Do hotelu mieliśmy jechać około sześciu godzin. Na początku droga była tak nudna i monotonna, że spokojnie mogłaby robić za prezentację PowerPointa o podatkach. Autostrada – prosta jak linijka, równa jak niemiecki porządek, szeroka jak marzenia dewelopera. Nawet niemowlę by zasnęło. Na szczęście po piętnastu dniach podróży mieliśmy już opanowaną do perfekcji sztukę zasypiania w każdej pozycji, konfiguracji i kącie autobusu. Pierwsze dwie godziny przespaliśmy więc jak zawodowcy.
Obudziłam się i… o, cud! Już nad morzem. A dokładnie – obok Suezu. Patrzyłam przez szybę na gigantyczne statki ustawiające się w kolejce do kanału, jakby czekały w McDrive po kontener kawy i kanapkę z frachtem.
A potem nagle – niespodzianka! Góry. Nie wiedziałam, że ta trasa wiedzie przez tak malownicze okolice.
Wysokie, potężne, monumentalne – tak strome, że zatykało uszy. Wyglądały jak scenografia do filmu przygodowego. Z tym że prawdziwa i bez udziału grafików komputerowych.

A gdy tylko wyjechaliśmy z gór – przyszło kolejne zaskoczenie: wszędzie wokół wiatraki i farmy solarne. Całe zbocza pokryte panelami słonecznymi i łopoczącymi turbinami. Wyglądało to jak futurystyczna wersja Egiptu, wersja „eco deluxe”. W kontraście do Luxoru czy Asuanu – zupełnie inny świat. Jakby ktoś przerzucił nas z książki historycznej prosto do katalogu IKEA „Zrównoważona przyszłość”.
A chcecie wiedzieć, jak wyglądają egipskie bramki na autostradzie gdzieś na głębokim zadupiu? Otóż… są fascynujące. Wybudowanych jest ich dziesięć – serio, dziesięć na każdy kierunek jazdy. Gigantyczna infrastruktura, która wygląda jakby miała obsługiwać co najmniej pół miliona pojazdów dziennie. Tylko że… czynna jest jedna. Tak, jedna. I to nie jedna na pas, tylko jedna na całą drogę. Totalny absurd. Więc jak się przez to przejeżdża? Tak jak wszędzie indziej w Egipcie: kto pierwszy, ten lepszy, a reszta niech się modli, żeby zderzak przeżył. Trzeba atakować, wciskać się, klakson używany jest jak język ojczysty, a zderzenia i otarcia to po prostu forma kontaktu towarzyskiego. My mieliśmy luksus – policyjna eskorta rozganiała wszystko, co żywe (i jeżdżące), ale osobówki? To był po prostu festiwal chaosu. Sygnały, klaksony, kłótnie, manewry na centymetry. W Europie to by zamknęli drogę i zrobili dochodzenie. Tu – środa jak każda inna.
Na szczęście nie trwało to aż sześciu godzin – po niecałych pięciu dotarliśmy na miejsce. Idealnie na kolację. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy wysiąść z autobusu, a już czuć było w powietrzu zapach przypraw, smażonego czegoś i nadziei na all inclusive.
Niestety, zaraz po przyjeździe do hotelu przyszedł czas na pożegnanie z naszym przewodnikiem. Po piętnastu dniach wspólnej przygody, niekończących się opowieści, żartów, anegdot i prób ogarnięcia naszej wesołej gromadki, wracał do Kairu. Czekał tam na niego zasłużony trzytygodniowy urlop – i pewnie cisza, spokój oraz zero turystów z pytaniami w stylu „czy to się liczy jako zabytkowa pamiątka, jeśli ma metkę Made in China?”.
Pożegnanie było krótkie, ale serdeczne. Trochę jakby odchodził członek ekipy filmowej, z którym właśnie zakończyliśmy zdjęcia do bardzo chaotycznego, ale niezapomnianego filmu drogi.
Po kolacji rozgościliśmy się w hotelowych pokojach. Tak, dokładnie tych, o których od dwóch tygodni śniliśmy, myśląc o „prawdziwym odpoczynku”. A jednak – kiedy już leżeliśmy na czystych pościelach, w łazience nie czekał zapchany odpływ, a klimatyzacja nie brzęczała jak traktor – zapadła dziwna cisza.
Coś się kończyło. I to nie tylko nasza egipska przygoda, ale cała ta przedziwna mieszanka upału, kurzu, krokodyli, dysków międzykręgowych, wielbłądów i szachowych dramatów. Jeszcze tylko parę dni relaksu, trochę basenu, trochę piasku w majtkach. Ale wyprawa – ta właściwa – właśnie dobiegła końca. I choć byliśmy zmęczeni jak po trzech sezonach „Survivora” w wersji faraońskiej, jedno wiedzieliśmy na pewno: Egipt był wszystkim, czego się nie spodziewaliśmy. I może właśnie dlatego – był idealny. Przed nami był już tylko relaks – pięć dni w hotelu z milionem zjeżdżalni, restauracji, barów i podgrzewanych basenów. Czyli coś, co przeciętny człowiek uznałby za właściwy urlop.