Po całonocnym rejsie Nilem dotarliśmy wreszcie do Edfu. Nasz statek przycumował jako trzeci przy kei, co oznaczało jedno: klasyczny egipski „spacerek po sąsiadach”, czyli przejście przez dwa inne statki, żeby w ogóle wyjść na brzeg.
Ale zanim jeszcze wyszliśmy z kajuty, zaczęło się dziwnie. Obudziłam się i… ciemno. I to nie takie romantyczne „ciemno, bo jeszcze świt”, tylko „ciemno, bo ktoś postawił przed moim oknem ścianę”. A dokładnie: burtę innego statku. Okno w okno. Twarzą w twarz z sąsiadem z naprzeciwka, który równie dobrze mógłby mnie zapytać, jaką kawę piję.
Odległość między nami? Jakieś 60 centymetrów. Wystarczyłoby, żeby podać sobie rękę. Albo kromkę chleba. Prywatność: zero.
A potem wyszliśmy. I zaczęła się właściwa atrakcja – przejście z naszego statku przez dwa inne. Trap z burty na burtę, żadnych luksusów, żadnych „przejść pasażerskich” – po prostu stalowa konstrukcja rzucona między jednostki i w drogę.
Wszędzie dookoła półprzytomni turyści, jedni w piżamach, drudzy z kawą, trzeci z miną w stylu „czy to naprawdę jest legalne?”. I tylko cichy szept wspólnego lęku:
– Byle nie telefon…
Bo to był największy stres tego poranka. Nie śliska blacha, nie brak snu, nie sąsiedzi z przeciwka. Tylko telefon. Bo jeśli ci to cholerstwo wypadnie z ręki, to masz po zdjęciach, po kontakcie ze światem, po blogu i po śniadaniu.
Między statkami była może szczelina na telefon i smoczek – wąska jak wyrzut sumienia, głęboka jak Nil. Jak coś tam wpadnie, to już nikt tego nie wyłowi. Nikt nawet nie będzie próbował.
W głowie miałam tylko jedno:
– Jak mi to spadnie, to ja nie lecę za nim. Ja się po prostu położę na tym trapie i będę płakać. Cicho, godnie i do skutku.
A jakby poranek nie był wystarczająco intensywny, to jeszcze był mąż.
Od rana chodził po kajucie jak duch Amenhotepa z lekką nutą melodramatu. Mamrotał pod nosem, że to już na pewno TO, że dzisiaj go weźmie, że nie warto już nawet zaczynać śniadania, skoro to może być ostatni posiłek jego życia.
Bo – uwaga – tej nocy pierwszy raz ktoś z naszej ekipy nie pojawił się na śniadaniu. I zanim zdążyliśmy dopić herbatę, rezydent z poważną miną przyniósł do recepcji lek na chorobę faraona – dla tej jednej chorej osoby. Nikomu więcej, żadnych zapasów, żadnych gratisów „na wszelki wypadek”.
I wtedy mąż się zagotował.
– Czyli co? On dostał, a ja nie?! – spytał, jakby właśnie odkrył, że nie uwzględniono go w testamencie.
Rezydent, widząc jego minę, spróbował rozładować atmosferę i rzucił niby-żartem:
– No wie pan, tak to jest. Jak się po imprezie nie zamknie kajuty, to faraon wchodzi. On zawsze w nocy i tylko przez otwarte drzwi!
Mąż zamarł.
– A my… mieliśmy zamknięte?
– Tak – odpowiedziałam. – Zawsze zamykam. I klamkę, i przekręcam.
– Ale może… uchylone?
– Nie. Zamknięte.
– To niemożliwe, bo ja czuję, że on był. On był u mnie w nocy.
Zrobił się obrażony. Na mnie, na rezydenta, na przewodnika i na cały system, który zignorował jego niemal śmiertelną chorobę. Bo przecież on też ma prawo do leku, nawet jeśli jeszcze nic się nie dzieje. A zwłaszcza wtedy.
Córka spojrzała na niego z uniesioną brwią i rzuciła:
– Tato, serio. Przestań.
– Ale ja NIC nie jadłem! – jęknął, chwytając się za brzuch.
– No właśnie – westchnęłam. – A może właśnie dlatego…
Ale wiadomo – logika nie działa na ludzi dotkniętych przez ducha faraona. Szczególnie jeśli czują się poszkodowani przez los i niedocenieni przez załogę statku.
Antyporada #43: Jeśli twój mąż twierdzi, że właśnie umiera na chorobę faraona – nie dyskutuj. Rozum i rozsądek nie mają tu szans. Po prostu zaakceptuj, że paniczna biegunka ma pierwszeństwo przed logiką, i zorganizuj mu trasę z kajuty do łazienki z przystankiem przy butelce z wodą. Oszczędzisz sobie nerwów.
Droga do świątyni w Edfu, usytuowanej na drugim końcu niewielkiego miasteczka, zajęła nam kilka dłużących się chwil. Tym razem nie jechaliśmy żadnym egzotycznym wynalazkiem ani karocą faraona – tylko zwyczajnym autobusem. Klimatyzacja działała, fotele nie odpadały, więc w lokalnej skali komfortu – luksus.
Za szybą przesuwał się egipski krajobraz drogowy, który trudno było nazwać czymś innym niż kontrolowanym chaosem. Brak pasów, znaków, reguł i czegokolwiek przypominającego plan urbanistyczny. Samochody, skutery, piesi, dzieci, kozy i jeszcze parę bytów trudnych do zidentyfikowania – wszystko razem i wszystko w ruchu. A mimo to… zero kolizji.
Ulice wyglądały jak nieautoryzowany eksperyment drogowy: kurz, plątanina kabli, górki śmieci i wszystko toczy się dalej, jakby nigdy nic. Jeden z pasażerów, który niedawno był w Delhi, rzucił:
– To takie Indie light.
I miał rację. Chaos, ale z opcją „dla początkujących”.
Mijaliśmy też dorożki – i tu ogromne zaskoczenie: konie były zadbane. Naprawdę. W odróżnieniu od smutnych, wychudzonych rumaków z Luksoru, te tutaj miały błyszczącą sierść, porządne uprzęże i ogólnie wyglądały, jakby właśnie wróciły z turnusu w sanatorium dla koni. Nawet patrzyły dumnie, bez tej charakterystycznej egipskiej rezygnacji w oczach.
– Ej, ten koń wygląda jakby dopiero co wyszedł z salonu spa – mruknęła młoda.
I miała rację. Dorożki też w niezłym stanie – zero rozklekotanych kół, poszarpanych daszków czy zawieszeń pamiętających czasy Ramzesa.
Gdyby nie to, że siedzieliśmy w klimatyzowanym autobusie, człowiek mógłby się nawet skusić. Ale wiadomo – autobus nie parska, nie kopie i nie skręca nagle do stajni.
Porada praktyczna (wyjątkowo nie „anty”): Jeśli ktoś bardzo, ale to bardzo chce się przejechać dorożką, to zdecydowanie polecam zrobić to w Edfu, a nie w Luksorze. Tu konie żyją, a nie tylko stoją. I wyglądają, jakby rzeczywiście wiedziały, dokąd jadą.
Antyporada #44: Jeśli w Egipcie próbujesz znaleźć logikę w ruchu ulicznym – odpuść. Ich system oparty jest na intuicji, klaksonie i modlitwie.
Kulminacja dnia. Punkt programu z dużej litery

Świątynia w Edfu – największa po Karnaku, najlepiej zachowana i… zaskakująco pusta. Poświęcona Horusowi – bogu z głową sokoła, który w mitologii egipskiej był jednocześnie obrońcą, mścicielem i nieustannym obserwatorem z lotu ptaka. Krótko mówiąc: taki sokoli Batman z delty Nilu. Już od wejścia robi kolosalne wrażenie. Potężne pylony, misternie wyrzeźbione reliefy pokazujące walkę Horusa z Setem, a cienie kolumn układają się w takie wzory, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze kamień, czy już grafik 3D miał tu użycie. Młoda tylko spojrzała i rzuciła: – To wygląda jak z Assassin’s Creeda. Ale takiego porządnego. Nie tej wersji z dżunglą.

W odróżnieniu od Karnaku, Edfu ma jeszcze jedną niekwestionowaną przewagę: dach. Tak. Dach. Sufit. Strop. Cień. Schronienie. Raj.

Każdy, kto próbował przeżyć piętnaście minut w Dolinie Królów bez utraty godności i wody w organizmie, zrozumie, że w Edfu to luksus wyższego rzędu. Można tu odpocząć, nie przyklejając się do cienia innego turysty, i naprawdę popatrzeć w górę – a tam: malowidła, zdobienia, rzeźbienia. Przetrwało to wieki i wciąż wygląda, jakby ktoś wczoraj pociągnął pędzlem. Świątynia została zbudowana ku czci Horusa w epoce grecko-rzymskiej, kiedy Egiptem rządzili już Ptolemeusze – ci od Aleksandra Wielkiego i jego (dalekich) potomków. Budowa rozpoczęła się w 237 roku p.n.e. za Ptolemeusza III, a zakończyła ponad sto lat później za Ptolemeusza XII. Tak, tego od Kleopatry. Czyli jak na egipskie warunki – niemal nowość. I właśnie dlatego trzyma się tak dobrze. Zawdzięcza to dwóm rzeczom: solidnej konstrukcji (kamień, a nie piasek) i… paradoksalnie samej pustyni. Po tym, jak kapłani się wynieśli, piasek zaczął ją powoli zasypywać jak świątynny kokon. Chronił ją jak sarkofag. Mieszkańcy pobliskiej osady przez wieki nie mieli pojęcia, że mieszkają na dachu.

Do dziś zresztą widać zabudowania niemal przy samej ścianie świątyni – idealny przykład „nigdy nie wiesz, co masz pod domem”.

Edfu, Temple of Horus — XIX-wieczna fotografia nr 1 z serii (1870–1888). Archiwum Fotograficzne Museo Egizio w Turynie. Domena publiczna (Wikimedia Commons).
Dla nas to miejsce miało jeszcze jeden smaczek: tu zaczyna się historia Ptolemeuszy, która kończy się spektakularnie w Aleksandrii. Tyle że zamiast biblioteki (której nie ma), mamy tu świątynię – więc traktowaliśmy to jak prequel do wielkiego finału. Prequel bardzo dobrze zachowany.
Atmosfera? Jak z filmu. I to nie byle jakiego. Trochę „Mumia”, trochę „Indiana Jones”, trochę „przewodnik marzeń”. Czuć było ten klimat: piasek, cisza, lekki chłód pod kolumnami i świadomość, że jesteśmy w miejscu, które przetrwało wszystko – faraonów, Rzymian, Koptów i wycieczki all inclusive. Niestety (a może: na szczęście?) w czasach późniejszych świątynię przejęli Koptowie. Przerobili ją na miejsce kultu chrześcijańskiego – na ścianach wyryli swoje znaki, a bóstwom staroegipskim… zrobili peeling twarzy. Do dziś widać na jakiej wysokości sięgali – wszystko poniżej poziomu rąk zdarte do gołego kamienia. A w głównej sali – drewniany ołtarz. Takie starożytne multi-kulti.
Ale największe zaskoczenie dopiero przed nami: świątynia była niemal pusta. Żadnych tłumów, żadnych selfie-sticków, żadnych francuskich wycieczek wrzeszczących do przewodnika. Spokój. Przestrzeń. Można było zrobić zdjęcie bez walki o kadr, przysiąść w cieniu kolumny, posłuchać przewodnika – i przez chwilę poczuć, że naprawdę się tu jest. Że czas się zatrzymał. Dla nas, zmęczonych hałasem, słońcem i kolejkami – to było jak sanatorium dla duszy. Bez kuracji błotnej, ale za to z historią.
I nie będę ukrywać: to była świątynia, która najbardziej nam się podobała. Nie tylko najlepiej zachowana, nie tylko z dachem, nie tylko bez tłumów – ale z klimatem, który był absolutnie nieziemski. Można się tu było poczuć jak w filmie przygodowym. Serio. Szliśmy między kolumnami i brakowało tylko pochodni w ręce i hasła:

„Uciekaj! Pułapka się uruchomiła!”
Trochę „Mumia”, trochę „Indiana Jones”, trochę „Lara Croft na wakacjach” – tylko bez mumii, bez biegania i bez efektów specjalnych. A mimo to czuło się to coś: magię, tajemnicę i to przyjemne dreszczyko-zachwycenie.
Antyporada #45: Jeśli chcesz uniknąć świątynnego tłoku – wybieraj miejsca poza masowym szlakiem. To one dają największą szansę na spotkanie z historią twarzą w twarz. Bez kogoś w tle, kto właśnie wchodzi ci w kadr w kapeluszu wielkości ronda z pizzy.
Czas zwiedzania świątyni minął nam zdumiewająco szybko i jeszcze przed dwunastą byliśmy z powrotem na statku, płynąc dalej w górę Nilu. Całą resztę dnia mieliśmy spędzić na zasłużonym leniuchowaniu na pokładzie. Oczywiście mogłam się domyślić, jak to się skończy.
Mąż, ledwo zjadłszy obiad, chwycił szachy i wyciągnął mnie na zadaszony górny pokład. Bo przecież nigdzie nie gra się lepiej niż w półcieniu, z widokiem na palmy, rzekę i inne barki, które – choć mijają nas w ślimaczym tempie – i tak budzą w nim ducha rywalizacji.
Młoda tymczasem kontynuowała znajomość z kolegą, którego dzień wcześniej poznała w świątyni Hatszepsut – tym samym, z którym zagrała dramat rodzinno-dynastyczny pod tytułem „Nie, nie wyjdę za ciebie, choć jesteś moim bratem”.
Teraz siedzieli razem – każdy z nosem w swoim smartfonie. Żadnych rozmów, żadnych spojrzeń. Tylko rytmiczne siorbanie coli przez słomkę.
– Podobno spędzają razem czas – skwitował mąż z powagą komentatora sportowego.
A propos słomek – cud techniki i symbol dziecięcego szczęścia. Egipt to nadal kraj, gdzie plastikowe słomki mają się świetnie. Gdy reszta świata męczy się z ekologicznymi wynalazkami rozpadającymi się po dwóch łykach, tu – pełen komfort i pełne zadowolenie. Przynajmniej według młodszego pokolenia.
Mąż, żeby mnie udobruchać i żebym zbyt głośno nie marudziła podczas rozgrywki, przyniósł nam na dach po drinku i rozłożył szachy. Na moje nieszczęście – gram całkiem nieźle. A on, od kiedy zaczął oglądać filmy o strategii szachowej z analizami jak z NASA, uważa się za lokalnego mistrza. Więc nie miałam wyjścia. Musiałam grać.
Na szczęście po jakimś czasie na zadaszony pokład zaczęli schodzić się inni uczestnicy rejsu – wśród nich kilka osób, które z zapałem większym niż mój same garnęły się do gry. I w ten oto sposób zostałam uwolniona niczym ptak wypuszczony z klatki.
Mąż był szczęśliwy – miał świeże towarzystwo do szachowych potyczek, które nie zadawało co trzy minuty pytania „a długo jeszcze?”. A jego nowi przeciwnicy byli zachwyceni, że ktoś tłumaczy im podstawy, chwali za zagrania i nie ziewa w odpowiedzi. On czuł się zdolny, oni czuli się zaopiekowani. Sami zwycięzcy tego popołudnia.
Do wieczora z niewinnej partii szachów, która rozpoczęła się jeszcze dzień wcześniej, zrobił się pełnoprawny rejsowy turniej. Początkowo grali tylko zapaleńcy, ale teraz do stołów zaczęli siadać również amatorzy – tacy, którzy dopiero rozpoczynali swoją przygodę z szachami i nie do końca wiedzieli, czy hetman to ten z koroną, czy może jednak ten z krzyżykiem.
Kto z kim wygrał, kto kogo ograł, komu udało się nie stracić hetmana – wszystko to było analizowane z powagą, jakbyśmy płynęli nie do Kom Ombo, tylko na mistrzostwa świata. Atmosfera rosła, partie trwały, mąż błyszczał (oczywiście najwięcej), a entuzjazm ogarnął nawet tych, którzy jeszcze wczoraj pytali, czy pionek może skakać.
Do rozgrywek dołączył też nasz przewodnik – z zapałem, uśmiechem i deklaracją, że ostatni raz grał na studiach (choć jego ruchy sugerowały, że było to raczej w zeszłym miesiącu). Grał z dziećmi, grał z dorosłymi, z pełnym zaangażowaniem i komentarzem. Atmosfera była już naprawdę rozgrzana, kiedy nagle, z błyskiem w oku, ogłosił:
– Gramy na pieniądze! Jak wygram – dostaję 100 dolarów. Jak przegram – płacę dolara!
Reakcja była natychmiastowa – wszyscy wybuchli śmiechem. Brzmiało to bardziej jak numer z kabaretu niż realna groźba finansowa. Ale zabawa tylko się rozkręciła. Przewodnik przegrywał z klasą, wygrywał z humorem – i oczywiście ani nie przyjmował pieniędzy, ani ich nie rozdawał. Do czasu. Zapamiętajcie to.
A jak wygląda Wigilia na statku?
Kolacja była oficjalna – świąteczna sala przystrojona aż za bardzo, wszędzie bombki, światełka i playlisty z obowiązkowym pakietem Mariah Carey + Wham! Kelnerzy w czapeczkach Mikołaja, jedzenie podawane uroczyście przez samego szefa kuchni – ryba, indyk i jagnięcina. Dla każdego coś z jego tradycji. Desery też międzynarodowe: coś z każdego kontynentu, a może i planety.
Po kolacji, w barze na przedostatnim piętrze, odbył się występ dziecięcego chóru – kolędy i piosenki świąteczne, wszystko w rytmach arabsko-anglosaskich. Dzieciaki przebrane, zadowolone, rozśpiewane – a my w tym czasie odpoczywaliśmy z drinkami ozdobionymi jak choinki: z parasolką, plastrem cytryny i brokatem na lodzie.
I kiedy już szykowaliśmy się do snu, stojąc jeszcze chwilę na górnym pokładzie i podziwiając Kom Ombo, które wyrastało tuż przy brzegu – zobaczyliśmy dokładnie to, o czym mówił przewodnik.
Amerykanie z naszego statku, ci z rejsu „w jedną stronę”, biegli właśnie do świątyni.
Było dobrze po 21. Wszyscy wyglądali, jakby ich dopiero co odkurzono po bardzo długim dniu: poranne zwiedzanie Edfu, potem świąteczna kolacja, śpiewy dzieci w barze i zapewne próba utrzymania się przy życiu bez drzemki. Słońce, tempo, emocje – wszystko zostawiło ślad. Szli w stronę Kom Ombo jak grupa pielgrzymów, których nikt nie uprzedził, że jeszcze trzeba się wspinać po schodach.
Nikt nie krzyczał, nikt nie zagrzewał. Nie było mikrofonu. Było tylko to przeciągłe, zbiorowe westchnienie wycieczki, która zrozumiała, że dzień jeszcze się nie skończył.
A my? My już byliśmy w piżamach. Staliśmy na górnym pokładzie, patrzyliśmy na oświetloną świątynię i cieszyliśmy się, że to nie my. Że nie musimy już nic. Że możemy iść spać. W ciszy. Z pełnym brzuchem i poczuciem wygranej.