Dzień zaczął się zdecydowanie mniej turystycznie, niż zakładał nasz plan zwiedzania. Z samego rana dzwoniliśmy do ubezpieczyciela w sprawie nogi męża. Po kilku przekierowaniach, numerach sprawy i standardowym „proszę jeszcze chwilę poczekać” dowiedzieliśmy się, że lekarz będzie dopiero po południu.

Normalni ludzie pewnie zostaliby w hotelu.
Mój mąż uznał jednak, że szkoda dnia.

Ponieważ plan na ten dzień i tak miał być lekki, zapadła szybka decyzja: jedziemy. Tym razem ruszyliśmy bez naszego standardowego wyposażenia ekspedycyjnego, które zwykle wygląda jak przygotowania do miesięcznej wyprawy w dżunglę.

Wzięliśmy jeden plecak.
Dwie małe butelki wody, leki i niewielką apteczkę. Nic więcej.

Po śniadaniu ruszyliśmy nad jezioro Tonlé Sap. Widzieliśmy je już z samolotu — ogromną, rozlaną plamę wody na mapie Kambodży. Teraz mieliśmy zobaczyć je z bliska.

Jezioro okazało się olbrzymie, a jego woda – w kolorze błotnistej zawiesiny – bardziej przypominała kawę z mlekiem niż jezioro.

Byliśmy tu zaraz po porze deszczowej, więc wody było jeszcze dużo, choć lokalni mówili, że poziom i tak zdążył już opaść o kilka metrów od maksimum.

Na przystani prawie nikogo nie było. Tonlé Sap mieliśmy właściwie tylko dla siebie.

Po jeziorze pływaliśmy niewielkim statkiem z dachem, który chronił przed słońcem. Z jego pokładu mogliśmy spokojnie podziwiać namorzyny i pływające domy.

W tych domach mieszkali ludzie, którzy żyli na wodzie, bo na lądzie często nie mieli do tego prawa.

W większości są to Wietnamczycy, którzy od pokoleń żyli na tym jeziorze — niezależnie od tego, kto akurat rządził tą częścią świata.

Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy po epoce kolonialnej zaczęły powstawać granice. To my, Europejczycy, rysowaliśmy je na mapach.

Dla ludzi z Tonlé Sap te granice okazały się pułapką. Od zawsze żyli na wodzie. W porze suchej zbliżali się do Mekongu, a w porze deszczowej wypływali na jezioro. Gdy pojawiły się państwa i dokumenty, nagle okazało się, że nie należą nigdzie.

Wietnam ich nie przyjmuje, bo nie są Wietnamczykami, choć mówią w ich języku. Dla Kambodżan też nie są swoi, mimo że wielu z nich urodziło się właśnie tutaj. Dziś tworzą jedną z największych społeczności bezpaństwowców w regionie.

Żyją bez dokumentów i praw, które dla nas są oczywiste. Gdyby nie programy ONZ i UNESCO, wiele dzieci z tych wiosek nie miałoby nawet dostępu do szkoły.

Mimo to starają się prowadzić normalne życie. Na dachach łodzi pojawiają się panele słoneczne. Recykling nie jest tu modnym hasłem, tylko codziennością. Ludzie sprzątają jezioro, bo najlepiej widzą, co się dzieje, kiedy przestaje się dbać o środowisko. W sieciach coraz częściej trafiają się ryby z plastikiem w brzuchach.

Z czasem z tych pływających domów powstały całe wioski.

Na wodzie pojawiły się sklepy, warsztaty i szkoły. Są też świątynie i kościoły, które unoszą się razem z poziomem wody. Obok domów stoją bary i restauracje – zacumowane jeden przy drugim jak zwykłe budynki przy ulicy. Tyle że tutaj ulicą jest woda. Część z nich powstała dla mieszkańców, część wyraźnie dla turystów przypływających zobaczyć pływające wioski.

Cmentarze znajdują się już na ziemi, w lesie namorzynowym. To najwyższe miejsca, jakie mieszkańcy znaleźli, żeby móc pochować swoich bliskich. Mimo to w porze deszczowej jezioro i tak dociera i tutaj. Gdy Tonlé Sap podnosi się o kilka metrów, woda regularnie zalewa groby.

Tuż przed wypłynięciem na otwarte jezioro stoi niewielka kapliczka na wysokich schodach. Żeglarze zatrzymują się przy niej i modlą o szczęśliwy powrót do domu. Schody są tak wysokie nie bez powodu — poziom wody w Tonlé Sap potrafi podnieść się o kilka metrów, a kapliczka musi pozostać ponad powierzchnią jeziora.

Kiedy wypłynęliśmy na otwarte jezioro, widać było już tylko wodę. Drugiego brzegu w ogóle nie było widać. Tonlé Sap jest tak duże, że stojąc na łodzi ma się wrażenie, jakby to nie było jezioro, tylko spokojne morze.

Jezioro zmienia się jednak razem z porami roku. W porze suchej ma zaledwie kilka metrów głębokości i zajmuje około 2,5–3 tysiące kilometrów kwadratowych. Kiedy zaczynają się monsuny i Mekong zaczyna gwałtownie przybierać, dzieje się coś niezwykłego.

Rzeka Tonlé Sap zmienia kierunek.

Zamiast odprowadzać wodę z jeziora do Mekongu, zaczyna ją do jeziora wtłaczać. W ciągu kilku miesięcy Tonlé Sap zwiększa swoją powierzchnię nawet kilkukrotnie. Jezioro rozlewa się wtedy daleko w lasy namorzynowe i pola, zmieniając cały krajobraz tej części Kambodży.

Na jeziorze pojawiają się też miejsca przygotowane specjalnie dla turystów. Pływające platformy z restauracjami, sklepami z pamiątkami i punktami widokowymi. Jedną z większych atrakcji są fermy krokodyli.

Kiedyś krokodyle żyły w Tonlé Sap naturalnie. Dziś w jeziorze prawie się ich nie spotyka. Być może gdzieś w najbardziej odległych częściach jeziora, do których człowiek rzadko dociera, jakiś jeszcze przetrwał, ale większość z nich trzymana jest na fermach.

Dla mieszkańców tych wiosek hodowla krokodyli nie jest niczym niezwykłym. Traktują je tak, jak w wielu innych miejscach traktuje się bydło czy świnie — jako zwierzęta hodowlane i źródło utrzymania. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy w grę wchodzą turyści z Europy. Produkty z krokodyli — skóry czy pamiątki — są objęte ograniczeniami, bo w Unii Europejskiej gatunek ten uznawany jest za zagrożony. Dla wielu Kambodżan jest to trudne do zrozumienia, bo w ich przekonaniu nie chodzi o dzikie zwierzęta z jeziora, tylko o krokodyle hodowane na fermach.

Same wody Tonlé Sap są dziś pozbawione dużych drapieżników. Dlatego dla mieszkańców jezioro jest po prostu częścią codziennego życia.

Przy pływających restauracjach można zobaczyć jeszcze jedną lokalną ciekawostkę — butelki alkoholu z zatopionymi w środku wężami. To tradycyjna nalewka, która według miejscowych ma wzmacniać organizm i dodawać sił.

My tego „cudownego specyfiku” jednak nie spróbowaliśmy. Ja dlatego, że nie przepadam za mocnym alkoholem. Mój mąż chętnie by spróbował, ale tym razem też musiał odpuścić — przez nogę brał leki przeciwbólowe i przeciwzapalne, które przywieźliśmy jeszcze z Polski.

Kiedy zeszliśmy z łodzi i ruszyliśmy dalej w stronę świątyń, krajobraz bardzo szybko się zmienił. Zamiast wody i pływających domów pojawiły się pola i małe przydrożne wioski.

Po drodze mijaliśmy pola lotosu. Z wody wystawały ogromne zielone liście, a między nimi różowe kwiaty. W tej części świata lotos nie jest tylko ozdobą. Wykorzystuje się prawie wszystko – nasiona trafiają do jedzenia, z łodyg robi się włókna, a korzenie też lądują na talerzu.

Chwilę dalej zatrzymaliśmy się przy niewielkim lokalnym targu. Kilka stoisk, trochę owoców, warzyw i rzeczy, których nawet nie potrafiliśmy nazwać.

Na jednym ze stołów sprzedawano świeże ryby prosto z jeziora. Na innym – w koszach leżały węże, które w tej części świata również trafiają na talerz.

Chłodni, lodówek ani nawet większej ilości lodu na targu nie było. Za to ryby były bardzo świeże. Czasem wręcz za świeże – zdarzało się, że któraś nagle odzyskiwała energię i próbowała opuścić stragan na własnych płetwach, lądując na środku drogi.

W takich miejscach szybko widać, że standardy, do których przywykliśmy w Europie, są luksusem. Tutaj świeżość jedzenia oznacza po prostu, że jeszcze chwilę wcześniej żyło, a dyskusje o dobrostanie zwierząt schodzą na dalszy plan wobec dużo prostszego pytania: czy będzie co zjeść.

Obok ktoś mieszał coś w ogromnym metalowym kotle ustawionym na starej oponie. Z daleka wyglądało to trochę jak warsztat samochodowy, który przypadkiem zaczął produkować jedzenie. W rzeczywistości była to produkcja cukru palmowego. Sok zbierany z kwiatów palmy gotuje się bardzo długo, aż zamieni się w gęsty, karmelowy syrop. Po ostygnięciu zastyga w charakterystyczne brązowe kostki, które w tej części świata często zastępują zwykły cukier.

Najlepsze są jednak świeże, jeszcze lekko ciepłe. W smaku przypominają trochę nasze krówki – tylko mniej słodkie i z wyraźną karmelową nutą.

A gdyby ktoś zastanawiał się, gdzie właściwie „rośnie pieprz”, do którego w Polsce wysyła się ludzi w mniej uprzejmych rozmowach… to właśnie mniej więcej tutaj. I muszę przyznać, że jest to całkiem miłe miejsce jak na kierunek wysyłania kogoś w złości.

I właśnie na tym niewielkim targu można było kupić jedną z rzeczy, z których Kambodża słynie najbardziej – pieprz. W tej części świata rośnie od setek lat, a najsłynniejszy pochodzi z regionu Kampot i uchodzi za jeden z najlepszych na świecie.

Jeśli ktoś chce przywieźć z Kambodży coś naprawdę lokalnego, pieprz jest zdecydowanie lepszym pomysłem niż kolejną pamiątkę, która po powrocie wyląduje w szufladzie.

Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej i w końcu dotarliśmy do świątyni Banteay Samré.

Była zdecydowanie mniejsza od świątyń, które oglądaliśmy wcześniej, ale paradoksalnie okazała się jedną z ciekawszych. Cała zbudowana z czerwono-różowego piaskowca wyglądała trochę inaczej niż większość budowli Angkoru.

Świątynia powstała w XII wieku i była poświęcona Wisznu. Co ciekawe, nie zbudował jej król, jak większość świątyń w Angkorze, lecz bardzo bogaty dostojnik religijny – coś w rodzaju biskupa – który razem ze swoim bratem postanowił ufundować tu prywatne sanktuarium.

Patrząc na świątynie Angkoru można odnieść wrażenie, że wszystko powstało z ogromnych bloków piaskowca. W rzeczywistości Khmerowie byli dużo bardziej praktyczni. Rdzeń ścian budowano z laterytu, czyli twardej, żelazistej gliny wydobywanej na miejscu i suszonej na słońcu. Dopiero na to nakładano warstwę piaskowca.

Piaskowiec był luksusem. Wydobywano go w górach Phnom Kulen, jakieś 40–50 kilometrów od Angkoru, a potem transportowano rzekami i kanałami do miejsca budowy.

W przypadku Banteay Samré użyto jednak jeszcze rzadszego czerwonego piaskowca, który sprowadzano z jeszcze dalszych kamieniołomów. Każdy blok trzeba było najpierw wydobyć, potem przeciągnąć przez dżunglę do rzeki, spławić łodzią i dopiero na końcu dostarczyć na budowę.

Fundator świątyni mógł pewnie postawić coś dużo większego, ale był jeden problem – w państwie Khmerów tylko król budował naprawdę monumentalne świątynie. Stawianie czegoś równie wielkiego mogło zostać odebrane jako niezbyt subtelna próba rywalizacji z władcą. Zamiast tego powstała mniejsza świątynia, ale z najdroższego materiału, jaki tylko dało się zdobyć.

I chyba właśnie dlatego dziś można tu oglądać jedne z najlepiej zachowanych rzeźb w całym Angkorze.

Frontony nad wejściami są gęsto pokryte ornamentami. W czerwonym piaskowcu wyrzeźbiono setki drobnych detali – liście, pnącza, fantastyczne stworzenia i oczywiście bogów. Na każdym frontonie znajduje się inna scena z mitologii hinduistycznej.

Spacerując po świątyni można więc oglądać coś w rodzaju kamiennego komiksu sprzed kilkuset lat.

Przy wejściach stoją też niewielkie kamienne figury strażników. Jedna z nich przedstawia uczłowieczonego krokodyla siedzącego w pozycji bardzo przypominającej ludzką.

Na pierwszy rzut oka można pomyśleć o egipskim bogu Sobku, który również był przedstawiany jako krokodyl lub człowiek z krokodylą głową. W rzeczywistości jednak nie ma tu żadnego związku między tymi kulturami.

Po prostu w czasach Imperium Khmerów krokodyle były w tej części Azji bardzo liczne. Żyły w rzekach, jeziorach i kanałach Angkoru. Dla mieszkańców były jednocześnie niebezpiecznym drapieżnikiem i częścią codzienności, więc nic dziwnego, że trafiły również do sztuki jako strażnicy świątyń.

W końcu ruszyliśmy dalej – przed nami była kolejna świątynia.

Następnym przystankiem była Bakong, jedna z najstarszych świątyń całego regionu Angkor.

Powstała pod koniec IX wieku za panowania króla Indravarmana I i była główną świątynią pierwszej wielkiej stolicy Imperium Khmerów – Hariharalaya. Dziś miejsce to znane jest jako Roluos, kilka kilometrów od głównego kompleksu Angkoru.

Świątynia została zbudowana jako tzw. świątynia-góra. Jej pięciopoziomowa piramida symbolizowała górę Meru, czyli w hinduistycznej kosmologii centrum wszechświata i siedzibę bogów.

Bakong była jedną z pierwszych monumentalnych budowli Khmerów wykonanych z kamienia. Wcześniejsze świątynie budowano głównie z cegły, więc wykorzystanie kamienia na taką skalę było sporą zmianą. Khmerowie najwyraźniej uznali, że skoro już budują coś dla bogów, to warto zrobić to tak, żeby przetrwało trochę dłużej.

Na kolejnych poziomach piramidy stoją kamienne lwy, które od wieków pilnują wejścia na wyższe tarasy świątyni. W architekturze Khmerów były one strażnikami świętych miejsc.

Na niższych poziomach można zobaczyć także rzeźby słoni stojące przy narożnikach platform. W sztuce Khmerów symbolizowały siłę, stabilność i królewską władzę.

Co ciekawe, tuż obok ruin do dziś działa buddyjski klasztor. Mnisi mieszkają tam i modlą się tak jak robiono to w tym miejscu od ponad tysiąca lat. Dzięki temu Bakong nie jest tylko zabytkiem archeologicznym – wciąż jest żywą świątynią.

Na parkingu obok świątyni usiedliśmy na chwilę, żeby odetchnąć. I właśnie tam zobaczyliśmy coś, co naprawdę nas zaskoczyło.

Pewna Pani sprzedawała własne rękodzieło. Sam widok stoisk z pamiątkami nie był niczym nowym – bransoletki i różne drobiazgi pojawiają się przy niemal każdej świątyni. Ta Pani poszła jednak o krok dalej.

Robiła torebki. I to nie byle jakie.

Powinna dostać nagrodę dla najlepszego recyklingisty. Torebki powstawały z kapsli od puszek po napojach. Pani sprzedawała turystom napoje, a potem z każdej wyrzuconej przez nich puszki odcinała kapsel tak, żeby go nie uszkodzić. Z tych metalowych elementów tworzyła później torebki, łącząc je nylonowym sznurkiem i dosłownie „szydełkując” metalowe oczka.

Kupiliśmy oczywiście jedną z nich. Była naprawdę piękna – przynajmniej dla mnie. Zdjęcie załączam poniżej.

To dopiero jest prawdziwy recykling. Ta torebka, mam nadzieję, jeszcze długo mi posłuży.

Stamtąd pojechaliśmy prosto do miasta, do hotelu, gdzie mieliśmy czekać na lekarza dla męża. Okazało się to jednak dużo bardziej skomplikowane, niż się spodziewaliśmy. Wizyta była co chwilę przesuwana – najpierw o godzinę, potem o kolejną.

No bo jak mieć pecha, to już na całego.

W końcu zostawiłyśmy męża w hotelu, a ja razem z młodą ruszyłam na poszukiwanie czegoś pysznego do jedzenia.

Siem Reap jest bardzo turystycznym miastem i widać to na każdym kroku. Hotele, bary i restauracje wyglądają jak w kurortach na całym świecie – ten sam styl, te same światła i szyldy. Dopiero po drugiej stronie rzeki można znaleźć coś bardziej przypominającego prawdziwe uliczne jedzenie, z którego słynie ta część Azji.

Jedzenie oczywiście było pyszne.

A przy okazji trafiliśmy też na jedną z lokalnych niespodzianek. W tej części Azji bardzo popularne są kawiarnie ze zwierzętami. W Siem Reap była to… kocia kawiarnia połączona ze sklepem.

Kiedy wieczorem, już po zamknięciu lokalu, temperatura trochę spadła, wszystkie te puszyste kulki wyszły na zewnątrz i rozlały się po całym chodniku.

Widok naprawdę nie z tej ziemi.

Kiedy wróciłyśmy do hotelu z prowiantem dla męża, jego już tam nie było. Nadal był w szpitalu. Wrócił dopiero nad ranem.

Okazało się, że lekarze mieli problem z wykonaniem wszystkich badań – brakowało im dopplera. A mąż, jak to mąż, oczywiście musiał dokładnie wyjaśnić, co mogło mu się stać.

Ponieważ wcześniej kilka osób zasugerowało mu, że to może być ukąszenie jakiegoś stworzenia, a nie zwykłe zakażenie od otarcia, postanowił wspomnieć o tym również lekarzowi. Bo a nuż to jednak nie jego wina, że zaniedbał ranę, tylko jakaś bestia zaatakowała go, kiedy nie patrzył.

Efekt był taki, że nagadał lekarzom różnych teorii, a oni musieli to wszystko sprawdzić.

Ostatecznie okazało się jednak, że zakażenie było oczywiste. Dostał antybiotyk, rana została oczyszczona, a ropnie odessane – choć nie usunięte, co później okazało się błędem. Chirurga akurat nie było. Miał się pojawić dopiero za kilkanaście godzin.

Mąż nie miał więc wielkiego wyboru. Zgodził się na oczyszczenie rany, antybiotyk i dostał skierowanie do szpitala w stolicy na dalsze badania, żeby wykluczyć zakrzepicę. Następnego dnia okazało się, że antybiotyk jest za słaby.