Jeszcze w samolocie, tuż przed lądowaniem, patrzyliśmy przez okno na Bangkok. Miasto przykrywała gęsta warstwa smogu, tak wyraźna, że aż namacalna. Niebo nad nim nie było ani szare, ani błękitne — było tęczowe. Warstwy kolorów układały się jedna nad drugą, jakby ktoś rozlał na horyzoncie farby. Jesteśmy ze Śląska, smog nie jest nam obcy, ale nawet lecąc nad Katowicami, nigdy nie widzieliśmy nieba w takich barwach. To był pierwszy znak, że jesteśmy gdzie indziej, niż wszystko, co do tej pory znaliśmy.

Po wylądowaniu w Bangkoku przywitało nas… śpiewające metro.
Serio. Śpiewało. A właściwie odtwarzało piosenkę brzmiącą jak coś wyjętego z taniej bajki anime albo — w najlepszym wypadku — z czasów Tamagotchi. Pierwszy sygnał, że jesteśmy bardzo daleko od domu.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, byliśmy przekonani, że jesteśmy już niemal u celu. I właśnie wtedy okazało się, jak bardzo byliśmy naiwni. Trasa, którą trzeba pokonać, zanim w ogóle wyjdzie się z tego lotniskowego molocha, jest tak długa, że przy autobusach spokojnie można by ustawić tabliczkę:
„Udany trekking”.
Przejście paszportowe przebiegło bez większych problemów, choć — trochę nieświadomie — powiedzieliśmy prawdę. Całą prawdę. To znaczy, że jedziemy do Kambodży. I do Wietnamu. A potem wracamy do Tajlandii. Taki niewinny objazd po świątyniach, w trójkę ewidentnych turystów z dzieckiem.
Pani na granicy spojrzała na nas z lekkim zdziwieniem, ale bez komentarza puściła dalej. Byliśmy prawie ostatni w grupie. Prawie — a to, jak się później okazało, naprawdę się liczyło.
Ostatnich czterech uczestników naszej wycieczki również powiedziało prawdę. Z tą różnicą, że nie byli rodziną z dzieckiem, tylko czterema młodymi facetami, którzy w innym kontekście mogliby wyglądać jak najemnicy. A że trwał akurat konflikt między Tajlandią a Kambodżą, sytuacja zrobiła się odrobinę bardziej… skomplikowana.
Na szczęście i im udało się wytłumaczyć nieporozumienie. W końcu wszyscy mogliśmy udać się w stronę hotelu — a przy okazji opuścić tę szczelnie zamkniętą, klimatyzowaną bańkę po raz pierwszy od dwunastu godzin.
Bangkok przywitał nas ciepłym, wilgotnym powietrzem.
Była dopiero dziewiąta rano.
Do hotelu mieliśmy jeszcze około godziny drogi.
Antyporada #19: Jeśli po wyjściu z lotniska czujesz, że oddychasz wodą,
to nie panika — to Azja.
Za oknami, z nieukrywanym zaciekawieniem, oglądaliśmy Bangkok — miasto pełne kontrastów. Słuchaliśmy słów przewodnika, który w możliwie największym skrócie próbował przybliżyć nam miejsce, do którego właśnie przyjechaliśmy. A także — co okazało się zadaniem znacznie trudniejszym — wyjaśnić, jak ono właściwie się nazywa.
Nie był w stanie wymówić pełnej nazwy Bangkoku. Zresztą szybko stało się jasne, że nie on powinien się tego podejmować. W Tajlandii przewodnikami mogą być wyłącznie Tajowie, więc tak naprawdę to nasza tajska przewodniczka sprawowała nad nami opiekę, a nie polski pilot.
I to ona w końcu przejęła głos.
Kiedy zaczęła wymawiać pełną, oficjalną nazwę Bangkoku, wszyscy zamilkli. Z czystego zdumienia. Okazało się, że jest ona absurdalnie długa — prawdopodobnie jedna z najdłuższych nazw miast na świecie.
Brzmi ona tak:
กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์
มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์
ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์
มหาสถาน อมรพิมาน
อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์
W zapisie łacińskim — mniej więcej:
Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya
Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom
Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman
Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit.
A znaczenie? Jeszcze bardziej zaskakujące.
W wolnym tłumaczeniu to:
Miasto Aniołów, wielkie miasto i rezydencja świętego klejnotu Indry — Szmaragdowego Buddy — niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami, pełna ogromnych pałaców królewskich, podobna do niebiańskiego domu odrodzonego Boga; miasto podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana.
I w ten sposób dowiedzieliśmy się, że właśnie przyjechaliśmy do…
Los Angeles Wschodu.
Przez okno autobusu oglądaliśmy miasto pełne kontrastów, słuchając jednocześnie słów przewodnika, który przekazywał nam podstawowe zasady bezpieczeństwa. Mówił, gdzie lepiej nie chodzić, jak uważać na ruch uliczny i w jaki sposób nie dać się przejechać skuterem — co, jak się szybko okazało, było informacją wyjątkowo praktyczną.
Na zmianę podziwialiśmy sypiące się baraki stojące nad kanałami i górujące nad nimi wysokie, szklane wieżowce. Te ostatnie przypominały raczej kadry z amerykańskich filmów niż to, co do tej pory wyobrażaliśmy sobie jako Azję.

Byliśmy wyspani dzięki nocy spędzonej w rozkładanych fotelach, ale o świeżości nie było mowy. Wizja natychmiastowego zwiedzania Bangkoku coraz bardziej się oddalała. Plan „wyśpimy się w samolocie i zaczniemy żyć” był dobry — w teorii. W praktyce nie przewidzieliśmy jednego.
Odwodnienia.
Turbo suche powietrze w samolocie, picie ograniczone do minimum, żeby nie kursować co chwilę do toalety, a do tego fakt, że większość lotu po prostu przespaliśmy — wszystko to sprawiło, że przez kilkanaście godzin skutecznie się odwadnialiśmy. Po wylądowaniu musieliśmy jak najszybciej nawodnić organizmy, żeby w ogóle zacząć funkcjonować.
Najlepiej zadziałała zwykła woda mineralna. Taka prawdziwa. Owszem, była mniej więcej trzy razy droższa niż najtańsza woda z półki, ale była dostępna i działała.
Na szybkie nawodnienie najlepiej sprawdził się miejscowy napój z elektrolitami i witaminami — coś w rodzaju naszych wód dla sportowców np. B’lue, Vitaday. Znaleźliśmy go sami w sklepie. Literki były normalne, więc dało się przeczytać, co to właściwie jest. I to wystarczyło.
Antyporada #20: Sen w samolocie nie zastępuje wody. Suchość w gardle to dopiero pierwszy sygnał.
Po wyjściu na miasto przywitał nas gorący Bangkok. Choć — jak słyszeliśmy — tego dnia było „zimno”. Zimno, czyli trzydzieści dwa stopnie. Postanowiliśmy się rozejrzeć, zobaczyć, gdzie właściwie jesteśmy. Nasz hotel, Bangkok Palace Hotel, znajdował się w samym centrum miasta.
Zaraz po wyjściu trafiliśmy na spokojną uliczkę. Cichą, niemal niepozorną. Ale z każdym kolejnym krokiem robiło się coraz gęściej — i był to bardzo łagodny sposób, by przygotować nas na chaos panujący na bangkockich drogach.

Pierwsze przejście przez ulicę było stresujące. Właściwie — sami przez nią nie przeszliśmy. Dokleiliśmy się do jakiejś Tajki, która akurat przechodziła w tym samym miejscu. Ona szła pewnie przed siebie, a my — jak małe kaczuszki — biegliśmy za nią, jak za mamą.
Wokół nas było jedzenie. Wszędzie. Pachniało cudownie i wyglądało jeszcze lepiej. Owoce wręcz wołały: „zjedz mnie”. Ale w tyle głowy mieliśmy słowa przewodnika, któremu bardzo zależało, żeby wszyscy przeżyli ten wyjazd w całości — i nie rozłożyli się już na samym początku. Zwłaszcza że za siedemdziesiąt dwie godziny mieliśmy lot do Kambodży.

Polecił nam pierwszego dnia nie jeść niczego z ulicy. Po pierwsze — z powodu metali ciężkich, które razem z powietrzem osiadają na straganach. Po drugie — dlatego, że jet lag to nie tylko zaburzony sen i odwodnienie, ale też ogólne osłabienie organizmu. A na jelitówkę zwyczajnie nie było czasu.
Zgodnie z tą radą minęliśmy pachnące stragany i ruszyliśmy w poszukiwaniu restauracji na obiad. W końcu znaleźliśmy coś, co pasowało wszystkim — kuchnię indyjską. Jak się szybko okazało, w tej okolicy restauracje były głównie indyjskie, a tajskie jedzenie… stało na ulicy.

Pierwszy szok przeżyliśmy po otwarciu menu. Miało być tanio. Tania Tajlandia. Tymczasem ceny były bardzo zbliżone do tych z naszego miasta. Cóż — tanie jedzenie w Tajlandii kończy się zwykle w momencie wejścia do klimatyzowanego pomieszczenia.
Trzeba jednak przyznać jedno: dania były naprawdę bardzo dobre.
Antyporada #21: Tania Tajlandia kończy się tam, gdzie zaczyna się klimatyzacja.
Ze śmieciami wydarzyła się rzecz, której zupełnie się nie spodziewaliśmy.
Na ulicach Bangkoku wszędzie leżały worki. Po prostu. Porozrzucane, postawione wzdłuż chodników, często niezawiązane, zbierane w większe kupki. Ludzie dokładali do nich swoje odpady bez większego zastanowienia. Wyglądało to chaotycznie, ale jednocześnie… normalnie. Tylko że my nie wiedzieliśmy, czy wolno nam zrobić to samo.
W Europie każdy płaci za swoje śmieci. Każdy ma swój kosz, swoje worki, swoje zasady. Nie chcieliśmy dokładać komuś worka do worka z obawy, że naruszymy jakiś niewidzialny porządek i kogoś zdenerwujemy. Więc nie wyrzucaliśmy.
Wracając do hotelu, nieśliśmy ze sobą puste butelki po napojach. Szukaliśmy kosza intensywnie. Naprawdę. Rozglądaliśmy się, zaglądaliśmy w zaułki, wypatrywaliśmy czegokolwiek, co choćby przypominało śmietnik. Nic.
Sumienie nie pozwalało nam zrobić tego, co robili miejscowi — po prostu odłożyć śmieci na kupkę. A skoro nie znaleźliśmy żadnego oficjalnego rozwiązania, zrobiliśmy jedyne, które wydawało nam się bezpieczne.
Śmieci wyrzuciliśmy w hotelu.
Dopiero później zrozumieliśmy, że to nie była kwestia bałaganu, tylko innego systemu. Ale pierwszego dnia nie mieliśmy jeszcze odwagi ani wiedzy, żeby się w nim poruszać.
Następnego dnia mieliśmy zacząć zwiedzać na poważnie.
Pobudka była zaplanowana na świt.
Antyporada #22: Jeśli nie wiesz, jak działa lokalny system, lepiej przez chwilę ponosić swoje śmieci niż cudze pretensje.