Po zdecydowanie za krótkiej nocy w Siem Reap rozpoczęliśmy pierwszy dzień zwiedzania Angkoru — dnia, który miał być pełen historii, a zaczął się od… medycznej epopei mojego męża.
Rana na jego stopie — ta sama, o którą miał się zająć w Bangkoku, ale przecież „po co, samo przejdzie” — w Kambodży rozwinęła pełną osobowość.
Zrobiła się czerwona, brzydka i wyglądała jak coś, co w programach przyrodniczych opisuje się słowami:
„to już jest poważne”.
Mój mąż natomiast wszedł w tryb starego wujka rybaka, który co roku łowi tę samą rybę, tylko każdorazowo większą o pół metra.
Wersja 1: „To tylko obtarcie”.
Wersja 2: „Może mnie coś ugryzło… taki mały skorpionik.”
Wersja 3: „To wygląda jak po ukąszeniu jadowitej żmii, no mówię ci.”
I wtedy zaczął ją smarować.
Nie raz czy dwa — namiętnie, z oddaniem godnym człowieka, który myli ranę z bolącym zębem.
Bo wiesz, jak to jest z bolącym zębem:
myjesz go trzy razy dokładniej,
potem dwa razy mocniej,
a na końcu jeszcze raz — z nadzieją, że dzięki temu nie trzeba będzie iść do dentysty.
Dokładnie taki był jego system leczenia:
„Jeśli posmaruję to jeszcze pięć razy, organizm się przestraszy i zrezygnuje z infekcji”.
Oczywiście — nie zrezygnował.
Ta stopa jest o tyle istotna, że — spoiler — narobi nam jeszcze więcej problemów, niż ktokolwiek by się spodziewał.
Ale nie po to człowiek jedzie do Angkoru, żeby rezygnować z marzeń przez jedną nogę, która postanowiła dramatyzować.
Wyszliśmy więc z hotelu, męża podtrzymując moralnie, a nogę — opatrunkiem i nadzieją, że to wystarczy.
Najpierw trzeba było kupić bilety — na dwa dni, choć opcji jest kilka: im dłużej, tym taniej, ale „tanio” w Angkorze to raczej słowo metaforyczne.
Bilety mają swoją uroczą cechę: każdy ma zdjęcie właściciela.
I nie są to zdjęcia paszportowe.
To są zdjęcia „czy pani to pani?”.
Domyślić się, kto jest na którym bilecie, można raczej po ubraniu niż po twarzy.
Wyglądamy na nich jak świadkowie po trzech godzinach przesłuchania.
Z biletami w ręku ruszyliśmy zwiedzać dawne imperium Khmerów — jedną z największych potęg średniowiecznej Azji. I zaczęliśmy od Ta Prohm — świątyni, którą celowo pozostawiono w objęciach dżungli.
ANTYPORADA #36 Nie zaczynaj zwiedzania Angkoru od sprawdzania, „czy stopa męża wygląda lepiej”.
Nie wygląda.
Bilety na szyi, mąż w trybie „jest dobrze, kontroluję sytuację”, a ja w trybie „nie kontroluje absolutnie niczego”, poszliśmy w kierunku świątyni, którą natura uznała za swoją własność.
Ta Prohm powstała pod koniec XII wieku, z rozkazu Jayavarmana VII — króla, który budował świątynie szybciej, niż współczesne rządy potrafią budować drogi. Poświęcono ją jego matce, a w czasach świetności mieszkało tu ponad 12 tysięcy osób. To było miasto, a nie dekoracja.

Na miejscu byliśmy rano.
Słońce wisiało nisko, mgiełka unosiła się nad kamieniami, a klimat był tak nierealny, że człowiek zastanawiał się, czy nie wszedł przypadkiem na plan filmu fantasy.
A w dodatku było pusto — tak pusto, jak nie było nawet w pandemii. Wojna wystraszyła turystów bardziej niż wirus.
Byliśmy tylko my, dżungla i ruiny.
No i obsługa, która zamiatała dżunglę.
Tak — zamiatała dżunglę.
Ścieżki były wymiecione jak przed wizytą bardzo ważnego gościa.

W jednym z półmrocznych korytarzy zobaczyliśmy posąg Buddy… bez głowy.
Spokojny, oświetlony świecami, otoczony ofiarami.

To nie czas zabrał mu głowę.
Zabrali ją ludzie.
Kiedy imperium Angkor upadło, a Kambodża wchodziła w kolejne epoki chaosu, świątynie rabowali wszyscy: wieśniacy, przemytnicy, urzędnicy, a nawet… wojskowi.
Dla nas — bezcenne dziedzictwo.
Dla nich — pieniądze na przeżycie.
Głowy Buddy sprzedawano za równowartość motorówki.
Albo za worek ryżu.
Ta z Ta Prohm przepadła i prawdopodobnie zdobi dziś salon w Europie albo Ameryce.
Mury, które dziś są zielonoszare, kiedyś były malowane — czerwienią, ochrą, błękitem.
Monsunowe deszcze zmyły większość barw, ale resztki pigmentów wciąż trzymają się jak wspomnienie dawnego blasku.

Dżungla nie zniszczyła Ta Prohm.
Dżungla ją odzyskała.


Przy wyjściu usłyszeliśmy muzykę — graną przez niepełnosprawnych muzyków, którzy stracili kończyny na minach i niewybuchach.
To ich praca.
Ich jedyna możliwa praca.
Muzyka była smutna, piękna i dziwnie dopasowana do tego miejsca.
Wychodząc dalej, zobaczyliśmy „konserwację”, która mogłaby doprowadzić konserwatora zabytków do łez:
skuwanie setek lat historii i nakładanie… gipsu.
Gładkiego, równiutkiego, świeżutkiego gipsu.
Świątynia UNESCO w wersji „ściana pod malowanie”.
Dżungla niszczy z klasą.
Gips — z ambicją, ale bez polotu.
Droga do parkingu prowadziła przez mały targ.
Można tu kupić wszystko: magnesy, bransoletki, mini Angkor Wat z drewna.
Targować się można — ale delikatnie.
Tu ludzie sprzedają, żeby ich dzieci zjadły kolację.
To nie Egipt. Tu desperacja nie jest techniką sprzedaży — jest codziennością.
Kupiliśmy magnesy i kapelusz „Cambodia”, który miał chronić mnie przed słońcem, a męża — przed komentarzami o jego stopie, która absolutnie nie wyglądała lepiej.
Wróciliśmy do busa i ruszyliśmy dalej.
Nasz busik jednak nie wjedzie przez bramę, którą w dawnych czasach projektowano dla jednego słonia.
Nie dwóch.
Nie w szeregu.
Jednego, królewskiego.
Musieliśmy iść pieszo.
Na szczęście wciąż było jeszcze znośnie, a przed nami otwierał się widok jak z bajki:
fosa spokojna jak lustro i rząd Khmerów w łódeczkach, wyciągających rośliny z wody.
Wszystko idzie na recykling: rośliny suszy się i używa jako opału.

To był pierwszy moment, w którym człowiek myśli: „O, sprytne”.
A potem jeszcze wiele razy pomyśli tak samo.
Kawałek dalej zobaczyliśmy małpki — pierwsze podczas naszej podróży.
Iskały się, siedziały przy brzegu, wyglądały jak z pocztówki.
I jak to z pocztówkami bywa — są piękne, dopóki nie spróbujesz ich dotknąć.

ANTYPORADA #37 Jeśli małpka wygląda słodko, pamiętaj: to tylko zasłona dymna.
Za chwilę spróbuje ukraść ci telefon, batonika albo godność.
Zdjęcia robiliśmy z bezpiecznych trzydziestu metrów.
W Kambodży małpy to nie maskotki.
To lokalni gangsterzy.
Kiedy przeszliśmy przez groblę, naszym oczom ukazała się Południowa Brama Angkor Thom — monumentalna, pilnowana przez gigantyczne twarze Avalokiteśwary, patrzące w cztery strony świata.

Za bramą zaczynało się miasto.
Serce imperium.
A w jego sercu czekał Bayon — świątynia twarzy, które patrzą tak, że człowiek sam nie wie, czy go błogosławią, czy oceniają.
I właśnie tam ruszyliśmy dalej.
ANTYPORADA #38 Jeśli myślisz, że Angkor jest wielki — poczekaj, aż spróbujesz go przejść na piechotę.
Twoje stopy będą błagać o rozejm szybciej niż twój mózg o więcej zdjęć.