Ostatni raz zeszliśmy do samochodu. Wysiadając, czuliśmy w sobie coś na kształt adrenaliny, jakbym właśnie dobiegała do mety maratonu – jeszcze ten ostatni wysiłek i po wszystkim. Zdjęliśmy deski SUP, torby z jedzeniem, walizki, wreszcie wydobyliśmy dziecko z tylnego siedzenia. Wszystko unieśliśmy i wciągnęliśmy na piętro do pokoju. Rozstawiliśmy walizy, torby i sprzęt gdzieś między szafą a balkonem, zupełnie nie zwracając uwagi na rosnący chaos.

Nie planowaliśmy rozpakowania. Kanapki w torbie już nie miały znaczenia. Mieliśmy tylko jeden cel: sen. Bez rozpakowywania, bez kąpieli, bez oglądania się po pokoju. Położyliśmy się. Nie w stylu „odpocznijmy chwilę” ani „zdrzemnę się na moment”. To było prawdziwe padnięcie trupem – choć może tylko na godzinę, bo wakacje zasługiwały na wejście w nie z nową energią, albo przynajmniej z zamkniętymi oczami i klimatyzacją na maksa.

Problem polegał na tym, że Młoda była w pełni sił. W trybie turbo, gotowa na wszelkie atrakcje: sporty wodne, turniej taneczny na plaży – gdyby tylko ktoś go organizował. Przyznała nam piętnaście minut ciszy, odmierzonych czasem wręcz piskliwie, a potem z najpoważniejszą miną świata oznajmiła:
– Mamo, ja już gotowa. Idziemy nad morze?

Po obiedzie nie było już odwołania – obowiązkowy marsz na plażę czekał. W końcu przyjechaliśmy nad Adriatyk, prawda? Trzeba było natychmiast zamoczyć nogi. Nie miało znaczenia, że ledwo żywi, zmęczeni od podróży i nieprzespanej nocy. Dziecko musi wejść do wody od razu.

Antyporada #41: Po nieprzespanej nocy i trzydziestostopniowym upale wybierz się na spacer w pionie po schodach i kamieniach. W końcu dziecko nie wytrzyma, jeśli nie zamoczy nóg w ciągu pierwszej godziny od przyjazdu.

W tym momencie wrócił temat, który zignorowaliśmy przy rezerwacji – to, o czym wcześniej wspomniałam: hotel „blisko plaży” w rzeczywistości oznaczał:

  1. Dystans około kilometra do wody,
  2. Stromą, kamienistą ścieżkę,
  3. Schody wykute w skale, które bardziej przypominały górską wspinaczkę niż wygodne zejście na plażę,
  4. Na końcu zejście po ostrych kamieniach niczym żyletki.

Sami tak chcieliśmy, bo dopłata za lokalizację przy samej linii brzegowej wydawała się zbyt luksusowa. A dziś? Brzmiała jak genialna inwestycja stulecia.

Antyporada #42: Zawsze wybieraj hotel „blisko plaży”. Kilometr stromych schodów z trzema deskami SUP to przecież tylko lokalny folklor, świetna rozgrzewka i idealny moment na rodzinną kłótnię o to, kto nie chciał dopłacić do opcji „tuż przy morzu”.

Dotarliśmy wreszcie nad wodę. Morze było ciepłe – rekordowe 26 °C. Weszliśmy do wody powoli, jak foki na wakacjach, ciesząc się ulgą, jaką dało nam symboliczne zmycie z siebie całego stresu podróży. Nie myśleliśmy o schodach ani o sprzęcie. Po prostu byliśmy. Po tej pierwszej kąpieli, przy frisbee i zmęczonych od podróży ciałach, uznaliśmy, że jutro napompujemy deski i popłyniemy razem w okolice zatoczek.

Plaža "Mina" 2024

Plan brzmiał pięknie, ale życie, jak zwykle, miało inny pomysł.


Rano obudziła nas burza – i to nie taka letnia, romantyczna, lecz totalny armagedon: grzmoty, ściany deszczu i łoskot kropel uderzających o dach hotelu. Nic dziwnego – od tygodnia temperatura przekraczała 40 °C, a morze już dosłownie się gotowało. Burza była więc w pewnym sensie przewidywalna. Postanowiliśmy zjeść śniadanie i podziwiać ten meteorologiczny spektakl. W końcu kto mógł pochwalić się, że zmoknął na wakacjach w Chorwacji?

Po śniadaniu pełni nadziei na lepsze popołudnie napompowaliśmy wszystkie deski i ustawiliśmy je w przeznaczonym do tego miejscu. I… na tym nasza sportowa aktywność tego dnia się zakończyła. Burza przerodziła się w ulewny deszcz z wiatrem. Lunch został przyjęty z wdzięcznością; skoro pełne All Inclusive, czemu nie skorzystać?

Młoda zamknęła się w barze hotelowym obok i włączyła Wi-Fi, a my z mężem usiedliśmy przy stoliku, by zamówić drinka i kontemplować coraz bardziej groźne niebo. Temperatura spadła do 18 °C – bluzy, które wzięliśmy „na wszelki wypadek” do auta, nagle stały się towarem luksusowym. Po południu deszcz ustał, ale powietrze nadal było zimniejsze od Adriatyku, który wciąż miał swoje 26 °C.

Młoda spytała:
– To co teraz?

Widok na wejścia do portu miasta Vrboska podczas ulewy

Wyciągnęliśmy plan B: wyprawa do Starego Gradu, stolicy wyspy Hvar – dwadzieścia pięć minut drogi, piękne widoki, spacer po starym mieście, twierdza, kawa, zdjęcia. Klasyczna wycieczka z katalogu podróżniczego. Spakowaliśmy GoPro, naładowaliśmy powerbank i zabraliśmy drobne w euro na parking. Ruszyliśmy, mijając parujące drzewa, mglistą Dalmację i kaniony, które dzieliły Jelsę od Starego Gradu.

Droga z Jelsy do Stari Grad - kaniony w chmurach

Wjeżdżaliśmy na ostatnie wzniesienie, spod którego rozciągało się bezkresne morze. Tyle że nad horyzontem wisiał olbrzymi wał szkwału niczym z filmu katastroficznego – wzburzone fale, stalowe niebo, a na wodzie motorówki pędzące ile sił w silnikach, by uciec do najbliższego portu.

Mąż spojrzał na mnie z niedowierzaniem:
– Mówiłaś, że ma być tylko pochmurno!

– Bo tak miało być… – odpowiedziałam, próbując walczyć z powagą sytuacji.

Jednak, ilekroć było „tylko pochmurno”, natura miała w zwyczaju wykreować przyrodniczy spektakl. Zawzięliśmy się i jechaliśmy dalej, bo przecież nie mieliśmy innej drogi zawrotnej.

Wjechaliśmy do miasteczka, a niebo zaczęło błyskać piorunami. Deszcz lał jak z węża strażackiego. Twierdza okazała się zamknięta ze względów bezpieczeństwa – zobaczyliśmy piorun uderzający w maszt przy górnej bramie. Mąż bez słowa zawrócił samochód, a z tylnego siedzenia dobiegł nas rozdzierający oddech Młodej:
– Ja nie wychodzę. Będę moknąć?! Bez jaj!

Chcąc nie chcąc, poszukaliśmy nowego planu: powrót do hotelu!

Antyporada #43: Jeśli prognoza zapowiada „przelotne zachmurzenie”, zaplanuj wycieczkę W GÓRĘ, w kierunku twierdzy – dla dramatycznego efektu pioruna, który przyspieszy bicie serca.

Po powrocie do hotelu udaliśmy się do baru w lobby gdzie według młodej było najlepsze wifi. Zamówiliśmy zimne napoje i patrzyliśmy na horyzont, gdzie deszcz zmieniał się w chmury niczym w kalejdoskopie. Było ledwo 18 °C – Bluzy, które mieliśmy w aucie na wszelki wypadek, nagle okazały się niezastąpione. Zdaliśmy sobie sprawę, że być może przez resztę dnia nie poczujemy słońca.

Antyporada #44: Nie pakuj bluz – chyba że z ironią. Potem okażą się niezbędne już pierwszego dnia, gdy wakacyjna zemsta klimatu zaatakuje. Mieliśmy nadzieje, że może nie zostaniemy pierwszą rodziną w historii, która całe wakacje w Chorwacji spędziła w hotelowym barze, obserwując deszcz przez szybę…
Ale patrząc na ten niekończący się deszcz – zamówiliśmy na wszelki wypadek kolejne napoje.