W dzień powrotu wstaliśmy, co dziwne, wypoczęci, i o 10:30 stawiliśmy się punktualnie na promie na stały ląd. Dwugodzinny rejs minął w ciszy, bez turbulencji, wręcz w błogim nic nierobieniu. Zaczęliśmy nawet planować dalszą trasę: tym razem przez środek Chorwacji, z dala od korków między Zadarem a Zagrzebiem. Chcieliśmy przejechać przez malownicze góry i doliny, unikając autostrady. W teorii oznaczało to więcej kilometrów, lecz ładniejsze widoki i mniejsze spalanie.
Antyporada #55: Nie jedź autostradą. Wybierz trasy przez góry i doliny – bo dojazd przez tereny zniszczone konfliktem i brakiem stacji benzynowych to klasyka relaksu.
Z bakiem w połowie, z sercem pełnym optymizmu i mózgiem w trybie „oszczędność”, postanowiliśmy zatankować gdzieś po drodze. Na spokojnie. Na wsiach. Bo wiadomo – taniej niż nad morzem.
I rzeczywiście – było taniej.
Tylko że jak się potem okazało, to był jeden z tych genialnych pomysłów, które w teorii brzmią logicznie, a w praktyce kończą się gorzej niż nadprogramowy kilogram w walizce.
Antyporada #55: Nie tankuj na wybrzeżu. Tankuj „gdzieś po drodze”. Bo jak już coś pójdzie nie tak, to przynajmniej z pięknym widokiem i bakiem perspektyw na szybką pomoc.
Droga – bajka. Góry, doliny, wijące się rzeki. Na mapie czas dojazdu do domu się skracał. W teorii. My – zadowoleni, że omijamy korki spod Zagrzebia. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie…

…obrazy z zupełnie innego katalogu niż „Chorwacja 2023”.
Porzucone domy, wybite szyby, ściany z dziurami jak po bombie – ale od środka. Mogiły przy drogach. Pomniki z czarno-białymi zdjęciami chłopaków w mundurach. Ruiny, które nie były malownicze – były nieme.
Młoda długo milczała. A potem padło pytanie:
– Mamo, czemu tu tyle domów bez dachów?
– Czemu wyglądają, jakby coś w nich wybuchło?
Spojrzeliśmy z mężem na siebie. Klasyczny „kto zaczyna” wzrok.
– Bo tu była wojna – powiedziałam w końcu. – Prawdziwa. Z żołnierzami, bombami i ludźmi, którzy musieli uciekać z domów.
– Ale przecież to wakacyjny kraj. Plaże, promy, lody…
– Teraz tak. Ale kiedyś – niekoniecznie. I nie wszędzie ludzie mieli tyle szczęścia co my.
Zamilkła. Spojrzała w okno. A po chwili rzuciła cicho:
– Dobrze, że już się skończyło.
I to był jeden z tych momentów, kiedy podróż dorasta. A my razem z nią.
Antyporada #56: Zawsze zakładaj, że dziecko nie zapyta o wojenne ruiny. A potem spróbuj wytłumaczyć konflikt zbrojny w pięć zdań. Bez traumy.
Wino pod moimi nogami – bezpieczne. Młoda rozciągnięta z tyłu jak księżniczka w służbowym przedziale. Widoki – jak z pocztówki.

I wtedy bak zaczyna mówić: „Ej, halo. Pusto tu.”
Nie rezerwa, ale już taki błysk ostrzegawczy. Taki: „macie może 20 kilometrów, zanim zacznę szlochać.”
Stacje?
– zamknięte,
– w budowie,
– otwarte tylko z zewnątrz, ale bez obsługi i paliwa.
Zjeżdżamy z głównej trasy do miasteczka. Mała stacja. Działa. Cud. Tankujemy. Oddychamy.
Po dojechaniu do Plitwickich Jezior stwierdziliśmy, że to idealny moment na obiad. Miejscowość turystyczna, więc z jedzeniem nie będzie problemu.
Trochę na chybił trafił wybraliśmy restaurację, która była dokładnie po drodze – bez żadnych nadkładanych metrów.
I to był złoty strzał.
Niewielka knajpka z klimatem. Ich specjalnością był pstrąg, a przez środek lokalu płynął strumień z zagrodami, w których te pstrągi… pływały. Dosłownie. Świeższego się już nie dało.
Dla mnie – raj.
Dla mojego męża – dramat, bo spośród wszystkich ryb żyjących na Ziemi, pstrąg był jego najbardziej znienawidzoną.
Ale nawet on musiał przyznać, że obsługa była znakomita, a ceny – wręcz szokujące (pozytywnie). Wszystko – dosłownie wszystko – kosztowało ponad połowę mniej niż w najtańszej knajpce na wybrzeżu.
Zadowoleni z siebie, nasyceni i wypoczęci, zbieraliśmy się do dalszej podróży. Nieświadomi, że sielanka właśnie się kończy.
Wracamy do auta. Przekręcamy kluczyk.
Kontrolka.
Znowu.
Zatrzymujemy się. Pompujemy koło. Tym razem jednak… syczy.
Latarka. Szukanie. I jest – znalezisko: śruba. Duża, masywna, wbita w oponę z chirurgiczną precyzją i złośliwością losu.

Antyporada #57: Kiedy wszystko idzie dobrze – przygotuj się na syczenie. Nic tak nie dopełnia wakacji jak opona z gwoździem i pytanie: „dlaczego właśnie teraz?”
Na szczęście mieliśmy ubezpieczenie. Mąż dzwoni na infolinię, ja przygotowuję dokumenty.
Zgłoszenie przyjęte.
Pozostaje tylko czekać.
Antyporada #58: Nie licz na cud. Ale miej kartę w zębach, dokumenty w dłoni, a telefon naładowany. Reszta? Albo się ogarnie, albo zrobi to syn mechanika z pobliskiej wsi.
I właśnie wtedy – niespodzianka. Podchodzi do nas młody chłopak, może dwadzieścia parę lat.
– Co się stało? – pyta.
– Czekamy na serwis – odpowiadamy.
– Wiem. Mój tata odebrał zgłoszenie. Pracuję z nim. Widziałem was, jak tankowałem. Zaraz wracam z zestawem.
Po trzydziestu minutach wraca.
Naprawia oponę w… górę minutę. Dosłownie.
Wyciąga śrubę, przygląda się jej z rozbawionym niedowierzaniem i mówi:
– Jak wy w ogóle tu dojechaliście?
Opowiadamy mu naszą drogę przez mękę: od promu, przez góry i doliny, brak stacji benzynowych , błędy GPS, aż po tę jedną, nieszczęsną śrubę.
Kiwa głową ze zrozumieniem:
– Nie tankujcie na takich stacjach. Jak widzicie, że miejscowy tankuje, a potem dystrybutor się psuje – odjeżdżajcie. To często pułapki na turystów. Pod drugim dystrybutorem bywa rozłożone „coś specjalnego”.
Nie powiedzieliśmy mu nic wcześniej, nawet sami nie zwróciliśmy na to uwagi. A trafił w punkt.
Nasze miny? Bez komentarza.
Antyporada #59: Zawsze tankuj tam, gdzie kończą się znaki, a zaczyna niepokój. Lokalny folklor benzynowy – niezapomniana atrakcja ostatniego dnia wakacji.
Pożegnaliśmy się z naszym chorwackim wybawcą i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Była godzina 23:00, a my dopiero opuszczaliśmy Plitwickie Jeziora, mając przed sobą całą noc i – z grubsza licząc – ponad 700 kilometrów.
Zmęczeni, ale wdzięczni. Z oponą uratowaną, z poczuciem, że mimo wszystko świat nie jest taki zły.
W radiu – jakieś lokalne ballady o straconej miłości i jeszcze bardziej straconym paliwie.
W aucie – termos z zimną kawą, ostatni worek chipsów i święta cisza, której nikt nie miał siły przerwać.
Droga do domu – wydawała się już tylko formalnością.
Oczywiście… wydawała się.
Antyporada #60: Najlepsze pożegnanie z podróżą? Stłuczka pięć kilometrów od domu. Tak, by poczuć, że klamra właśnie się zamknęła – a może i klapa bagażnika.
Cała trasa przebiegła idealnie.
Nic – absolutnie nic – nie było już w stanie nas zatrzymać w drodze do domu. Wszystko działało. Opona nie syczała. Auto jechało. Nawigacja współpracowała.
Zostało pięć kilometrów.
Tylko pięć. Do miękkiej poduszki, do łóżka, do snu bez budzika.
Tyle że był poniedziałek rano.
A poniedziałkowe poranki mają swoje prawa.
Zwężenie drogi. Remont. Korek pełen ludzi ścigających się z czasem, próbujących wcisnąć się choćby o sekundę bliżej biura, budowy albo espresso z Orlenu.
I wtedy – trach.
W samochód stojący za nami wjechał inny, który nie wyhamował przed nagłym korkiem.
My – tylko lekko przesunięci.
Ale auto za nami? Poważnie uszkodzone.
A sprawca? Jego samochód nadawał się już tylko do kasacji.
Nie było dramatów, ale wystarczyło jedno uderzenie, żeby nasze spokojne „już prawie w domu” zamieniło się w kolejną scenę z wakacyjnego thrillera drogowego.

Statystyka policyjna nie kłamie: najwięcej wypadków zdarza się w ostatnich kilometrach od domu.
Policja przyjechała po trzydziestu minutach.
My z Młodą – przesiadamy się na fotel pasażera. W obecności funkcjonariuszy każdy automatycznie staje się bardziej czujny, grzeczny… i gotowy na kolejną przygodę.
Ręce opadały.
Sen musiał poczekać.
Adrenalina buzowała jak świeżo parzona kawa.
Do domu wjechaliśmy dopiero godzinę później.
Wakacje zakończone.
Z przytupem.
Z rekinem.
Z winem.
Z jedna przebita oponami.
I lekko wgniecioną klapą bagażnika.
Ale dotarliśmy.
I będzie o czym opowiadać.