Zaczęło się całkowicie niewinnie. Żadna katastrofa nie była planowana, a już na pewno nie katastrofa finansowa. Ot, Młoda miała drugą majówkę. A dokładniej: przerwę na czas egzaminów ósmoklasisty. Wypadło to w drugiej połowie maja – trzy dni wolnego na same egzaminy, a dwa pozostałe „szkolne”, teoretycznie do wykorzystania na przygotowanie się do testów życia. Czyli: pięć dni. W praktyce – idealny moment, żeby gdzieś uciec. Gdzieś blisko. Z krótkim lotem. I koniecznie maksymalnie na siedem dni. Bo przecież jesteśmy rozsądni ludzie. Prawda?

Szybko odpaliłam komputer, żeby sprawdzić, co świat tanich lotów i wakacji last minute ma nam do zaoferowania. Tym bardziej, że ten genialny pomysł wpadł mi do głowy w środę. A już w sobotę — najbliższą sobotę — chciałam być TAM. Gdziekolwiek, byle TAM. W jakimś pięknym miejscu, gdzie to mnie będą podawać jedzenie, a nie ja komuś. Gdzie nie ma zeszytów, obowiązków i wieczornego „co dziś na obiad?”. Wizja piękna. Wizja możliwa. Trzeba tylko znaleźć ofertę życia.

No i znalazłam. Bulgaria. All inclusive. Cztery gwiazdki. Blisko morza. Złote Piaski. Cena nie do przebicia — 3000 zł za całą naszą trójkę. Z parkingiem na lotnisku i dodatkowym ubezpieczeniem, na wszelki wypadek (czyli wiadomo, że na pewno się przyda). Pogoda? Sprawdzona – całkiem nieźle. Może nie karaibska, ale dla Polaka z grzejnikiem pod ręką – luksus.

Antyporada #1: Jeśli oferta wygląda jak spełnienie marzeń, sprawdź jeszcze raz, czy przypadkiem nie jest tylko bardzo dobrze opisana.

Plan został szybko przedstawiony domownikom, ale nie jako wakacje, tylko jako taki długi weekend z bonusem. Trochę z zaskoczenia, żeby nie było czasu na zbyt wiele pytań. Młoda chwilę marudziła, że nie ma miliona zjeżdżalni i Aquaparku na dachu hotelu, ale w końcu padło upragnione „OK”. W sumie nie mówiłam im, że wyjazd już dawno był zabukowany. Ich akceptacja była więc bardziej formalnością. Żeby nie było, że ich nie pytam.

Ponieważ wyjazd był już za chwilę, nie było czasu na żadne przygotowania. Żadne. W sobotę o 14:00 mieliśmy już jeść obiad w hotelu z czterema gwiazdkami i nieskończoną ilością ryżu, dlatego w piątek wieczorem czekało nas jedno wielkie: pakuj, pierz, nie pytaj, działaj.

Szybkie pakowanie połączone z równie szybkim praniem, bez zbędnych rozmyślań typu „czy to się przyda?” albo „czy naprawdę potrzebuję trzeciej sukienki?”. Nie było też czasu na przeczytanie jakiejkolwiek książki, poradnika, ani chociażby wpisu na blogu o Bułgarii. Jedyna osoba, którą znałam, która kiedykolwiek była w Bułgarii, to moja mama. A i to… czterdzieści lat temu. A i to… jedyny wyjazd w jej życiu, który wspomina źle.

Słowo „Bułgaria” wywołuje u niej do dziś lekki tik nerwowy. To były wakacje pełne niedogotowanego ryżu, kołdry z koca i ogólnej atmosfery socjalistycznego niedoboru. Mama, słysząc o naszym wyjeździe, tylko pokiwała głową z wyrazem bezdennego rozczarowania i wypaliła proroczo:

— Zobaczysz, nie będzie ci się podobać. Poza jogurtami i arbuzami nie zjecie tam nic dobrego. A pogoda? Pogoda będzie jak nad Bałtykiem. ZOBACZYSZ.

Straszyła jak grecka wyrocznia z Kołobrzegu. Ale co z tego? Wakacje już opłacone, wylot o świcie, jogurty w cenie – nie będziemy się teraz przejmować mrocznymi wspomnieniami z lat osiemdziesiątych. W końcu my lecimy do Bułgarii z czterema gwiazdkami, opaską all inclusive i nadzieją, że to będzie raj na ziemi. Prawda?

Antyporada #2: Jeśli ktoś, kto był gdzieś czterdzieści lat temu, mówi ci „ZOBACZYSZ” — zobaczysz.

Lot był z tych miłych i przyjemnych. Nie za długi, bez turbulencji, bez dzieci kopiących w fotel i bez dramatycznych myśli w stylu „czy to już ten moment, kiedy zaczniemy spadać?”. Wręcz przeciwnie – całkiem komfortowo, jak na standardy rodzinnych last minute. Pilot wylądował miękko jak masło. Nastroje były dobre, bagaże nie zaginęły (jeszcze), a my — zwarci, gotowi i umiarkowanie wyspani — wysiedliśmy na bułgarskiej ziemi.

Lotnisko w Bułgarii okazało się małe. Ale to nawet lepiej — nie trzeba biegać po kilometrach hal, nie ma miliona gate’ów, z których każdy brzmi jakby miał zaraz odlecieć do innej galaktyki. Ot, kilka pasów, parę taśm bagażowych i klimat nieco przypominający terminal promowy w Świnoujściu. Ale kto by się czepiał — najważniejsze, że szybko.

Szybki atak na walizki, lekki sprint do autobusu, w którym pan rezydent próbował ułożyć ludzi według jakiegoś dziwnego algorytmu (nieudanego), i już byliśmy na wakacjach.

Tak sobie przynajmniej wtedy myślałam. Teraz już tylko odpoczynek. Żadnych zmartwień. Żadnego drogiego euro – w końcu Bułgaria to kraj podobny cenowo do naszego (tak wtedy myślałam, znów). Spokój, cisza, opaska na ręku, słońce na niebie. Co mogło pójść nie tak?

(Tu scena może się urwać dramatycznym milczeniem, bo dobrze wiemy, że mogło.)