Hotel okazał się dokładnie taki, jak się spodziewałam. Późny PRL w wersji śródziemnomorskiej. Tynk lekko odpadający z balkonów, kolory ścian pamiętające jeszcze premierę „Czterdziestolatka”, a lobby z kanapami, które prawdopodobnie były świadkami pierwszych wyjazdów z Funduszu Wczasów Pracowniczych. I ta specyficzna atmosfera zawieszonego w czasie luksusu sprzed dekad.
Ale — i to powiem z pełnym zaskoczeniem — obsługa była przemiła, bar działał jak szwajcarski zegarek, a jedzenie było… ekstra. Tak po prostu. Ekstra. Codziennie coś innego, ciepłe, dobrze doprawione, bez podejrzanych sosów i zaskakujących składników. I chociaż mama zapowiadała, że „poza jogurtami i arbuzami nic tam nie zjemy”, to właśnie jogurtów i arbuzów nie było. Ani śladu. Za to był grillowany bakłażan, ser z grilla, zupa, której nikt nie potrafił nazwać, ale wszyscy brali dokładkę, i naleśniki robione na bieżąco przez pana z wąsem godnym Bułgarskiej Opery Narodowej.
Także, drodzy czytelnicy, pierwszy raz w historii tej rodziny, matka się myliła. I choć nie zamierzałam jej tego powiedzieć głośno (żeby nie osłabić jej autorytetu u wnuczki), to jednak fakty mówią same za siebie: było smacznie, czysto i nikt nie zatruł się sałatką. Czy to jeszcze Bułgaria, czy już sen?
Antyporada #3: Jeśli hotel i jedzenie są lepsze, niż się spodziewałeś, to znaczy, że prawdziwa atrakcja dopiero przed tobą.
To nie był sen. To był koszmar. Przynajmniej wieczorem.
Po całkiem udanej kolacji — takiej z deserem i winem stołowym w plastiku — postanowiliśmy, że zrobimy sobie spacer po okolicy. W końcu mieliśmy blisko do głównej promenady Złotych Piasków. Myślałam, że to będzie coś w stylu deptaku w Sopocie — wiecie, lody, pamiątki, może jakaś knajpka z muzyką na żywo. Taka rodzinna, spokojna atmosfera. Dzieci biegają z balonami, dorośli z lemoniadą, światełka, zachód słońca — klasyka folderu biura podróży.
Tylko że nie.
Po dojściu na promenadę spojrzeliśmy na siebie i przez chwilę serio zastanawialiśmy się, gdzie my do cholery jesteśmy. Wszystko świeciło, migało i grało tak głośno, że przez moment pomyślałam, że pomyliliśmy kraj. Serio, to było jak Las Vegas, tylko w wersji budżetowej. Kasyno na kasynie, a między nimi kluby gogo, „dyskoteki dla dorosłych” i bary z drinkami o nazwach, których nie mogę powtórzyć na blogu rodzinnym.
Wokół nas przewijało się pijane towarzystwo z rozpiętymi koszulami, zataczające się w sandałach i klapkach hotelowych. Półnagie hostessy zaczepiały ludzi z uśmiechami, które mówiły „wejdź, będzie ciekawie”, a między tym wszystkim — my. Rodzina z dzieckiem. Z szeroko otwartymi oczami, miną typu „gdzie my trafiliśmy?” i z pytaniem, które nikt nie odważył się zadać głośno: „czy tu się naprawdę chodzi z dziećmi?”
Antyporada #4: Jeśli miejsce nocą wygląda jak Las Vegas, a ty jesteś tam z dzieckiem — to nie jest Las Vegas. To jest błąd w planowaniu.
Było groteskowo, absurdalnie i lekko niepokojąco. A w powietrzu unosił się zapach — nie do końca wiadomo czego — może frytek, może dymu, może czegoś, czego nie wolno palić nawet na Majorce.
Zaraz po wieczornym spacerze po wschodnim Las Vegas przyszedł czas na kolejne zderzenie z rzeczywistością. Tym razem – cennikowe.
Bo przecież Bułgaria miała być tańsza od Chorwacji, a już na pewno porównywalna z naszym kochanym Bałtykiem. Taki był plan. Taka była legenda. Tak pisało w internecie, a internet przecież nigdy nie kłamie. Prawda?
Otóż nieprawda.
Lew po 2,50 złotego, to jeszcze człowiek mógł znieść, ale kiedy zobaczyliśmy cenę za jedną gałkę lodów — dziewięć lewów, świat się zatrzymał.
DZIEWIĘĆ. LEWÓW.
Czyli, szybka matematyka: ponad 22 złote za kulkę zamrożonego mleka. Za te pieniądze można w Polsce kupić cały kubełek lodów, posypkę, wafle, śmietanę i jeszcze zostanie na kawę. A tu? Jedna kulka. Bez posypki. Bez litości.
Cenniki wyglądały jak z innej galaktyki. Sok? 8 lwów. Napoje? 10. Pizza? 28. Magnes na lodówkę – 15. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie płacimy w euro, tylko wszyscy coś przede mną ukrywają. Albo może obowiązuje tu jakaś turystyczna inflacja – im bledszy kolor skóry i bardziej zmęczony wzrok, tym drożej.
Po trzecim dniu przestałam przeliczać. I przestałam się łudzić. Bułgaria tania była, ale może 20 lat temu. Albo tylko dla tych, którzy śpią w namiocie i żywią się arbuzem (którego, przypomnę, nadal tu nie ma).
W pewnym momencie człowiek zaczyna się zastanawiać: co jeszcze może pójść gorzej? Jedzenie? Dobre. Hotel? Do przeżycia. Spacer po promenadzie? Koszmar, ale przeżyliśmy. Ceny? No cóż, zrujnowane konto to nie koniec świata.
I wtedy wszechświat postanowił sięgnąć po ostatni argument. Ten, który matka zaklęła jeszcze w kuchni przed wyjazdem, mieszając zupę z miną Sybilli:
— Pogoda tam będzie jak nad Bałtykiem. Zobaczysz.
I zobaczyliśmy.
Antyporada #5: Jeśli ktoś mówi, że w Bułgarii jest tanio, zapytaj: gdzie dokładnie.
I zobaczyliśmy.