Do Kom Ombo dotarliśmy długo po zachodzie słońca – właściwie to była już noc. Świątynia, pięknie oświetlona, wyglądała jak scenografia do filmu przygodowego: monumentalna, tajemnicza, kusząca złotym blaskiem. A do tego pełna turystów – jakby wszyscy nagle przypomnieli sobie, że nocne zwiedzanie to też opcja.

Port znajduje się tuż przy wejściu do świątyni, więc nie było żadnych skomplikowanych transferów, łódek czy wspinaczki. Po prostu: wychodzisz ze statku, idziesz spacerkiem jakieś 200 metrów – i jesteś. Egipt w wersji „door-to-temple”.

Świątynia w Kom Ombo

Świątynia w Kom Ombo to taka wersja bliźniaka wśród egipskich zabytków. Serio – wszystko tu jest podwójne. Dwa wejścia, dwa korytarze, dwa sanktuaria, dwa komplety reliefów. Bo to świątynia poświęcona… dwóm bogom naraz: Sobkowi – krokodylowi od chaosu i płodności, i Horusowi – sokolowi od porządku i ochrony. Taki religijny kompromis: jeden groźny, drugi opiekuńczy. Coś dla każdego. Świątynię zaczęto budować za panowania Ptolemeusza VI, czyli gdzieś w II wieku p.n.e., a rozbudowywano ją jeszcze przez kolejne pokolenia. Tak, to znowu ci Ptolemeusze – grecka dynastia rządząca Egiptem, która bardzo chciała być bardziej egipska niż sami Egipcjanie

I tu ciekawostka: na jednej ze ścian świątyni można zobaczyć wyobrażenie samej Kleopatry VII – tak, tej słynnej, od Cezara i Marka Antoniusza. Niewiele śladów po niej przetrwało do naszych czasów, ale Kom Ombo to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można ją dosłownie… wskazać palcem.

Kamienne reliefy w świątyni Kom Ombo nad Nilem ukazujące Kleopatrę

Ale to nie koniec atrakcji dla fanów historii – w świątyni zachował się też wyjątkowy relief przedstawiający kalendarz staroegipski. Można z niego odczytać, jak wyglądał ich rok: 12 miesięcy po 30 dni, plus 5 dodatkowych „dni specjalnych”, które dorzucano na koniec. Tydzień miał 10 dni (a nie 7!), a każdy miesiąc dzielił się na trzy takie tygodnie. Krócej pracować – trudniej zapamiętać. Z jednej strony fascynujące, z drugiej – współczesny kalendarz to przy tym jak sudoku w wersji light.

Kamienny kalendarz z Kom Ombo — zapis dni, świąt i rytuałów.

Architektonicznie wygląda to jak starożytny eksperyment z podziałem majątku: „tu twoje, tu moje, ale ścianę dzielimy po równo”. Dzięki temu spacer po świątyni to jak chodzenie po lustrzanym labiryncie – wszystko znajome, ale trochę inne. I zanim się zorientujesz, jesteś w części dla krokodyla, patrząc na reliefy pełne zębów, ogonów i wodnych cudów.

W XIX wieku świątynia w Kom Ombo była w dużej mierze zasypana piaskiem i mułem Nilu, a jej monumentalna forma była tylko częściowo widoczna.

Świątynia Sebeka i Horusa w Kom Ombo (XIX wiek) — fotografia archiwalna autorstwa Zangaki, przedstawiająca monumentalny kompleks świątynny w Nubii. Domena publiczna (Wikimedia Commons).

Świątynia Sebeka i Horusa w Kom Ombo (XIX wiek) — fotografia archiwalna autorstwa Zangaki, przedstawiająca monumentalny kompleks świątynny w Nubii. Domena publiczna (Wikimedia Commons).

Zaraz obok świątyni w Kom Ombo znajduje się niewielkie, ale bardzo klimatyczne muzeum – Muzeum Krokodyla. Tak, dobrze czytasz. Nie Lwa, nie Sfinksa – krokodyla. I nie byle jakiego, bo mumifikowanego. To miejsce to prawdziwa gratka dla tych, którzy uważali, że już nic ich w Egipcie nie zdziwi.

W środku – dziesiątki (!) zmumifikowanych krokodyli, od wersji „niemowlę” po „boss Nilu”. Leżą sobie elegancko w szklanych gablotach, zawinięte w płótna, jakby właśnie wróciły z luksusowego SPA dla gadów. Niektóre mają nawet własne mini–sarkofagi. Bo przecież Sobk – bóg z głową krokodyla – zasługiwał na poważne traktowanie, a każdy jego ziemski odpowiednik też musiał być odpowiednio uhonorowany.

Mumia Krokodyla
Zmumifikowane krokodyle z Kom Ombo — ofiary składane bogu Sobkowi.

Muzeum pokazuje też przedmioty związane z kultem Sobka: amulety, figurki, rytualne inskrypcje. Wszystko pięknie podświetlone, z opisami i bez tłumów. Można na spokojnie podziwiać, jak wiele wysiłku starożytni wkładali w to, żeby krokodyl po śmierci miał godne życie… po życiu.

Antyporada #49: Jeśli masz w domu gada, nie pokazuj mu zdjęć z tego muzeum. Może mu się przewrócić w łuskach od zazdrości.

Przyznaję – chodzenie po świątyni po zmroku miało w sobie coś z dreszczyku. I pewnie było jeszcze bardziej ekscytujące w czasach starożytnych, kiedy to na terenie świątyni naprawdę mieszkały krokodyle nilowe – czyli żywe wcielenia boga Sobka. Tak, dobrze czytasz: w środku świątyni była studnia, a w niej pływały sobie spokojnie zwierzaki uznawane za święte.

Wyobraź sobie: świątynia w półmroku, pochodnie rzucające migotliwe cienie na kamienne ściany, kapłani składający ofiary… i gdzieś w tle chlupot dochodzący z basenu, bo akurat krokodyl postanowił się przeciągnąć.

Wersja dla odważnych. Dziś na szczęście już tylko mury i światła. Krokodyle – bezpiecznie zamurowane w muzeum. W świątyni spędziliśmy w sumie trzy godziny, włócząc się między posągami, ścianami pełnymi hieroglifów i… mumiami krokodyli. W końcu, nasyceni historią, światłem reflektorów i zapachem starożytnego kamienia, ruszyliśmy z powrotem na statek. Przed nami był dzień pełen relaksu – czyli oficjalnie: nic nie trzeba robić. Nieoficjalnie: cały dzień będę mieć podsuwane szachy pod nos. Mąż już ostrzył hetmany, a ja mentalnie szykowałam się do taktycznego odwrotu.

Oczywiście, jakżeby inaczej – dzień relaksu, czyli pobudka jak zwykle. Spać do południa? Wolne żarty. Na śniadaniu byliśmy punkt siódma rano, bo przecież organizm już się przestawił na tryb „egipski wycieczkowiec”: świt = jedzenie. Standard.

o południa powoli trzeba było się spakować – to był nasz ostatni dzień na statku. Dziś w nocy mieliśmy dobić do Luksoru, a rano pożegnać się z barką, która przez ostatnie dni była naszym pływającym domem. Ale do tego momentu zostało jeszcze całe popołudnie. Naiwnie myślałam, że to będzie idealna chwila, żeby wreszcie usiąść z książką, którą specjalnie zabrałam na tę okazję – oczywiście Agatą Christie, bo co może być lepszego na leniwe popołudnie nad Nilem niż klasyczne morderstwo wśród dżentelmenów?

Młoda z kolegą grali w jakąś mocno zmutowaną wersję Scrabbli – zasady zmieniały się co kilka minut, ale śmiechu było tyle, że chyba działało. A mój mąż? Cóż. Grał w szachy. Z każdym, kto nie uciekał wystarczająco szybko.

No cóż, naiwna ja. Po wyjściu na taras widokowy i zajęciu idealnego miejsca w cieniu – książka w dłoni, sok w drugiej – wszystko miało być jak z pocztówki. Ale nie było. Mój wzrok nieustannie uciekał od kartek powieści do krajobrazu wokół. Bo Nil… Nil był po prostu zbyt piękny, żeby go ignorować.

Widok z NIlu

Rzeka szeroka, majestatyczna, płynęła spokojnie jakby nigdy się nigdzie nie spieszyła. Po obu jej stronach ciągnęły się zielone pola uprawne, gdzieniegdzie pastwiska z krówkami snującymi się leniwie w słońcu. A dalej – pagórki, góry i klify, na których tu i ówdzie można było dostrzec wykute w skale starożytne ruiny. Jakby ktoś zostawił tam scenografię do filmu historycznego i zapomniał zabrać. Trudno się skupić na fikcyjnych morderstwach, gdy rzeczywistość wygląda jak sen sprzed trzech tysięcy lat.

Ruiny świątyń widziane z Nilu

Do niektórych z tych ruin podpływały małe żaglówki – feluki – ciche, zgrabne, z białymi żaglami łapiącymi wiatr jak skrzydła mewy. Cumowały przy brzegu tuż obok skalnych świątyń czy grobowców, a ich pasażerowie wysiadali, by w samotności eksplorować miejsca, które wyglądały jakby czas się tam zatrzymał. Patrzyłam na to z naszego wielkiego statku z lekką zazdrością. My – sunący majestatycznie jak pływający hotel – oni: kameralnie, blisko brzegu, z szansą, by poczuć się jak odkrywcy.

Ruiny świątyń widziane z Nilu

Przez chwilę żałowałam, że nie wybraliśmy właśnie takiej kilkuosobowej łodzi, gdzie wszystko jest mniej wygodne, ale za to bardziej prawdziwe.

Miałam nadzieję, że cały dzień minie mi na spokojnym podziwianiu majestatu otaczającej przyrody – słońca odbijającego się w nurcie, fal delikatnie muskających brzegi, palm tańczących na wietrze. Ale nie. Świat miał wobec mnie inne plany.

W porze obiadowej wpłynęliśmy do Esny – i utknęliśmy. W wodnym korku. Czekaliśmy na śluzę. Tym razem to nie my mieliśmy „płynąć w górę”, tylko statek miał się obniżyć – żeby móc kontynuować rejs dalej w dół rzeki.

Śluza w Esnie

Był środek dnia, więc wszystko działo się przy pełnym świetle – mogliśmy z bliska zobaczyć, jak wygląda taki spektakl inżynieryjny w egipskim wydaniu. Cały przepływ przez śluzę trwa zaledwie kilka minut, ale w tym czasie łódź zsuwa się o dziewięć metrów w dół, jakby powoli osiadała w wielkiej wannie.

Śluza w Esnie

Brzmi nieźle? Owszem. Tyle że czekanie na swoją kolej w tym korku to już inna historia – dziesiątki łodzi, silniki warczą, kapitanowie pokrzykują, a powietrze jest gęste nie tylko od upału, ale i od egipskiej cierpliwości. Czyli jej braku.

Po obiedzie byliśmy już po drugiej stronie śluzy – w dolnym biegu Nilu, zmierzając powoli w stronę Luksoru. Statek znów sunął spokojnie po wodzie, jakby nigdy nie stał w żadnym korku. Na horyzoncie pola uprawne ustępowały miejsca coraz większym zabudowaniom, a rzeka wydawała się nieco węższa, jakby sama szykowała się na wielki finał naszej rejsowej przygody.

Turniej szachowy męża wszedł w fazę turbo – rozgrywki przyspieszyły, emocje sięgnęły zenitu, a plansza nie miała ani chwili wytchnienia. Wszystko dlatego, że zbliżał się finał… a przynajmniej ja bardzo chciałam wierzyć, że zakończy się wraz z zejściem ze statku. Bo przecież ile można – ile jeszcze partii, ilu jeszcze przeciwników, ile razy można słyszeć „ciekawe otwarcie, ale spróbuj teraz tak”?

Mąż każdemu, z kim grał, powtarzał z niewinnym uśmiechem: „Ja to dopiero niedawno zacząłem grać…” – po czym w trzecim ruchu wykańczał przeciwnika kombinacją, którą analizował od śniadania. A potem dodawał: „Ale moja żona, ooo… ona gra od dziecka, genialna jest!” – i wrabiał mnie w kolejne partie tego jego „ultra turnieju”, z którego nie było ucieczki.

Być może tylko drinki przynoszone przez kelnerów bez słowa, zawsze z lodem i cytrynką, powstrzymały mnie przed wyrzuceniem go za burtę. Albo przed rozpoczęciem kręcenia nowej wersji „Śmierci na Nilu” – tym razem w roli głównej nie Poirot, tylko ja. Z kieliszkiem w dłoni, wzrokiem pełnym rezygnacji i trupem męża pod stolikiem szachowym.

W końcu, tuż przed kolacją, nie było już odwrotu – musiałam zagrać. I to nie z byle kim, tylko z naszym przewodnikiem. Człowiekiem, który miał w sobie nutkę klasycznego szowinisty – takiego z uśmiechem, pewnością siebie i przekonaniem, że kobiety w szachy grają tylko po to, żeby przegrać z klasą. Presja, żeby wygrać, była więc naprawdę konkretna. To miał być mecz epicki. Aleksandra kontra Egipcjanin. Europa kontra Afryka. Emancypacja kontra orientalistyczny paternalizm.

Czułam się, jakbyśmy rozgrywali partię na oczach całej historii. Albo przynajmniej połowy statku i kelnera z tacą drinków, który wyjątkowo nie wiedział, komu kibicować.

Nasza partia szybko stała się atrakcją wieczoru – obserwowaną, komentowaną i analizowaną przez wszystkich uczestników szachowego rejsu. Każdy niby „przypadkiem” przechodził obok, zerkał na planszę, kiwał głową z powagą znawcy i bez słowa siadał przy stoliku obok, jakby właśnie był świadkiem czegoś większego niż zwykła partia szachów.

A my graliśmy. Ja z kamienną twarzą, on z nonszalanckim uśmieszkiem. Dawałam mu czas. Przestrzeń. Iluzję kontroli. Aż w końcu, z boku rozległo się pełne napięcia szepto-krzyknięcie mojego męża:

– Wykończ go!

No i wtedy przestałam się patyczkować.

W czterech ruchach zakończyłam tę epicką batalię – i znowu imiennik Aleksandra Wielkiego triumfował nad Egiptem. Przeciwnik nie zdążył się nawet zorientować, kiedy przeszedł z trybu „lekceważącego uśmiechu” do „milczącego podziwu”. Na zakończenie teatralnie poprawiłam pionka i rzuciłam:

– Wypłatę nagrody poproszę w egipskiej walucie. Dolary to ja już mam.

Wszyscy wybuchli śmiechem, a pokonany przeciwnik uśmiechnął się z godnością faraona, który przegrał wojnę, ale zachował twarz. Oczywiście nikt nigdy nie dostał ani grosza za wygraną czy przegraną partię. Wszystko było tylko dla sportu. I dla ego. Szczególnie mojego.

Po przegranej nasz przewodnik zniknął w swojej kajucie i już się tego wieczoru nie pojawił. Podejrzewam, że musiał przeanalizować każdą swoją figurę i sens własnego istnienia. Tymczasem my – cała wycieczkowa śmietanka towarzyska – rozmawialiśmy tylko o jednym: jak to Aleksandra pokonała Egipcjanina na jego własnym terenie. Przyjmowałam gratulacje z godnością zwycięskiego wodza, udając, że to nic takiego. Choć w duchu oczywiście zorganizowałam sobie prywatną defiladę.

Po kolacji poszliśmy jeszcze na chwilę na dach, żeby pożegnać się z Nilem. Ostatni drink na pokładzie, ostatni łyk nocnego powietrza i ostatnie spojrzenie na leniwie sunącą wodę. Wiedzieliśmy, że jutro bladym świtem opuścimy statek i zaczniemy nowy etap egipskiej przygody – już nie z szachownicą w dłoni, ale z bagażem wspomnień, lekkim kacem i kilkoma anegdotami, które zostaną z nami na długo.