nie będzie upału — oznajmiła. — Będzie dwadzieścia stopni. I może padać.
— A jak znowu będzie jak w Egipcie, to ja nigdzie nie jadę.
I trudno było jej odmówić racji. Do Egiptu też jechaliśmy z przekonaniem, że „około dwudziestu stopni” to wciąż ciepło. W końcu rosły tam palmy. A palmy miały być gwarancją temperatury.
Nie były.
Było zimno. I to bardzo.
Antyporada #4: Palmy nie są jednostką temperatury.
Tym razem Młoda była gotowa zbojkotować każdy kierunek, który nie gwarantował co najmniej dwudziestu siedmiu stopni w cieniu i wody cieplejszej niż wanna w listopadzie. Entuzjazm zaczął parować. Razem z nim — plan.
Meksyk, jeszcze przed chwilą ogłoszony z dumą i rozmachem, zaczął się chwiać pod ciężarem prognoz, wspomnień i pogody, która wcale nie przypominała tej z folderów biur podróży.
A ponieważ do wyjazdu zostało niewiele czasu, stało się jasne, że trzeba działać.
Została nam determinacja.
Antyporada #5: Jeśli plan zaczyna się chwiać, nie dokładaj do niego nadziei.
Lepiej zmień plan.
Zaczęłam przeglądać oferty. Razem z Młodą. Aż w końcu wróciło rozwiązanie, które już raz uratowało nam zarówno budżet, jak i nerwy.
Wycieczka z biura podróży.
Powód był ten sam, co przy Egipcie: logistyka po czyjejś stronie i brak konieczności nocnego szukania połączeń między miastami, o których istnieniu jeszcze tydzień wcześniej nie mieliśmy pojęcia.
Azja.
Tajlandia, Kambodża i Wietnam — w jednym, intensywnym, trzytygodniowym pakiecie.
Trzy kraje. Jedna wycieczka. Zero piramid.
Pozostawał tylko jeden problem.
Jak przekazać to mojemu mężowi.
Antyporada #6: Nigdy nie informuj męża o zmianie planów,
gdy w jego głowie właśnie odbywa się lot balonem nad piramidami.