Po najbardziej mokrym dniu wakacji w Chorwacji, jaki można sobie wyobrazić, nadszedł wreszcie słoneczny poranek. Nie było może upału, lecz przynajmniej nie lało, a to było już powodem do radości. Plan był prosty: deska pod pachę i „siup” do wody.

Po śniadaniu wyruszyliśmy na plażę. Na razie zabraliśmy jedną deskę, bo nie do końca wiedzieliśmy, jak zanieść wszystkie na miejsce w jednym kawałku. Mąż niósł swoją deskę; my z Młodą mieliśmy przy sobie ręczniki, okulary przeciwsłoneczne, krem z filtrem i resztę akcesoriów „niezbędnych w trasie”, choć fizycznie nie mieściły się już w żadnym plecaku.

Deska Młodej była profesjonalna, największa i najcięższa – ponad dwadzieścia kilogramów ciężaru. Bo przecież dziecku „byle czego” nie kupujemy, prawda?

Ta zasada magicznie jednak przestała obowiązywać, gdy wybieraliśmy deski dla siebie: moja była „w miarę w porządku”, a męża – wywrotna, lecz w cenie kurtki przecenionej w Decathlonie.

Antyporada #45: Daj dziecku deskę ważącą 20 kg, bo przecież inwestujemy w rozwój i komfort. Własny kręgosłup zostaw na później – ortopeda też człowiek, musi z czegoś żyć.

Zaniesienie tej jednej deski okazało się wyczynem samym w sobie. Mąż był cały mokry, lecz szczęśliwy, bo w końcu znalazł się w wodzie. Młoda – już latająca na swojej desce – wyglądała na równie zadowoloną. A ja? Zachwycałam się, jak bardzo łatwiej się wiosłuje w Adriatyku od tego, co pamiętam z polskich jezior. Wyporność wody z dużym zasoleniem daje całkiem nowe poczucie lekkości.

Po kilku udanych próbach zgodnie orzekliśmy:
– Jutro bierzemy wszystkie deski i ruszamy na pełnomorską wyprawę po zatoczkach!

Antyporada #46: Zacznij przygodę z SUP-em od noszenia go rękami przez całą miejscowość. To buduje charakter – i bicepsy.

Tak też zrobiliśmy. Następnego dnia w komplecie stanęliśmy na wodzie. Płynęliśmy w stronę sąsiedniej, piaszczystej plaży. Piaszczystej! W Chorwacji trafienie na piaszczysty brzeg to jak zdobycie jednorożca – rzadkie, piękne i trochę podejrzane.

Plaža Grebišće 2024

Na brzegu czekał uroczy bar, do którego cumowaliśmy SUP-ami, by napić się czegoś zimnego i bez pośpiechu pluskać się w miękkim, ciepłym piasku. Radość, relaks, szum morza, brak obowiązków – a do tego napój z listkiem mięty i cieniem palmy w tle. Taki drink, który smakuje jak wakacje… i kosztuje jak mały remont łazienki. Bo odkąd w Chorwacji obowiązuje euro, wszystko niby smakuje lepiej, lecz boli trochę mocniej.

Lounge bar Grebisce - Plaža Grebišće 2024

Antyporada #47: Zawsze zakładaj, że piaszczysta plaża w Chorwacji to okazja życia. Ale zadbaj o limit na karcie – bo jedyne, co może smakować gorzej niż urlop, to rachunek po powrocie.

Sielankę przerwał powrót do rzeczywistości: wyprawa z deskami do hotelu. Mąż maszerował z jedną pod pachą i drugą na ramieniu, Młoda ciągnęła ręcznik, okulary i mniejsze „niezbędne” akcesoria, a ja – z trzecią deską, torbą plażową, siatką z resztkami lunchu, butelkami po wodzie i piaskiem w butach. Widok z boku przypominał karawanę beduinów albo szkolną wycieczkę bez autokaru.

Po pięciuset metrach Młoda zapytała:
– Czy ktoś mógłby to ode mnie wziąć?
– Nie mogę, niosę swoją – odpowiedział mąż.
– Ja niosę siebie! – rzuciła z dramatycznym westchnieniem.

Po kilometrze znów:
– Nienawidzę tej plaży!
– A mówiłem, żeby dopłacić do hotelu przy samym morzu… – odparł mąż.

Ale co tam: deski dotarły w nienaruszonym stanie, a my – mniej więcej w komplecie psychicznie. Kolacja smakowała tego wieczoru jak nagroda.

Antyporada #48: Zawsze planuj powrót z plaży z trzema deskami na piechotę. Nic tak nie łączy rodziny, jak wspólne zmęczenie, wyrzuty i piasek w sandałach.


Kolejny poranek powitał nas bólem mięśni, który sprawiał, że poruszanie po schodach było jak balet na szpilkach – lecz bez gracji i z nieustającymi jękami. Uzna­liśmy wtedy, że to idealny dzień na zwiedzanie miasta i poszukiwanie pamiątek.

Młoda była w siódmym niebie – nic nie cieszy dziecka bardziej niż kupowanie ultra drogich magnesów i plastikowego kiczu rodem z AliExpress, tylko z napisem „Hvar”. My także chcieliśmy znaleźć coś wyjątkowego, innego: nie kolejny magnes, nie muszelkę, nie oliwkę w słoiku.

I wtedy trafiliśmy na garaż – prawdziwy, przydomowy, niepozorny. W środku stały baniaki i stoły z lokalnymi winami: czarny i biały Prošek, naturalne, bez etykiet, lecz z duszą.

Były przepyszne. Kupi­liśmy kilka butelek dla siebie, kilka dla znajomych i jeszcze kilka „na wszelki wypadek” – bo żadna ilość trunku nie wydaje się wystarczająca, gdy do głosu dochodzi wakacyjna melancholia. I wtedy padło pytanie:
– A ile możemy legalnie przewieźć przez granicę…?

W ruch poszło Google. Liczyliśmy osoby, przeliczniki, objętości. Zaczęliśmy żałować, że Młoda nie ma lat osiemnastu – bo to przecież dodatkowa butelka.

Antyporada #49: Kup wino z myślą o sobie, znajomych, sąsiadach i jeszcze „na wszelki wypadek”. A dopiero potem zastanów się, ile można legalnie przewieźć przez granicę.

Wieczorem usiedliśmy na balkonie z widokiem na zatokę, ze szklaneczką Prošku w ręku i myślą, że… może wreszcie zaczęliśmy naprawdę odpoczywać. Tamto wino smakowało letnim słońcem, wakacjami i Chorwacją – i tą ogromną satysfakcją, że kupiliśmy je nie w sklepie, lecz od faceta z baniakiem, w garażu pachnącym fermentacją i dumą.

Był to mężczyzna dobrze po siedemdziesiątce, któremu zdarzało się opowiadać o każdej butelce jak o najlepszym roczniku z zamku we Francji. Jego czarny Prošek – wynik pół-żartu, pół-poważnej próby porównania go do porto – trafił w nasze gusta bezbłędnie. Po pierwszym łyku przyznaliśmy mu rację.

Antyporada #50: Nie kupuj wina z formalną etykietą i historią nadrukowaną na odwrocie. Kup wino, o którym historię opowie ci facet z baniakiem, stojący w garażu pachnącym fermentacją, drewnem i dumą. Najlepiej taki, którego receptury nie zna nikt poza nim.


Zaczął się nasz ostatni dzień wakacji. Jutro mieliśmy już wracać do domu: walizki czekały, zapas wina był zabezpieczony, a lodówka hotelowa wyczyszczona z resztek serka i soku. Jednak zanim pożegnamy się z Adriatykiem, postanowiliśmy wypłynąć jeszcze raz – w trójkę, na małą wyprawę pożegnalną do cieplejszej zatoczki.

Pogoda była idealna, plan prosty. Co mogło pójść nie tak? W końcu ostatni dzień wakacji z założenia powinien być nudny, przewidywalny i pełen leniwego nic-nierobienia – a nie zwiastował dramatu godnego thrillera klasy B z rekinem.

Plaža Grebišće 2024

Antyporada #51: Zawsze zakładaj, że ostatni dzień wakacji to tylko formalność. Idealny moment na relaks i pożegnanie z morzem. A gdy rzeczywistość zaatakuje – albo ręką, albo ostrzem płetwy – przynajmniej będziesz zaskoczony.

Fala rosła, wiatr się wzmagał, lecz nic nie zapowiadało tragedii. Zatrzymaliśmy się w małej, zacisznej zatoczce z tropikalnie wyglądającym barem i leżakami – niby Chorwacja, lecz można było poczuć się jak na Karaibach. Leżaki w cieniu, napoje w szkle, muzyka cicha niczym szum fal. Wszystko niemal jak z katalogu. Tylko palmy były sztucznie.

Młoda spojrzała na nas z krytycznym wyrazem:
– Tyle wiosłowania, a to wygląda jak ta plaża, co byliśmy wcześniej. I po co tu w ogóle płynęliśmy?

I magia tropików nam prysła.

Po południu, gdy słońce trochę odpuściło, postanowiliśmy wracać – wiatr wiał prosto w twarz, fale stawały się coraz większe, a wiosłowanie pod wiatr i na fali graniczyło z wyzwaniem. Mąż płynął pierwszy, dzielny pionier tej misji; ja – obok Młodej, niby dla motywacji, lecz skrycie gotowa do ewakuacji. Obok nas płynął Chorwat z córką na jednym SUP-ie: dziewczynka stała, wiosłując z miną super bohatera, jakby ratowała świat. My płynęliśmy na siedząco, bo zdrowy rozsądek i chęć przeżycia kazały przyjąć bezpieczniejszą pozycję.

I wtedy, klasycznie, nadciągnęła katastrofa. Mąż krzyknął:
– Pode mną jest jakaś wielka ryba!

Wzrok Młodej zrobił się większy niż jej deska, a ja, przyzwyczajona do mężowskich teorii spiskowych, rzuciłam:
– Nie strasz dziecka, tylko płyń!

Po chwili znów:
W coś uderzyłem!

– Pewnie w boję. Wkręcasz się! Płyń do zatoki! – próbowałam go uciszyć, ale to był klasyczny błąd bohaterek horrorów klasy E.

Morze na chwilę uspokoiło się, a ja, mimo wciąż pofałdowanej tafli, chciałam wierzyć, że nic się nie dzieje. I wtedy – nagle – „BAM”. Coś mocno uderzyło mnie w środek deski od dołu.

Zamrugałam, zdejmując okulary żeglarskie, bo i tak niewiele za ich pomocą widziałam. Pod powierzchnią dostrzegłam płetwę grzbietową – kręgosłup i ogon. Mój mózg przeszedł na tryb dokumentu przyrodniczego:
– Delfin? Nie, to nie ten kształt.
– Boja? Nie ta prędkość.
– Rekin!

Nie był wielki, może półtora metra długości, ale wystarczyło, by wbić mnie w poczucie grozy. W głowie zabrzmiało: duu-dum… duu-dum… niczym w Szczenkach. Nie panikowałam, bo przy dziecko nie można panikować – w końcu panika to kolejny krok do katastrofy. Uśmiechałam się więc nienaturalnie szeroko:
– Zróbmy zawody! Kto pierwszy dopłynie do plaży!

Młoda, pełna energii i przekonana, że to kolejna z moich sportowych zabaw, wypaliła:
– O nie, tym razem wygram!

Rzuciła się ku linii brzegowej niczym z katapulty. Ja ruszyłam za nią, starając się zachować pokerową twarz. Facet z SUP-em i córką był już na brzegu – dziewczynka machała do nas i krzycząc w panice jakieś chorwackie słowa.

Młoda zapytała:
– Co ona tak głośno krzyczy?

– Nie wiem, kochanie

– Chyba tata wygrywa – odpowiedziałam z uśmiechem. kłamiąc jak z nut, bo bardzo dobrze wiedziałam co ta dziewczynka krzyczy i na co pokazuje,

Tuż po Młodej dopłynął mąż – zdumiony, nie rozumiejąc, czemu wrzeszczę na niego, by natychmiast wypłynął na brzeg. Wyjaśniłam mu dopiero wieczorem, przy trzecim kieliszku wina, bo wcześniej nie miałam serca przyznać, że w bok jego deski uderzył rekin

To był nasz przedostatni dzień wakacji.

Plan brzmiał: relaks na desce.

Realizacja: survival z rekinem, sprintem, aktorstwem i ciągłym tłumieniem krzyku w gardle. Wakacje marzeń? Zdecydowanie – tylko może następnym razem… bez rekinów.

Antyporada #52: Jeśli coś uderzy cię w dół deski na środku morza – nie panikuj. To tylko rekin. Albo karma. W każdym razie: za późno, żeby zawrócić.


Tak kończyła się nasza historia z wyspy Hvar – z dzieckiem, które nie wierzyło w istnienie rekinów, z mężem, który nigdy nie zapomni, że to on miał rację, oraz ze mną – z jednym zamazanym zdjęciem, dowodzącym, że albo wszystko było prawdą, albo zwykłą zmyśloną opowieścią. Z emocjami, które nie zmieściły się w bagażniku, z historią, do której ludzie będą podchodzić sceptycznie, i z legendą o rekinie, która powracać będzie przy każdym rodzinnym spotkaniu i każdym kieliszku Prošku. Teraz zostało nam tylko wrócić do domu – najlepiej tą samą trasą, którą przyjechaliśmy. Bez zbędnych objazdów i bez kolejnych niespodzianek, z winem na tylnej kanapie i – jeśli się da – z krążenia w nogach. Choć – biorąc pod uwagę to wszystko – to byłoby już zbyt nudne.