Początek wakacji zapowiadał się całkowicie zwyczajnie. No, może nie do końca – bo w tym roku po raz pierwszy mieliśmy nie jechać razem na wakacje. Dziecko rośnie, końskie fascynacje sięgają zenitu, a my – starzy – mieliśmy po prostu… odetchnąć.

Młoda miała zarezerwowane kolonie jeździeckie. Nie byle jakie, lecz całe letnie turnusy, które nosiły podtytuł „Kocham konie bardziej niż rodziców” – oczywiście z krótkimi przerwami na pranie, uzupełnianie witamin i wypełnianie formularzy, by nikt nie pomyślał, że jesteśmy wyrodnymi rodzicami, porzucającymi dziecko na dwa miesiące.

My natomiast, pełni entuzjazmu i zachwytu nad własną zaradnością, zaplanowaliśmy objazd okolicznych jezior. Pod namiot, z naszymi zupełnie nowymi cudami techniki – deskami SUP. Zamierzaliśmy pływać, młodnieć i nie przejmować się niczym. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik.

Oczywiście – żeby wszystko poszło gładko, wystarczyło, by… nie wyszło. Każdy, kto ma dzieci, wie, że plany z dziećmi mają mniej trwałości niż rozpuszczalna kawa w deszczu.

Rok szkolny dobiegł końca. Nasz orzeł zdał, w ramach nagrody miała pojechać do babci na zasłużone „premie edukacyjne”. Miała ich aż trzy, więc można było pomyśleć, że wspomniany wyjazd przypominał bardziej tour po sponsorach niż zwykłe rodzinne spotkanie.

U ostatniej babci (tej od czekolady i życiowych pytań) padło klasyczne:
– Gdzie jedziecie na wakacje?

Wymieniliśmy z mężem uśmiechy ludzi, którzy właśnie wygrali życie:
– Nigdzie! W tym roku tylko Młoda wyjeżdża. A my – pod namiot, gdy będzie na koloniach.

Babcia kiwnęła głową z tajemniczym wyrazem twarzy, nie komentując. W naszych głowach rozpoczęło się odliczanie dni do ciszy absolutnej.

Wracamy od babci. Mijają pierwsze pięć minut. Zapanowała cisza. Nie ta błoga. Ta niepokojąco głucha. I wtedy, z tylnego siedzenia, padło pytanie:
– To my naprawdę nigdzie razem nie jedziemy na wakacje?

Zamarliśmy. W mojej głowie przeanalizowałam, co dokładnie powiedziała babcia. Rzeczywiście…

Spróbowaliśmy dyplomatycznie wytłumaczyć, że przecież ma cały turnus z końmi, a wspólne wakacje odbędziemy zimą – Egipt, słońce, piramidy i krewetki w all inclusive. Nie usłyszeliśmy jednak żadnej odpowiedzi. Zapanowała gęsta, złowroga cisza, która trwała przez długie osiemdziesiąt kilometrów drogi.

W domu wydarzyło się coś, co można by śmiało wrzucić do działu „zjawiska nadprzyrodzone”. Młoda przyszła do pokoju spokojna, z powagą sądu konstytucyjnego w oczach, i powiedziała:
– Nie chcę jechać na drugie kolonie. Wolę pojechać z wami na wakacje. Nie chcę, żebyście całe lato siedzieli sami w domu.

Pierwsza myśl: choroba.

Druga: ktoś ją podmienił.

Trzecia: może miała wypadek w stajni?

I wtedy przytuliła się do nas. Nie miała gorączki. Mówiła coś dalej, lecz byłam zbyt zajęta resetowaniem układu nerwowego, by słuchać ze zrozumieniem.

Mąż siedział w szoku, ja – w szoku. Z jej ust padły słowa, których nie słyszeliśmy od lat:
– Kocham was.

A potem poszła do pokoju… bez trzaśnięcia drzwiami! Usiedliśmy z mężem obok siebie, spojrzeliśmy na siebie i oboje wypowiedzieliśmy to samo zdanie:
– Co się właśnie wydarzyło?

Mąż ocierając niewidzialną łzę, powiedział:
– Musimy pojechać razem. Jakimś cudem. Choćby na tydzień.

Jedyne możliwe „okienko” w kalendarzu to 9–18 lipca, bo 25-go zaczynały się kolejne kolonie: pranie, pakowanie, nerwowe poszukiwanie jakichś zgubionych rzeczy…

Zaczęliśmy polowanie na loty: drogo, nieciekawie, albo akurat byliśmy tam już kilka razy, albo kompletnie nie chcieliśmy tam jechać. I wtedy, zaskakująco sam do siebie, rzuciłem:
– A może Chorwacja? Samochodem?

Mąż wzruszył ramionami (nigdy tam nie był), ja już byłam tam kilka razy. „Daleko? 1 200 km. W sam raz. Prom to dwie godziny – luz. Deski SUP bierzemy, tylko trzeba lekko przerobić samochód.”

„Ale przecież to się da zrobić!” – mówiliśmy, wspólnie i jednogłośnie, w niemal świętej naiwności.

Narodził się plan: będzie to nasza pierwsza poważna wyprawa samochodem za granicę – nie do Czech na zakupy, lecz dziewięć dni przygody dla trzech osób, z trzema deskami SUP.