Dzień drugi naszej wielkiej żeglarskiej przygody. Wstaliśmy o świcie – wypoczęci, ale z tym znajomym uciskiem w brzuchu. Tym, co pojawia się przed egzaminem albo wizytą u teściowej. Stres był konkretny. Bo dziś trzeba było zrobić to, co wczoraj się prawie skończyło rozwodem: wypłynąć z portu.
Antyporada #17: Jeśli boisz się powtórki z dnia poprzedniego – masz ku temu powody. Żeglarstwo to sport z pamięcią krótką, ale intensywną.
Nasi nowi sąsiedzi – bardziej doświadczeni, bardziej opaleni i bardziej zrelaksowani – wyszli na pokłady, żeby nas obserwować. Niektórym nawet zdarzyło się coś doradzić. Złote rady sypały się jak z rękawa: „Tylko się nie spinajcie!”, „Silnik najpierw, potem ster, nie odwrotnie!”, „Patrz na wiatr!” i klasyczne „Powodzenia!”. Takie wsparcie… wiecie, z dystansu.
Antyporada #18: Żeglarze są mili. Dopóki to nie twoja łódź zbliża się do ich burty.
A my? Cóż. Staraliśmy się. Naprawdę się staraliśmy.
Ja stanęłam na dziobie i ciągnęłam linę od cumy z takim zapałem, że aż sama się zdziwiłam, ile mam siły. Mąż – jak opętany – szarpał silnik. Jakby od tego zależało nasze życie. Albo jego honor. Albo jedno i drugie.
I w końcu… silnik odpalił! Oczywiście z dźwiękiem jak ze starego traktora, ale odpalił. Mąż spojrzał dumnie – a raczej błagalnie – na sąsiada z łódki obok. Ten, widząc to spojrzenie pełne zagubienia i desperacji, rzucił bez cienia ironii:
– Teraz, kolego, musisz użyć silnika. Wiesz… siła razy gwałt i do przodu!
Jak powiedział, tak mój kapitan zrobił.
W końcu mogłam puścić linę. Odbiliśmy. Ruszyliśmy. Płynęliśmy.
Antyporada #19: Jeśli twój start wygląda jak walka o życie, to przynajmniej nikt nie posądzi cię o szpan.
Nie powiem, żeby to było jak w reklamie żeglarskiej przygody. Bardziej jak zgrywanie się w pierwszym tańcu weselnym po kursie online. Ale ruszyliśmy. A to już coś.
Na dziś plan był ambitny. Bardzo ambitny. Właściwie to tak ambitny, że aż podejrzany. Bo jak coś u nas wygląda za dobrze na papierze, to zazwyczaj kończy się przemoczonymi ubraniami i kłótnią o mapę.
Nazwaliśmy to roboczo „kanałowo” – taki ładny eufemizm na dzień pełen manewrów, ciasnych zakrętów, wąskich przesmyków i stresu przy każdym mijaniu innej łodzi. Plan zakładał przepłynięcie wszystkich kanałów, jakie dzieliły nas od Jeziora Bocznego do Jeziora Tałty. Brzmiało jak przygoda. Albo jak błąd.
Ale my byliśmy gotowi.
Antyporada #20: Jeśli coś nazwaliście „kanałowo” i nie brzmi to jak przekleństwo – jeszcze nie wiecie, co was czeka.
Cel: Ryn.
Plan: tam spać.
Założenie: dotrzeć bez uszkodzeń, rozwodu i konieczności wezwania pomocy wodnej.
Mąż sprawdził trasę (czyli raz spojrzał na mapkę w aplikacji i powiedział: „Spokojnie, prosto się płynie”), ja przygotowałam przekąski i checklistę „co może pójść nie tak” (spoiler: wszystko). Młoda – nieświadoma nadchodzących emocji – pomalowała sobie paznokcie na pokładzie i porozkładała koniki które ze sobą wzięła,
Antyporada #21: Jeśli dziecko jest spokojne, a mąż pewny siebie – natychmiast sprawdź pogodę, poziom paliwa i stan nerwów.
Nie zdążyliśmy nawet porządnie nacieszyć się smakiem naszego małego zwycięstwa – czyli wypłynięcia z portu bez świadków, dymu z silnika i dramatu na dziobie – a już czekała na nas pierwsza przeszkoda.
Most.
Za niski, żeby przepłynąć pod nim z postawionym masztem.
Nie było innego wyboru – trzeba było go złożyć. Maszt, nie most. Choć gdyby dało się odwrotnie, wcale byśmy nie protestowali.
Oczywiście oboje z mężem doskonale pamiętaliśmy nasze poprzednie spotkanie trzeciego stopnia z masztem i towarzyszącym mu dramatem w wykonaniu instruktora. Fakt, że ten maszt był świeżo po naprawie, wcale nie działał na nas uspokajająco. Wręcz przeciwnie – czuliśmy się jakbyśmy mieli ponownie rozbrajać bombę, tylko bez instrukcji.
Antyporada #22: Jeśli dwa dni wcześniej złamaliście maszt – nie pozwólcie mu się zorientować, że znów go ruszacie. Może nie wytrzymać emocjonalnie.
Zgodnie z domowym podziałem ról, ja wzięłam ster – w końcu mam patent motorowodny, a żaglówka bez żagli to przecież… motorówka. Przynajmniej według mojego męża, który przy każdej okazji przypomina, że motorówką to ja mogę, ale „żagle to zupełnie inna bajka”. No więc dziś bajka miała tytuł „Jak nie rozłupać masztu po raz drugi”.
On poszedł na dziób. Walczyć. Samotnie. W tej nierównej walce z masztem – maszt kontra człowiek, runda druga.
Plan był prosty: ja płynę najwolniej, jak się da, on składa maszt, a potem razem wpływamy pod mostem. Pardon – kanałem Kula. Tak go szumnie nazwano. W rzeczywistości to po prostu most kolejowy nad wodą, ale „kanał Kula” brzmi lepiej. Bardziej epicko. Jakbyśmy co najmniej wyprawiali się na Missisipi.
Antyporada #23: Jeśli coś brzmi jak atrakcja turystyczna, a wygląda jak most z PRL-u – przygotuj się na manewry godne Star Wars.
Niestety, nie przewidzieliśmy jednego: że plan prosty na Mazurach to oksymoron. I że nawet jeśli coś się uda – to tylko po to, żeby zaraz mogło pójść coś innego.
Nie mogę powiedzieć, że cały świat był przeciwko nam. Wręcz przeciwnie – pogoda postanowiła dać nam fory. Przestało wiać, przestało padać, nawet zrobiło się przyjemnie. Ciepło, ale nie za ciepło. Idealnie. Takie „masztowe optimum”.
Ja siedziałam za sterem i płynęłam do przodu tak wolno, że wolniej to się już chyba dało tylko… do tyłu. Mąż – niczym współczesny Don Kichot – walczył z masztem. Heroicznie. Z determinacją. Z potęgą, której można się spodziewać tylko u człowieka, który już raz coś zepsuł i wie, że drugi raz nie przejdzie bez ofiar.
A maszt? Maszt się nie poddawał. Trzymał się swojej pozycji z uporem betonu. Zupełnie jakby wiedział, że jest świeżo po naprawie i w związku z tym ma swoje prawa.
Zrobiliśmy jedno kółeczko po jeziorze.
Potem drugie.
Przy trzecim zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie staliśmy się atrakcją turystyczną – coś jak pływający cyrk rodzinny, dostępny z obu brzegów.
Antyporada #24: Jeśli płyniesz trzeci raz w kółko, a ludzie robią ci zdjęcia – nie jesteś w rejsie. Jesteś w kabarecie.
Przy czwartym mąż zaczął rzucać słowa, które zdecydowanie nie występują w słowniku żeglarskim.
I w końcu – przy piątym okrążeniu – stał się cud. Maszt ustąpił. Zaskrzypiał, zaklekotał, i dał się zdemontować. Nie wiem, czy to dzięki sile fizycznej, sile woli, czy czystej desperacji. Ale udało się.
Z ulgą, lekkim drżeniem rąk i dziką radością w oczach wpłynęliśmy wreszcie pod most, czyli szumnie zwany kanał Kula – i oficjalnie znaleźliśmy się na Jeziorze Jagodne.
To był moment, w którym poczuliśmy się jak bohaterowie. Albo przynajmniej jak ktoś, kto nie musi już niczego rozkręcać przez najbliższe pół godziny.
Antyporada #25: Nigdy nie mów „teraz będzie już tylko lepiej”. Maszt słyszy. I pamięta.
Po przepłynięciu tego traumatycznego i – jesteśmy tego niemal pewni – nienawidzącego nas mostu, pardon, kanału Kula, poczuliśmy ulgę. Ale tylko chwilową.
Zapamiętajcie jego nazwę. Kula. On jeszcze z nami nie skończył. O nie. On dopiero się rozkręcał. Myśleliśmy, że już po wszystkim, że teraz będzie lekko i przyjemnie – klasyczny błąd pierwszorazowych optymistów.
Antyporada #26: Jeśli uważasz, że coś cię już nie zaskoczy – kanał Kula czeka, by ci to udowodnić.
Ledwie wypłynęliśmy na Jezioro Jagodne, a już mieliśmy dylemat z kategorii „małżeńska dyplomacja”: stawiać maszt i płynąć pod żaglami czy zachować się jak ostatnie buraki z miasta i śmigać na silniku przez całe jezioro?
Na mapie to jezioro wcale nie wyglądało jakoś wybitnie duże. Takie sobie. Ot, akwen. Do przełknięcia.
Mąż – rzecz jasna – był za żaglami. Bo przecież jest wilkiem morskim. Prawdziwym kapitanem, który nie będzie „hałasował silnikiem pośród tej błogosławionej ciszy przyrody”.
Ja – z równym uporem – byłam za tym, żeby niczego nie ruszać. Po tym, co przeszliśmy z masztem, stwierdziłam, że lepiej płynąć jak silnikowi analfabeci niż znowu bawić się w składanie-transformersy.
Poprzednie stawianie i składanie masztu zajęło ponad 30 minut. A teraz? Jeśli on zacznie go stawiać, a ja w tym czasie przepłynę pół jeziora na silniku, to zanim skończy – i tak trzeba będzie znowu maszt składać.
Antyporada #27: Jeśli składanie masztu zajmuje więcej czasu niż przepłynięcie jeziora – to nie żeglowanie. To sport ekstremalny.
W skrócie: zabawa bez sensu. A przecież życie rodzinne i tak daje nam już wystarczająco atrakcji.
Mąż, widząc mój wzrok, w którym tliła się mieszanka determinacji i zmęczenia materiału, odpuścił. Z miną zbitego wilka morskiego usiadł na burcie i patrzył w przestrzeń, jakby chciał przypomnieć sobie, jak to było, gdy życie miało sens i refowanie oznaczało coś innego niż „rezygnacja z marzeń”.
Czekał. Czekał, aż łaskawie pozwolę mu rozłożyć maszt.
Ja tymczasem, z uporem godnym maratończyka i miną pełną determinacji, piłowałam silnik. Nie dla przyjemności, tylko z jasnym celem: jak najszybciej przepłynąć wszystkie kanały i mieć już święty spokój.
Antyporada #28: Jeśli twoja strategia to „szybko i po cichu”, a jedziesz na silniku z lat 90., to zostań przy „szybko”. Bo cicho już było.
Na mapie to jezioro wyglądało na nieduże. Serio. Na ekranie telefonu – spokojna tafla, kilka centymetrów, przecież to chwila moment. No cóż. Okazało się większe, niż zakładałam. Znacznie większe.
Mój błąd. I trochę satysfakcja męża.
Po godzinie piłowania naszego pełnoletniego, warczącego jak kombajn silnika, byliśmy mniej więcej w połowie jeziora. A mina męża? Czyste „a nie mówiłem?”. Tylko bez słów. Bo nie trzeba było. Wystarczyło spojrzenie, które mówiło więcej niż trzydniowa terapia małżeńska.
Co chwilę mijały nas żaglówki – zgrabne, ciche, dostojne – sunące z pełnymi żaglami w idealnym wietrze, który właśnie dziś postanowił sprzyjać wszystkim oprócz nas. Na ich tle nasza łódź brzmiała i wyglądała jak traktor orzący pole… na wodzie.
Antyporada #29: Jeśli masz wybór między romantyzmem żagli a rykiem silnika – nie wybieraj silnika. Nawet jeśli masz dość składania masztu. Nawet jeśli jesteś głodna. Nawet jeśli właśnie przegrałaś spór. Bo potem i tak usłyszysz „a nie mówiłem?”.
Po dwóch i pół godzinie jazdy traktorem wodnym – znaczy: naszej pełnoletniej łodzi z silnikiem o barwie głosu kosiarki – w końcu dopłynęliśmy do kolejnego kanału.
A raczej… stanęliśmy.
Bo okazało się, że istnieje coś takiego jak korek na jeziorze. Serio. Korek. Na wodzie. Jakby na lądzie ich było za mało! Brakowało tylko świateł i pana w odblaskowej kamizelce machającego lizakiem.
Antyporada #30: Jeśli wydaje ci się, że na wodzie nie ma korków – jedź na Mazury. Nauczą cię pokory szybciej niż urząd skarbowy.
Zaglówki, które nas wcześniej z gracją mijały, teraz tłoczyły się przy wlocie do kanału jak na zjeździe instruktorów windsurfingu. Jedne z postawionymi żaglami, inne z silnikami ryczącymi na wszystkie strony, jeszcze inne z załogą wymachującą bosakiem jak szablą.
My?
My, jak na profesjonalistów przystało, spokojnie zajęliśmy swoje miejsce w kolejce. Bez nerwów. Bez manewrów. Bez masztu. Bez godności.
Ale przynajmniej silnik działał.
W końcu wpłynęliśmy do kanału Szymońskiego. Już wcześniej, patrząc na mapę, miałam złe przeczucia. Bo ten kanał miał w sobie coś, czego żeglarze unikają jak otwartego morza bez wiatru – zakręt. I to nie byle jaki, tylko pełne 90 stopni. Jak na skrzyżowaniu w centrum miasta, tylko że z łodzią.
Nie rozumiem, naprawdę. Tyle wolnego pola wokół, tyle łąk i lasów, a oni – z jakiegoś nieznanego mi powodu – postanowili połączyć dwa jeziora zakrętem jak od cyrkla. Projektant tego dzieła powinien mieć na koncie honorowy tytuł sabotażysty sezonu.
Antyporada #31: Jeśli widzisz kanał z zakrętem pod kątem prostym, nie pytaj „po co?”. Pytaj „komu?”. Bo to na pewno było osobiste.
Płynęliśmy powoli. Mąż podziwiał widoki, zupełnie jakby nie zauważył, że za chwilę trzeba będzie złożyć łódź w harmonijkę, żeby zmieścić się w zakręcie. Młoda, w kamizelce ratunkowej, siedziała na dziobie i z radością machała wszystkim wokół. Zupełnie jakbyśmy byli na spokojnym rejsie po Krupówkach, a nie przed technicznym wyzwaniem sezonu.
A ja?
Ja, z duszą na ramieniu, udawałam, że – tak jak wszyscy wokół – wiem, co robię. I że robię to dobrze. Może nawet bardzo dobrze. Prawie profesjonalnie. Chociaż w środku byłam gotowa rzucić wszystko i przepisać się na kajak.
Zakręt… udało się. Płynnie. Bez stłuczki. Bez publicznego wstydu. Nawet z odrobiną gracji. Co dodało mi skrzydeł i trochę wiary we własne umiejętności.
I wtedy właśnie – w tej jednej krótkiej chwili triumfu – przypomniałam sobie o moim największym zmartwieniu, o którym zdążyłam zapomnieć przez pogodę, dystans od lądu i skupienie na kursie.
Mój mąż i córka panicznie boją się pszczół.
I nie mam tu na myśli lekkiego niepokoju. Mówię o czystej, nagiej panice. Takiej, że w razie kontaktu z owadem potrafią wyskoczyć przez burtę lub wskoczyć pod nadjeżdżający pociąg – wszystko, byle uciec.
Antyporada #32: Jeśli twoja załoga panicznie boi się pszczół, a ty jesteś na wodzie – lepiej, żeby nie było wiatrów z lądu. I nie mów słowa „trzmiel”.
Siedziałam więc za sterem, z silnikiem warczącym cicho jak na swoje możliwości, z jednym okiem na zakrętach, a drugim – na ewentualnym nadlatującym dramacie w paski.
Z duszą na ramieniu wypatrywałam końca tego niekończącego się kanału, który ciągnął się jak papier toaletowy w publicznej toalecie – niby powinien się już skończyć, ale ciągle jeszcze nie. Oczy latały mi jak oszalałe – od muchy po motylka, od bąka po liść. Sprawdzałam wszystko: wodę, ludzi, owady, kierunek wiatru, mimikę męża, tor łodzi przede mną, i czy przypadkiem nie jadę prosto na sąsiadów.
Antyporada #33: Jeśli w kanale rozglądasz się we wszystkie strony jednocześnie – nie znaczy to, że masz pełną kontrolę. To znaczy, że jesteś w trybie „survival w odcinkach”.
Jednocześnie piłowałam kurs, żeby nie wjechać w łódkę przed sobą, nie stuknąć żadnej z tych, które nas mijały, i nie skompromitować się przed tłumem obserwatorów z brzegu. Bo oczywiście zawsze wtedy, gdy robisz coś głupiego, wszyscy mają czas, żeby to zobaczyć.
I wtedy – wreszcie – zobaczyłam go.
Koniec kanału.
Ten upragniony moment wypłynięcia na jezioro, choć maleńkie, był jak uwolnienie. Jak wyjście z rezonansu magnetycznego po trzech godzinach leżenia bez ruchu. Jak wzięcie głębokiego oddechu po siedzeniu z teściową przy jednym stole.
Napięcie zeszło ze mnie jak powietrze z pontonu – powoli, ale z wyraźnym „uff”.
Antyporada #34: Jeśli kanał ma zakręt, korek, owady i publiczność – wyjście na jezioro traktuj jak narodziny. Drugie. I zrób sobie za to medal.
Kanał Mioduński był naszym kolejnym celem – a raczej zagrożeniem. Dopłynęliśmy do niego po jakiś trzydziestu minutach spokojnego „traktorkowania”. Wejście do kanału, tradycyjnie, odbywało się powoli, z napięciem i pełnym skupieniem.
Już sama nazwa kanału budziła podejrzenia – Mioduński. Miód. Pszczoły. No właśnie. A jego długość tylko potęgowała możliwość kontaktu pierwszego stopnia z obiektem latającym.
Antyporada #35: Jeśli kanał ma w nazwie „miód” – nie szukaj romantyzmu. Szukaj owadów. I ewentualnie ratunku.
Na wszelki wypadek zawołałam młodą pod pokład, pod pretekstem, że powinna się napić. O dziwo – zadziałało. Przestała machać do wszystkich wokół, a ja – korzystając z chwili – namówiłam ją, żeby narysowała obrazek dla babci. Młoda rysuje ślicznie, a ja potrzebowałam jej zajętej i unieruchomionej. Udało się – jedno zagrożenie z głowy. Przynajmniej nie będę musiała jej wyławiać z kanału w stanie histerii i z wrzaskiem na ustach.
Został tylko mąż.
I jak to zwykle bywa – moje przeczucia mnie nie zawiodły.
Na początku wokół nas latały sobie spokojnie motyle, jakieś muchy. Gdzieniegdzie widziałam pszczoły – tylko ja, na szczęście. I tylko ja wiedziałam, że zbliża się katastrofa.
A potem stało się to, co się stać musiało.
Jedna, zupełnie niewinna i niczego nieświadoma pszczoła, chciała przelecieć z jednego końca kanału na drugi. Niestety, wybrała najgorszy możliwy tor lotu – prosto przed twarz mojego męża.
Reakcja? Jak zawsze.
Krzyk – a właściwie wrzask. Machanie rękami, szaleńczy taniec, rzucanie się po łodzi, skakanie w miejscu. Mąż podskakiwał tak intensywnie, że łódka prawie wyskoczyła z kanału na brzeg. Tylko cudem udało mi się ją utrzymać w kursie i nie wjechać w żadną z pobliskich jednostek pływających.
Antyporada #36: Jeśli twój mąż ma 130 kg wagi i boi się pszczoły – zainwestuj w stabilniejszą łódkę. Albo kombinezon pszczelarski. Albo jedno i drugie.
Młoda, gdy tylko zorientowała się, co się dzieje, rzuciła kredki i zaczęła zamykać wszystkie okna. Zdecydowanie i w tempie szkolonego strażaka. Potem zabrała się za drzwi. Chciała je zatrzasnąć, ale mąż już się do nich wciskał – w panice, z szeroko otwartymi oczami, próbując schować się przed tą „terrorystką” pszczołą, która – dodajmy – już dawno odleciała i prawdopodobnie nawet go nie zauważyła.
W końcu oboje zamknęli się szczelnie pod pokładem.
A ja?
Ja, jak gdyby nigdy nic, udawałam, że nic się nie stało. Że wcale nie czuję na sobie dziesiątek spojrzeń: zdziwionych, rozbawionych, współczujących i tych w stylu „co oni tam robią?”.
Ale szczerze – no kto codziennie widzi prawie 190-centymetrowego, 130-kilogramowego faceta, uciekającego przed pszczołą na łodzi?
Antyporada #37: Jeśli twoja rodzina panikuje na widok pszczoły, a jesteś w środku kanału – nie wypatruj brzegu. Wypatruj litości przechodniów.
W końcu kanał się skończył. Chwała bogom żeglarskim, świętemu spokoju i pszczołom, które odleciały w siną dal.
Przed nami zostało już tylko małe jeziorko i najkrótszy z kanałów – ten ostatni, który oddzielał nas od jeziora, gdzie mój mąż mógł wreszcie odreagować atak na jego życie.
Bo tak to właśnie wyglądało w jego oczach – nie jako incydent z owadem, ale jako próba zamachu. Na jego osobę. Na jego godność. Na fundamenty męskości.
Na szczęście małe jezioro i krótki kanał dały mu czas, żeby się uspokoić, otrzepać z dramatu i znowu wejść w tryb „wilka morskiego”. Siedząc na rufie, z lekko zadartym podbródkiem i wzrokiem skierowanym ku horyzontowi, zaczął nucić cicho melodię z Piratów z Karaibów.
Antyporada #38: Jeśli mąż po ataku paniki nuci temat z Piratów z Karaibów – daj mu tę chwilę. On nie udaje. On się regeneruje.
Być może w jego głowie znowu miał długie włosy, kompas i rum.
W mojej – wciąż miał bojki na burtach i oczy jak spodki po pszczołowym incydencie.
Ale co tam. Płynęliśmy dalej.
W końcu – po emocjonalnym rollercoasterze, dramatycznych kanałach i bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z pszczołą – wpłynęliśmy na upragnione Jezioro Tałty.
Mąż, jakby ktoś puścił go z klatki, od razu rzucił się na maszt. A dokładnie – na jego montowanie. Ja w tym czasie starałam się ustabilizować łódź, żeby chociaż trochę ułatwić mu to i tak niewdzięczne zadanie.
Nie było łatwo. I to nie tylko z powodu naszej wiecznej wojny z masztem. Prawdziwe utrudnienie stanowiły wszechobecne skutery wodne, które zasadniczo nie przestrzegały żadnych zasad – ani prawa, ani zdrowego rozsądku, ani podstawowej przyzwoitości międzyludzkiej.
Śmigali z prędkościami nieprzewidzianymi dla tego akwenu, generując fale godne Bałtyku, tuż obok żaglówek próbujących stawiać żagle – czyli, na przykład, naszej.
Antyporada #39: Jeśli chcesz spokojnie postawić żagle na jeziorze – wybierz takie, gdzie skutery wodne mają zakaz wstępu. Albo gdzie działa teleportacja.
Każdy kolejny skuter przecinający tor naszej równowagi przyprawiał mnie o dreszcze. A męża o nowe przekleństwo pod nosem.
I wtedy, jak w żeglarskim filmie akcji, pojawiła się policyjna łódź. Niespodziewanie. Cicho. Z mocą. I – o dziwo – z efektem natychmiastowym.
Skutery zniknęły dosłownie w sekundę, jakby nigdy ich tu nie było. Cud? Nie do końca. Zauważyliśmy bowiem, że na trzy maszyny tylko na jednej siedział ktoś pełnoletni. A dokładniej – zapewne ojciec pozostałej dwójki nastolatków, wyglądających na maksymalnie 16 lat.
Wzrok policjanta mówił jedno: „Chłopaki, chcecie wakacje, czy rozprawę?”
I nagle zrobiło się cicho. Spokojnie. Idealnie.
Tak idealnie, że – uwaga – udało się postawić żagle. Równo, bez dramatu, bez skrzypienia, bez krzyków. Po raz pierwszy bez większej walki z masztowym demonem.
Antyporada #40: Jeśli masz problem z postawieniem żagli – zadzwoń po policję. Albo chociaż udawaj, że dzwonisz. Skutery znikają szybciej niż rozsądek w piątek po południu.
I już – na żaglach.
Mąż przejął ster z miną kapitana fregaty z XVII wieku. W końcu mógł odpocząć psychicznie, robiąc dokładnie to, o czym marzył od początku: prawdziwe żeglowanie.
Ja wreszcie mogłam się rozluźnić. Po tylu godzinach stresu, silnikowego hałasu i dramatów z owadami – usiadłam. Naprawdę usiadłam. Porządnie. Wygodnie. Bez napięcia w kręgosłupie i bez ciągłego zerkania na lusterko wsteczne, którego tu nawet nie było.
Zostało nam już tylko dopłynąć do Rynu. Obstawialiśmy, że trafimy tam idealnie na kolację. Taką z widokiem, winem (w teorii) i spokojem (w praktyce z kabanosami).
Zebrałam wszystkie odbijacze – już nie wyglądaliśmy jak pływający jeż ochronny. Po raz pierwszy w tym dniu nasza łódź zaczęła przypominać prawdziwy jacht, a nie jednostkę ratunkową po przejściach.
Usiadłam obok młodej. Wspólnie wcinałyśmy kabanosy i podziwiałyśmy mazurskie krajobrazy. Było niemal… spokojnie. Idealnie.
Od czasu do czasu pomagałyśmy mężowi, ciągnąc za linki i sznurki zgodnie z jego komendami – „luźniej!”, „trzymaj!”, „ciągnij, nie puszczaj!”. On – dumny, skoncentrowany, w swoim żywiole – prowadził łódkę pewną ręką.
W końcu robił to, o czym marzył. Wiatr był idealny, słońce świeciło, a żagle pełne – wszystko grało.
Antyporada #41: Jeśli wszystko nagle idzie dobrze, dzieci jedzą kabanosy, a mąż prowadzi jacht jak z katalogu – nie rozsiadaj się za wygodnie. To cisza przed burzą. Dosłownie albo metaforycznie.
Ale na razie… było naprawdę pięknie.
Niestety, wszystko co piękne, szybko się kończy.
Nagle wiatr się podwoił. Wiało tak mocno, że woda prawie wlewała się do łodzi. Niektóre żaglówki przechylały się jak w regatach o życie, część z nich zaczęła zwijać żagle w panice. My, widząc co się dzieje z pogodą i zerkając na ciemne chmury pojawiające się na horyzoncie, zdecydowaliśmy się zrobić to samo.
Znowu ja przejęłam ster. Mąż ruszył do walki z żaglem. Ja, próbując ustawić łódkę jak trzeba, włączyłam silnik i kombinowałam, jak przeżyć. Młoda – natychmiastowa ewakuacja pod pokład. Z rozkazu matki upewniła się, że wszystko jest pozamykane, bo że będzie padać, to było już pewniejsze niż cena paliwa.
Antyporada #42: Jeśli żagle się buntują, dzieci chowają się pod pokład, a ty włączasz silnik – nie szukaj romantyzmu. Szukaj wyjścia. I kotwicy.
Żagiel oczywiście stawiał opór. Bo czemu miałby się złożyć kulturalnie, skoro mógł jeszcze dokopać psychicznie. Ale w końcu – udało się. Wiało jak w tunelu aerodynamicznym, więc decyzja była jasna: uciekamy z jeziora.
Zerkam na mapę – do Rynu niby blisko. Tylko przepłynąć przez zwężenie i prawie jesteśmy w porcie. Wiatr, fala, inne łodzie przyspieszające w trybie „ratujmy się” – i my, na granicy rozsądku.
W pewnym momencie zauważyłam, że łódź przestaje skręcać. Ciągnę za ster jak wściekła – skręca tylko trochę. Wciąż bardziej niż mąż przy kuchni, ale jednak za mało.
Wjeżdżamy prawie w jakieś badyle sterczące z wody, a ja orientuję się, że to nie pogoda, nie panika i nie moje umiejętności – ster się rozkręcił. Miał luz taki, że można by nim mieszać zupę.
Antyporada #43: Jeśli masz się popsuć – zrób to w kanale. Jeśli masz popsuć ster – wybierz burzę. Dla dramatyzmu.
Po przepłynięciu przez cypel w końcu widać Ryn. I wtedy zrozumieliśmy, że ta ciemna chmura nad drzewami to nie optyczne złudzenie, tylko pełnowymiarowa burza. Nadchodziła. Zdecydowanie szybciej niż my.
Bez steru.
Mąż zadzwonił do portu. Zapytał, czy mają jakieś miejsce, w które da się wpłynąć bez sterowania, przy takiej pogodzie. Bosman nie był zdziwiony. Najwyraźniej to nie pierwszy taki przypadek. Podał nam numer stanowiska i powiedział, żeby celować i się nie przejmować.
Super. Celować.
Bez steru.
Antyporada #44: Jeśli chcesz poczuć się jak w grze zręcznościowej – spróbuj trafić do portu z popsutym sterem, w burzy, z rodziną i silnikiem z lat 90.
Zostało tylko dopłynąć.
Ostatnie 30 minut rejsu odbyliśmy w całkowitej ciszy. Słychać było tylko wiatr, ryk silników i grzmoty. Coraz bliższe. Coraz mocniejsze.
Został nam ostatni manewr: cumowanie.
Padło na mnie. Mąż trzymał się wersji, że skoro motorówka, to ja. Jakby ktokolwiek cumował na żaglach w takim wariactwie.
Byłam cała spięta. Przerażona. Ale nie było wyboru.
Z rozkazu: „wrzuć odbijacze!” – odbijacze poleciały do wody. Mąż wykonywał wszystko mechanicznie, jak robot. Emocjonalnie – go nie było.
Szybka decyzja: ster nie działa, to nie steruję. Na samym silniku próbuję wcelować w miejsce w porcie, o które nas prosili.
15 minut maksymalnego skupienia.
100% przerażenia.
0% pewności siebie.
I… udało się.
Nie idealnie. Ale nie najgorzej.
Zacumowałam. Sama. Tyłem. Bez dzwona. Bez uszczerbku na godności (większym niż dotąd).
Antyporada #45: Cumowanie w burzy z popsutym sterem? Jeśli przeżyjesz – to już nic cię nie ruszy. Ani pszczoły, ani skutery, ani nawet kapitan w panice.
Po przywiązaniu łódki w całkiem profesjonalny sposób usiedliśmy. I pierwszy raz tego dnia – odetchnęliśmy.
Dopłynęliśmy na styk.
Gdy tylko wszystko było pozamykane, przywiązane, zabezpieczone i sprawdzone po raz trzeci – zaczęło padać. Równo, intensywnie, niemal teatralnie. Jakby pogoda czekała tylko, aż przybijemy do brzegu, żeby powiedzieć: „No to teraz… wasza kolej na prysznic”.
Ale nam to już absolutnie nie przeszkadzało. Mieliśmy port, cumy, suche wnętrze i plan – kolacja. Bardzo zasłużona. Po wszystkim, co przeszliśmy tego dnia – kanały, pszczoły, wiatr, burza, brak steru – kolacja jawiła się jak Michelin na wodzie.
A ja?
Ja już nie mogłam się doczekać jednej, konkretnej nagrody:
Zasłużonego. Lodowatego. Piwa.
Nie jakiegoś tam symbolicznego. Tylko pełnoprawnego, terapeutycznego piwa, za odwagę, za cumowanie tyłem, za ster, który przestał istnieć w najmniej odpowiednim momencie.
Antyporada #46: Jeśli planujesz spokojną kolację po rejsie – załóż, że twoje „zasłużone piwo” będzie miało smak ulgi, adrenaliny i szczęścia, że wszyscy żyją.
I właśnie dlatego smakowało najlepiej na świecie.