Przygodę w Asuanie rozpoczęliśmy od najbardziej spektakularnej wycieczki – wyprawy do Abu Simbel. Plan był prosty: pobudka o trzeciej nad ranem, wyjazd trzydzieści minut później, śniadanie w drodze i niemal czterysta kilometrów do pokonania na południe. W rzeczywistości wyglądało to jak ewakuacja przed końcem świata.
Dla niektórych noc okazała się wyjątkowo krótka – spędzona w objęciach porcelanowej muszli. „Klątwa faraona” powoli zaczynała zbierać kolejne ofiary – bo przecież już dzień wcześniej jedna osoba się rozchorowała. Nasz przewodnik – jak rasowy farmaceuta z długoletnim doświadczeniem – rozdawał sprawdzone egipskie leki. – Na razie weźcie jedną. Jak przestaniecie widzieć, zgłoście się po drugą – rzucił z uśmiechem, który miał uspokajać, ale działał dokładnie odwrotnie.
Antyporada #46: Nie zakładaj, że nocna pobudka na wycieczkę będzie romantyczna. W Egipcie „magia nocy” oznacza zazwyczaj zimno, zaspanie i brak kawy. Zabierz humor – nawet jeśli nie masz czapki
Mój mąż postanowił nie ryzykować. Jako człowiek, który – cytuję – „zna swój organizm”, wdrożył najgłupszą znaną ludzkości strategię przeciwko klątwie faraona: przestał pić wodę. Uznał, że jeśli nie wleje do siebie ani kropli, to nic nie będzie miało szansy z niego wylecieć. W praktyce pił tylko na statku. W autobusie – susza strategiczna. Na pustyni – stan odwodnienia kontrolowanego. Gdyby jeszcze ktoś mu powiedział, że człowiek bez wody funkcjonuje jak klimatyzacja bez prądu, może by się zastanowił. Ale nie. On wiedział lepiej.
A co to w ogóle jest to Abu Simbel? To kompleks dwóch skalnych świątyń wykutych w XIII wieku p.n.e. na polecenie Ramzesa II – tego z ogromnym ego i jeszcze większą potrzebą bycia zapamiętanym. Świątynia główna poświęcona jest właśnie Ramzesowi i trzem bogom: Ra-Horachte, Amonowi i Ptahowi.

Mniejsza – jego żonie Nefertari. Obie miały za zadanie nie tylko oddawać cześć bogom, ale i przypominać Nubijczykom, kto tu rządzi. Co ciekawe, świątynia jest tak zaprojektowana, że dwa razy w roku – 22 lutego i 22 października – promienie wschodzącego słońca wpadają przez wejście i oświetlają posągi w głębi. Taki starożytny teatr światła. I monumentalnej propagandy.
Śniadanie w formie prowiantu okazało się zaskakująco porządne – kanapki, owoce, jajka, słodkości, soki i butelka wody, której mąż, oczywiście, nie tknął. W półśnie, w ciemności, z zawiniętym rogalikiem w dłoni, czuliśmy się jak członkowie jakiejś ekspedycji archeologiczno-desantowej.
Trasa minęła szybko. Kierowca pędził przez pustkowia z prędkością godną Nila w porze wezbrania i już po dwóch godzinach byliśmy na miejscu – idealnie na wschód słońca. Abu Simbel o poranku wygląda jak filmowy plan zdjęciowy do produkcji z serii „Egipt 3000 przed naszą erą”. Świątynia Ramzesa II tonęła w pomarańczowo-różowym świetle, a monumentalne posągi wyglądały, jakby właśnie budziły się do życia. Byliśmy jednymi z pierwszych odwiedzających tego dnia, więc przez chwilę naprawdę mieliśmy Abu Simbel tylko dla siebie – żadnych tłumów, żadnych megafonów, żadnych selfie-sticków. Tylko my, wschód słońca i poczucie, że jesteśmy w centrum starożytnego świata
Ale nie – nie byliśmy sami. W tle zaczęło się widowisko zupełnie nowego typu: influencerzy w akcji. Nie wiem, czy byliśmy w najlepszej porze na robienie zdjęć, ale widoki, które tam zobaczyłam, widziałam po raz pierwszy w życiu. Dziewczyny przebierające się (czytaj: rozbierające) do zdjęć na tle świątyni, w stylizacjach bardziej z Dubaju niż z Abu Simbel. Temperatura wynosiła kilka stopni powyżej zera, a tu co chwila nowa kandydatka do Insta-sławy w cienkiej sukience, wyginająca się przed obiektywem na tle kolosów.
Ale to był dopiero początek. W środku, w jednym z korytarzy, stała Chinka w pełnej sukni balowej rodem z Aliexpress – coś pomiędzy księżniczką a kandydatką na konkurs cosplay. Przed nią jej mąż/partner/fotograf z trzema torbami na ramieniu i miną człowieka, który wie, że nie skończy tego sesyjnego koszmaru przed południem. Nie rozumiem chińskiego, ale wiem jedno: robił coś źle. Bo ona nieustannie na niego krzyczała, a on pokornie robił zdjęcia od nowa. Zwiedziliśmy całą świątynię i kiedy wychodziliśmy – oni nadal tam byli. Nadal robiła mu awantury. Nadal trwała sesja. Nadal było zimno. W środku zresztą też zaskoczenie: najwięcej błędów w malowidłach ze wszystkich świątyń w Egipcie. Proporcje dziwne, ręce w nadmiarze, kontury jakby rysowane z zamkniętymi oczami. Jakby ktoś zatrudnił ekipę uczniów na praktyki. Ale to wszystko miało sens – przy pochodniach i półmroku musiało wyglądać magicznie. Z bliska – cóż, rzemieślniczo. Z daleka – starożytny PR działał jak należy

Ramzes II – faraon z ego większym niż te wszystkie kolosy razem wzięte – kazał zbudować świątynię ku własnej chwale. Sceny bitewne, triumfy, kult własnej osoby. A do tego słynna sztuczka ze światłem – dwa razy do roku promienie słońca wpadają przez wejście i oświetlają posąg Ramzesa w głębi świątyni. Bo przecież jak król, to z reflektorem.

I faktycznie – świątynia olśniewa. Nawet jak nie jesteś fanem historii, nie sposób się nie zachwycić. To jakby starożytni wzięli udział w konkursie „kto zrobi większe WOW” i wygrali go z palcem w nosie.
A potem przyszły lata 60. XX wieku i problem: budowa Tamy Asuańskiej.

Fot. Manfred Niermann (1964) — Świątynia Nefertari, Abu Simbel, Egipt. Licencja: CC BY-SA 4.0 – Wikimedia Commons.
Gdyby nic nie zrobiono, świątynia poszłaby pod wodę. Na szczęście wkroczyli archeolodzy z całego świata – w tym nasz profesor Kazimierz Michałowski – i uratowali ją. Rozebrali, przenieśli wyżej, złożyli od nowa. Puzzle 3D w skali 1:1, bez instrukcji, z całą ludzkością patrzącą przez ramię.
I dziś Ramzes nadal patrzy z góry. Dosłownie i w przenośni.

Nubia – świątynie Abu Simbel, fotografia nr 4 z serii XIX-wiecznych zdjęć (1870–1888). Archiwum Fotograficzne Museo Egizio, Turyn. Domena publiczna (Wikimedia Commons).

Prace przy ponownym wznoszeniu Wielkiej Świątyni w Abu Simbel na nowym miejscu, 1968.
Fot. UNESCO, licencja CC BY-SA 3.0 IGO.
Źródło: UNESCO / Wikimedia Commons.
Po niżej model ilustrujący relokację świątyń Abu Simbel — porównanie położenia przed i po przeniesieniu.

Fot. Zureks, licencja CC BY-SA (Wikimedia Commons)
A Jezioro Nasera, spokojne i majestatyczne, wygląda niewinnie. Ale nie dajcie się zwieść. To jedyne miejsce w Egipcie, gdzie nadal występują krokodyle nilowe. Te prawdziwe, zębiaste. Dlatego świątynię od strony wody otacza solidny metalowy płot – żeby nikomu nie przyszło do głowy podchodzić do brzegu w sandałach.

I jeśli komuś naprawdę mało – są też rejsy po Jeziorze Nasera. Cztery dni z Asuanu do Abu Simbel i z powrotem, z Wi-Fi, i z świadomością, że pod statkiem może akurat przepływać krokodyl w rozmiarze XXL. Dla odważnych – idealne.
Antyporada #47: Jeśli masz ochotę na kąpiel w jeziorze z krokodylem – Jezioro Nasera ci to umożliwi. Serio.
Wracając do Asuanu, zobaczyliśmy coś naprawdę dziwnego – fatamorganę. Nie, nie przewidzenie od upału, nie halucynacja po egipskiej herbacie. To był klasyczny miraż: lśniąca tafla wody jakieś dwa–trzy kilometry dalej, w miejscu, gdzie powinny być tylko skały i kurz.
Na tle tej „wody” – jak z katalogu biura podróży – lewitowały palmy. Serio. Unosiły się jak hologramy z wakacyjnej symulacji. Człowiek już się prawie zastanawiał, gdzie jest leżak i bar z sokiem z trzciny.
Podobno to dość typowe zjawisko w tej okolicy – jesteśmy przecież niedaleko Zwrotnika Raka, gdzie rozgrzane powietrze zakrzywia światło tak skutecznie, że nawet rozsądek robi w tył zwrot. Fatamorgana to złudzenie, ale działa lepiej niż niejeden efekt specjalny z Netflixa. I nawet młoda oderwała się od telefonu. To mówi wszystko.
Antyporada nr 48: Jeśli widzisz jezioro i palmy pośrodku pustyni – nie biegnij z ręcznikiem. To nie all inclusive, tylko optyka.
