Następnego dnia nadszedł czas na nasze ostatnie godziny na łodzi.
Powrót do portu macierzystego, wszystko zaplanowane: mieliśmy być na miejscu o godzinie 14.
Byliśmy… o 12.

Dumni z siebie jak nigdy wcześniej – dopłynęliśmy bez żadnej tragedii.
Z portu wypłynęliśmy jak profesjonaliści, a do portu wpłynęliśmy w nienajgorszym stylu. Może nie olimpijskim, ale nikt nie spadł, nic nie przeciekło, nikt nie krzyknął „trzymaj linę!”.
To już coś.

Na miejscu właściciel jachtu – uśmiechnięty, zrelaksowany – zapytał, jak się nam pływało.
W trakcie słuchania naszych opowieści, jego mina zmieniała się jak w kalejdoskopie:
od uśmiechu, przez niedowierzanie, aż po „o mój Boże”.

Kiedy usłyszał, co działo się z łodzią – złamany maszt, ster, kółka przed kanałem Kula – był… w niebo wzięty.

Jak to? Naprawiliście wszystko sami?!
Bo jak sam przyznał – on miałby strasznie daleko, żeby tam dojechać.

Na koniec pogratulował nam:
To był pełen wrażeń rejs dziewiczy!

A my, rozczuleni i z nutką sentymentu, odkupiliśmy od niego stary drewniany pagaj.
Pagaj, który… połamaliśmy.
Pagaj, który był naszą opoką i podporą – dosłownie w każdym porcie.
Dziś stoi u nas w mieszkaniu, dumnie oparty o ścianę, i przypomina nam, że daliśmy radę.

Spakowanie się i opuszczenie łodzi zajęło nam dokładnie 30 minut.
I po pół godzinie byliśmy już w samochodzie.

Mogliśmy ruszać w drogę powrotną.
Ale… przecież było za wcześnie, a pogoda – w końcu – zrobiła się ładna.
Postanowiliśmy więc jeszcze pozwiedzać okolice.

Pojechaliśmy nad Śniardwy – to jezioro, którego nie dane nam było zdobyć drogą wodną – oraz do rezerwatu koników polskich.

Nasza córka była zachwycona.
Konie, przyroda, słońce – życie wróciło na właściwe tory.

Do domu wyjechaliśmy dopiero po obiedzie.
I – co nie do uwierzenia – trasa do domu przebiegła bez najmniejszych komplikacji.

O 22:00 weszliśmy do domu.
Własne łóżka. Własne poduszki. Własna łazienka.
Cisza.

Zmęczeni tak bardzo, że… nie umieliśmy zasnąć.
My – czyli ja i mój mąż.
Młoda zasnęła natychmiast.
Wypoczęta. Zadowolona.
Gotowa na kolejne wakacje.

Antyporada #69 (ostatnia): Jeśli po takim rejsie wracasz do domu i nie możesz zasnąć – nie martw się. To nie bezsenność. To syndrom przetrwania. I cichy głos w głowie szepczący: „To kiedy znów ruszamy?”