Z tą różnicą, że tym razem naprawdę mieliśmy tam dotrzeć.
Żadnych leśnych biwaków, żadnych dzikich cumowań, żadnych dramatycznych manewrów z rumem i szaszłykami.

Mąż, mimo że jego noga wciąż przypominała o sobie przy każdym kroku, określał poziom uszkodzenia jako „umożliwiający funkcjonowanie”. Co, tłumacząc z męskiego na polski, oznaczało: „boli, ale nie dam tego po sobie poznać, chyba że ktoś spyta”.

Pogoda była piękna. Ciche, mazurskie popołudnie.
Rozstawiliśmy żagle, złapaliśmy dobry kurs i spokojnie ruszyliśmy w stronę Mikołajek.
Bez pośpiechu, bez zrywów, bez steru wypadającego w połowie manewru.

Po cichu liczyliśmy na to, że może tym razem pogoda się nie popsuje, nie wyskoczy burza znikąd i nikt nie wyląduje w wodzie (ani pod łódką). Nadzieja – wiadomo – matką żeglarskich złudzeń.

Antyporada #60: Jeśli masz nadzieję, że tym razem pogoda się nie popsuje – sprawdź prognozę. A potem ją zignoruj. I przygotuj się na wszystko. Nawet mewę w kokpicie.

Wiatr nam sprzyjał.
Nie za mocny, nie za słaby – po prostu idealny, jakby przez chwilę Mazury postanowiły nam wynagrodzić wszystkie wcześniejsze dramaty: pszczoły, burze, spadających kapitanów i kaczki do uratowania.

Wieczorem, zmęczeni, niewyspani, ale z dumą i satysfakcją, dopływaliśmy do Mikołajek.

Tym razem bez ekscesów. Bez konieczności łapania steru w locie. Bez konieczności wzywania pomocy.

Postanowiliśmy zacumować w porcie przy hotelu Gołębiewski – spokojnie, komfortowo, z dostępem do tego, co najbardziej nas motywowało przez cały rejs:

Aquapark

W ramach nagrody – bo przecież dotarliśmy – mieliśmy w planach kąpiel w chlorowanej ekstazie, czyli dokładnie to, czego potrzebujesz po trzech dniach na łodzi: sztuczna fala, zjeżdżalnia i gorąca woda. Sprawdziliśmy wcześniej – czynny. Wszystko miało się zgadzać.

Nawet pogoda w końcu postanowiła nie robić nam na złość.

Antyporada #61: Jeśli twoim motywatorem w rejsie są zjeżdżalnie i jacuzzi – nie czuj wstydu. Wszyscy marzą o chlorze po trzech dniach w deszczu, błocie i kabinie z wiosłem.

Zostało nam tylko jedno: zacumować.

Jak zwykle – to ja miałam to zrobić.
Znowu ustaliliśmy, że cumujemy przodem. Nie ma sensu cyrkować z odwracaniem łódki na jeden dzień i jedno zejście. Spokojnie, bez pokazówki. Ma być skutecznie.

Mąż się zgodził. Poszedł na dziób – miał przytrzymać łódź, żeby nie uderzyła w pomost i przywiązać ją. Proste zadanie. Dobrze znane.

Wpływałam idealnie.
Silnik – odpowiednie obroty.
Kąt – wzorcowy.
Prędkość – podręcznikowa.

Można by to nagrać jako materiał szkoleniowy.
Pod hasłem: „Tak się cumuje!”

Już wpływamy. Silnik na jałowym. Potem na chwilę wsteczny, żeby wytracić impet.
Łódź niemalże staje.
Biorę oddech, żeby triumfalnie krzyknąć:

Kochanie! Patrz, jak pięknie! Bez przypału przycumowaliśmy w Mikołajkach!

I wtedy to się dzieje.

Słyszę głos:
Nie, nie! Wskakuj! Pomogę ci!

I…

CHLUP. Głośne CHLUP.

Jak ja się cieszę, że tego zdania nie zdążyłam dokończyć.

Bo to „chlup” to mój mąż.
A „nie skacz, pomogę” to głos starszego pana, może z siedemdziesiątką na karku, który przechodził właśnie po pomoście z łodzi obok i… bardzo chciał pomóc.

Tylko że odepchnął łódź dokładnie w tej sekundzie, kiedy mój mąż był już w powietrzu.

Efekt: klasyczny lot nad pomostem i wodne lądowanie. Na plecy. W kurtce. Z miną, która mówiła wszystko i nic jednocześnie.

Zaraz potem na pomoc rzuciła się cała okoliczna brać żeglarska.
Pomost był wysoki, woda głęboka, a mąż – no cóż – spory.
Trzeba było czterech chłopa, żeby go wyciągnąć.
Cała akcja trwała dobre 10 minut.

Starszy pan – przerażony, czerwony, zdruzgotany – zaszył się na swojej łodzi, powtarzając przeprosiny jak mantrę.

Po akcji ratunkowej udało się przycumować, tym razem już bez spektaklu.

Na pocieszenie dla mojego mokrego męża, jeden z pomagających panów powiedział:
Proszę się nie przejmować. Prawie cały port panu zazdrości – Gołębiewski nie otworzył portu, więc nikt się nie spodziewał, że ktoś będzie tu pływać w pandemii.

Jeden plus?
Cumujemy za darmo.

Jeden minus?
Do łazienki trzeba iść aż do głównego holu w hotelu. A to – w przemoczonym ubraniu i z miną „ja nic nie zrobiłem” – to nie lada wyzwanie.

Na szczęście, dzięki młodej, mieliśmy toaletę na łodzi.
I dumę. Przynajmniej trochę.

Antyporada #62: Jeśli ktoś chce ci pomóc podczas cumowania – upewnij się, że nie ma więcej dobrej woli niż siły. I że nie podchodzi z kierunku, z którego nie widzisz jego butów.

Mąż przebrał się w suche ciuchy – tym razem już naprawdę ostatni komplet, który nie pachniał ogniskiem ani jeziorem – i postanowiliśmy, że idziemy na obiad.

Ale zanim wyszliśmy z portu, mąż podszedł jeszcze do starszego pana, który wcześniej tak „pomocnie” zainicjował jego kontakt z wodą.
Uśmiechnął się, poklepał go po ramieniu i powiedział:

Niech się pan nie martwi, nic się nie stało. Będzie co wspominać.

Pan – z wyrazem ulgi na twarzy i rumieńcem wstydu – podziękował, a mąż po raz pierwszy tego dnia wyglądał jak prawdziwy kapitan na lądzie.

I ruszyliśmy. Na polowanie na rybkę. Bo przecież jesteśmy w Mikołajkach, a tu ryba to nie tylko danie – to obowiązek kulturowy.

Weszliśmy do jednej z najpopularniejszych knajp, pachniało świetnie, stolik się znalazł – wszystko zapowiadało się idealnie. Do momentu, gdy…
zaczęło lać.

Mikołajki 2020

I niestety – nie przestało do naszego wyjścia.

Deszcz, który wcześniej tylko „zawieszał się” nad horyzontem, teraz postanowił przypomnieć o sobie z pełną mocą. Lało jak z cebra, jakby ktoś przestawił pogodę na tryb „spłucz wszystko”.

Efekt?

Mąż – który jeszcze godzinę temu przebrał się w suchy zestaw – potrzebował kolejnego kompletu ubrań.
Tego samego dnia.

Antyporada #63: Jeśli mąż właśnie się przebrał w suche ubranie – nie pozwalaj mu wychodzić z łodzi bez folii malarskiej. Albo parasola. Albo… po prostu niech zostanie na pokładzie.

Obiad był pyszny. Ryba świeża, frytki chrupiące, sos tatarski jak trzeba.
Ale największym hitem dnia była kolejna porcja przemoczonych butów.

Mikołajki to był nasz ostatni nieznany port następnego dnia mielismy zacząć droge powrotna.

Po wygrzaniu się w akwaparku – i przywróceniu krążenia w kończynach – zaczęliśmy się zbierać do wypłynięcia. Pogoda była… okropna, ale przynajmniej nie padało. Co na Mazurach jest już całkiem blisko definicji „ładnie”.

Było tylko bardzo zimno i strasznie wiało – taki wiatr, który wbija się między kołnierz a kark i gwiżdże ci w duszy.

Ruszyliśmy w stronę kanałów.